Gdzieś ostatnio czytałam wypowiedź matki uważającej, że Brajan to ładne imię dla chłopca i że właśnie tak nazwała syna. Ogólnie zdziwiona, czemu jest taka nagonka na to imię, przecież to imię jak każde inne...
Otóż nie. Pracuję w szkole podstawowej, uczę plastyki i techniki. W jednej z szóstych klas jest chłopak o imieniu Brajan. Dokładnie tak napisane. On nienawidzi swojego imienia. Przez to nie ma kolegów. Ja wiem, że imię nie jest powodem do odrzucania kogoś, ale wytłumaczcie to dwunastolatkom. Dla niego nie jest fajne codziennie słyszeć tekściki o swojej, zdaniem "kolegów", patologicznej rodzinie. Dziecko naprawdę pochodzi z dobrego domu, ale nikt nawet nie daje mu szansy.
Dlatego, Drogie Matki, wybierajcie dla swoich dzieci takie imiona, aby one nie musiały się ich później wstydzić.
Za każdym razem, kiedy loguję się na konto w banku, mam nadzieję, że zobaczę tam milion złotych, bo jakiś biznesmen przelał mi bańkę, bo miał taki kaprys.
Znacie takie opowieści o Sebkach, którzy wręcz panicznie boją się homoseksualistów płci męskiej? Ano jeden taki chodził ze mną do szkoły średniej. Typowy samiec alfa - metr szejsiont pięć, głowa zawsze na łyso, buty tylko adasia i zazwyczaj prawilny dres, który od święta zmieniał na powycierane jeansy. Do rzeczy.
Dla owego mentalnego Sebka każda normalna czynność była przejawem gejostwa. Przykłady? Proszę:
- Nosisz stopki zamiast długich fuzekli? Gej.
- Bierzesz kąpiel w wannie zamiast prysznica? Gej.
- Używasz żelu pod prysznic zamiast mydła? Pewnie żeby dla swojego chłopaka pachnieć.
- Chodzisz do fryzjera? No jak nic gej.
- Do szkoły przyniosłeś coś innego do jedzenia niż prawilne kanapki z mortadelo i musztardo lub nie daj Boże sałatkę? Pewnie po lekcji idziesz nadstawiać tyłek kolegom.
Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale... najciekawszą rzeczą jest to, że delikwent po wypiciu kilku głębszych robił coś bardzo dziwnego. Zaczynał klepać swoich kumpli po tyłkach, przewieszał się przez ramię czy kładł dłoń na klacie. Raz nawet polizał jednego w głowę, bo jak się tłumaczył, miał ją bardzo gładką, świeżo ogoloną żyletką.
Do tej pory nie wiem, co gość miał w głowie.
To nie musi być anonimowe, bo nie muszę się tego wstydzić.
Dziś w nocy zostałem ojcem córeczki. Córeczka jest z in vitro, tego też się nie wstydzę, jest zdrowa i jeśli będzie miała jakieś odchylenia w psychice, to będą to nasze błędy wychowawcze, a nie piętnowany sposób zapłodnienia pozaustrojowego.
Niech żyją nauki medyczne, precz z zabobonami i ignorancją!
Na początku maja zacząłem pracę w nowej firmie. Byłem z tego powodu bardzo zadowolony, bo bardzo potrzebowałem pieniędzy ze względu na to, że za kilka miesięcy będę ojcem. Przez pierwsze tygodnie było OK. Współpracownicy byli bardzo w porządku i na szefa też nie miałem co narzekać. Aż do tego feralnego dnia...
Po zakończeniu pracy byłem świadkiem tego, że mój szef, podczas wyjeżdżania z firmy, potrącił autem starszą panią i uciekł. Jako że to była staruszka, to nawet niewielki uraz mógł być dla niej groźny, więc szybko wezwano karetkę i policję. Gdy mundurowi zaczęli spisywać zeznania świadków, zacząłem się zastanawiać, co mam zrobić w tej sytuacji. Z jednej strony nie wiadomo, jak zareaguje szef, jeżeli się dowie, że na niego doniosłem, a z drugiej strony to, co zrobił, było karygodne. Ostatecznie szybko się ulotniłem z miejsca zdarzenia, żeby nie zostać wypytany.
Sumienie męczyło mnie strasznie. Nie mogłem spać, a w pracy kompletnie nie mogłem się skupić. Na social mediach prześladowała mnie posty o tym, że policja szuka świadków tego zdarzenia, co dodatkowo mnie przybijało. W końcu nie wytrzymałem i powiedziałem o wszystkim narzeczonej. Oczywiście zbeształa mnie, że od razy nie zeznawałem i że przecież szef się nie dowie, a nawet jeśli, to sobie poradzimy.
Poszedłem na policję, powiedziałem co widziałem i od razu zrobiło mi się lżej.
Do czasu, aż pojawiłem się w pracy, gdzie dowiedziałem się, że szef wie o moim donosie. Okazało się, że któryś z "kolegów" widział mnie, jak podbiegałem do kobiety i wyciągam telefon, reszty się już domyślił. Na koniec powiedział mi, że wywala mnie na zbity pysk.
Oczywiście sprawa trafiła do sądu pracy jako bezpodstawne zwolnienie, jednak jaki będzie jej wynik, to czas pokaże. Trzymajcie kciuki.
Nigdy nie ufajcie szkolnemu pedagogowi / psychologowi. Wiem, że szerzy się, iż z problemem to pierw do takich. Bo blisko, bo pod ręką, bo po to są, bo to fajny pierwszy krok w stronę samorealizacji. Sam byłem zagubiony, w liceum, i wybrałem tę opcję. Miałem już dość, przed rodzicami udawałem, ale nie radziłem sobie tylko bardziej. Nie wiedziałem do kogo mam iść, a już byłem zrozpaczony. Chciałem pogadać - opcja pedagoga wydawała się mi szansą, nadzieją. Poszedłem... Żałuję.
Byłem już uczniem pełnoletnim i myślałem, że będzie cicho. Naiwnie się nakręciłem, że to sprawa pomiędzy mną a pedagogiem. Po jakiejś chwili od wejścia przeszedł mi stres, a ze mnie wszystko wyleciało. Pierwszy raz nie kłamałem i mówiłem co i jak czuję, jak wygląda, z czym sobie dokładnie nie radzę. Opowiedziałem też o sytuacji w domu, o kontaktach z rodzicami, rodziną (wspomnieć muszę - bardzo złe relacje, znęcanie psychiczne itd.). Przesiedziałem tam z dobre ponad dwie godziny i opowiadałem o swoim życiu. Poczułem ulgę, gdy już skończyłem. Zostałem też zapisany do placówki pedagogiczno-psychologicznej na wizytę. Wszystko wyglądało super, ja dostałem parę rad i wyszedłem z lżejszym środkiem. Miałem wrócić za godzinę, by odebrać jakiś wniosek.
Okazało się, że po moim wyjściu zadzwoniono do mojej mamy i poproszono ją o przyjazd do szkoły dnia następnego. Przez telefon powiedziano jej o mojej wizycie i moich "problemach", samym zgłoszeniu się do pedagoga. Ucieszyłem się? Tak mocno, że prawie wyszedłem trzaskając drzwiami. Już wiedziałem, że zacznie się wojna, gdy tylko wrócę ze szkoły (a mówiłem, jak jest w domu...).
Po paru dniach musiałem wszystko odkręcać, mówić, że to nieprawda. Że rodzina zareagowała okej i sami, na własną rękę, chcą mi pomóc. Ta kobieta mnie dusiła, bym poszedł do szkoły i to naprawił. Nie miałem wyjścia.
Moje problemy się pogłębiły, a ja wybrałem samotną wędrówkę po psychologach, jako "dodatkowe kółko z matematyki". Inaczej znowu byłbym "torturowany", co ja wymyślam, robię, stwarzam, wymyślam, udaję itd.
Odbijają mi się słowa pedagoga, zanim wyszedłem, mając wrócić za godzinę. Powiedział, "zaufaj mi, coś z tym zrobimy".
Od tego momentu nie ufam nikomu. Mam blokady nawet na spotkaniach z terapeutą, choć wiem, że ten chce mi pomóc.
Historia wydarzyła się kilka miesięcy temu, mianowicie w lutym. 14 dzień lutego, piękna data, chyba nic więcej mówić nie muszę. Ja jako ślepy, ale jakże dbający o wizerunek krecik, postanowiłam tego dnia nie zakładać okularów, tylko soczewki kontaktowe. Podczas powrotu do domu z uczelni codziennie mijam dworzec kolejowy, tego dnia było tam niesamowicie dużo ludzi, wystrojone kobiety wysiadające z pociągów, romantyczni mężczyźni, czekający w koszulach i kurteczkach na mrozie z kwiatami. Wszyscy tylko te róże, serduszka, randki, zamawianie restauracji przez telefon, dowiadywanie się "ej, o której kończysz", "ej, pizza może być" i wiele innych uroków tego święta. Zaskakujące było dla mnie to, że nie tylko młodzi ludzie okazywali sobie miłość i dali się porwać i wplątać w to miłosne święto, ale udział w tym brały wszystkie pokolenia. Miałam niewątpliwą przyjemność obserwować starszą parę, która też spotkała się na dworcu, elegancki starszy pan wysiadł z pociągu, przeczesując resztkę grzywki swoim kieszonkowym grzebyczkiem, z pięknym bukietem róż w drugiej dłoni, a tam już czekała na niego jego hmmm... towarzyszka dnia. Co więcej, podsłyszałam ich rozmowę i wiem, że kobieta przygotowała dla mężczyzny jego, ponoć, ulubione gołąbki i rosół. Aż mnie korciło, żeby się wprosić do nich na to pyszne jedzenie.
Pięknie jest widzieć takie rzeczy. Naprawdę! Ale ja opowiem jednak o sobie...
Co prawda byłam wtedy singielką, ale jakoś nie przejmowałam się tym. Niestety wiał silny wiatr i soczewki zaczęły mi się przesuszać w oczach, z tego powodu zaczęłam "płakać", poleciało kilka łez, zaczerwieniły się oczy. Kiedy szłam chodnikiem, nagle zastąpił mi drogę jakiś chłopak, był bardzo przystojny. Miał niebiańskie, błękitne niczym bezchmurne niebo w środku lata oczy, łobuzerski uśmiech i różę w ręce. Pomyślałam sobie (ja głupia blondynka) - o Boże, to on, to moja randka na dziś, życie jest piękne. Po czym chłopak powiedział do mnie: "Ej, mała, nie przejmuj się, kiedyś się ułoży". Następnie szybko wyciągnął z plecaka piwko i podał mi je na pocieszenie, dodał tylko, że nie może mi dać róży, bo dziewczyna by się wkurzyła, ale ma nadzieję, że napój pomoże ukoić moje złamane serce i nawciskał mi jeszcze trochę kitu o tym, że nie warto się przejmować. Otarłam sztuczne łzy wywołane wiatrem, podziękowałam i szybko popędziłam do domu, chichrając się do siebie jak głupi do sera.
Tak oto zarobiłam w walentynki piwko :)
Dziękuję Ci, chłopaku! Cieszę się, że mamy jeszcze takich ludzi. To piękne.
Niedawno minęła I rocznica śmierci mojej Mamy i chyba nadszedł najlepszy moment na to wyznanie.
Co było najgorsze podczas pogrzebu? Msza? Nabożeństwo? Pochówek? Nie. Kondolencje.
Ostatnie pożegnanie przeszłam całkiem nieźle, bo śmierć Mamy od dawna była kwestią czasu, więc w jakiś sposób byłam na nią przygotowana. Niestety, to, co miało pomóc (czyli wyrazy wsparcia i współczucia), było tym, co mnie najbardziej zdewastowało. Wyobraźcie sobie - kilkadziesiąt bliższych i dalszych osób, kompletnie załamanych i zaryczanych, którzy łamiącym głosem cię pocieszają i mówią, że "będzie dobrze", choć same w to nie wierzą. Efekt był taki, że te wszystkie zapewnienia tylko zburzyły moje jako takie pozytywne nastawienie. Jakby tego było mało, nie brakło osób, które podchodziły z tekstami "I jak wy sobie teraz poradzicie?", "Będzie wam ciężko." czy "Umarła za młodo, to niesprawiedliwe" - no dzięki, te słowa na pewno mnie podniosą na duchu, to jest to, czego teraz potrzebuję. Serio myślicie, że "Boże, ile ona musiała wycierpieć" zadziała pokrzepiająco? Po co mówicie takie rzeczy?
Ale najgorsze było usłyszeć od ponad 20 osób "Mama cały czas patrzy na ciebie z góry". Bóg mi świadkiem, że przez miesiąc od pogrzebu nie potrafiłam pójść do toalety bez myślenia o tym, że Mama na mnie patrzy. To głupie, ale ten tekst odarł mnie z poczucia prywatności na kilka tygodni. Wiem, że intencje były dobre, ale wyszło jak wyszło.
Byłoby mi o wiele prościej bez tych kondolencji.
Problem był także później. Tata ciężko znosił odejście Mamy i trudno było mu się z tym uporać. Tym bardziej nie pomagał fakt, że niemal za każdym razem, gdy wychodził z domu, to spotykani znajomi na jego widok robili smutne miny i grobowym głosem pytali "Jak sobie radzisz?" - niektórzy po kilka razy na tydzień. Wiem, że intencje były dobre, ale przypominaniem na każdym jednym kroku o czymś tak bolesnym naprawdę nie pomaga. Tym bardziej, że niektórzy ciągnęli temat pomimo wyraźnej niechęci taty - i to np. przy mrożonkach w Biedronce, bo akurat tam się spotkali. Jako obserwator mogę zaręczyć, że po każdej takiej "pokrzepiającej rozmowie" tata był jeszcze bardziej zdołowany.
Wierzcie lub nie, ale dużo bym dała, żeby w tamtym czasie ktoś mnie zaprosił do baru na piwo czy wypad do kina. Żeby jakoś się od tego oderwać, żeby trochę się pouśmiechać i odreagować. Owszem, nie każdy tego chce/potrzebuje, ale wierzcie mi na słowo - kiedy borykasz się z bolesną stratą, to prawdziwą katorgą jest wyciąganie tej sprawy wciąż i wciąż, a w dodatku oczekiwanie, że będzie się non stop chodziło smutnym. Żałoba to ciężki okres, więc naprawdę warto najpierw delikatnie wybadać podejście danej osoby, niż przy każdym spotkaniu walić smęty i rozdrapywać bolesne rany na nowo.
Czasem to, że nie powiecie na ten temat ani słowa będzie najlepszym wsparciem.
Pękła wam kiedyś gumka? Cóż - wszystko zależy chyba od intensywności seksu. A akurat z moją narzeczoną (obecną żoną) lubiliśmy trochę mocniej zaszaleć i zdarzało się, że lateks pękał... Moja ukochana nie chciała brać tabletek antykoncepcyjnych, więc ryzyko wpadki bywało dość duże.
Czekaliśmy kilka dni, aż moje dziewczę w pewnym momencie stwierdzało, że źle się czuje i że to na pewno ciąża. No i ja wtedy narzucałem coś na siebie w pośpiechu i gubiąc buty po drodze, galopowałem do apteki po test ciążowy. Potem okazywało się, że jednak to nie ciąża, ale zwykłe wzdęcie, kolka czy mdłości po zjedzeniu zbyt dużej ilości czereśni...
Zasada była zawsze taka sama. Narzeczona zostawiała test na pralce i po kilku minutach sprawdzała, czy są dwie kreski, czy jedna.
Tak było i tym razem. Test leżał sobie w wiadomym miejscu, a ja myłem zęby. Podczas tej czynności wpadł mi do głowy szatański plan, który natychmiast postanowiłem wprowadzić w życie. Zerknąłem na teścik. Pojawiła się jedna kreska i to jeszcze niewyraźna. Chwyciłem za jakiś kartonik po proszku do prania, zerwałem z niego kawałek białej tekturki i długopisem nabazgrałem dwie kreseczki. Kartonik ostrożnie umieściłem w teście. Efekt był taki, że sam dałbym się nabrać.
Umyłem ręce i poczłapałem do drugiego pokoju. Narzeczona, która akurat skończyła zmywać naczynia, weszła do łazienki i... rozległ się pisk. Ale taki pisk radości. Wbiegła do pokoju trzymając kurczowo ten test i rzuciła mi się na szyję. Kurczę - ona naprawdę chce mieć dzieciaka... - dopiero teraz to do mnie dotarło. Trochę słabo wyszło.
Zawsze macierzyństwo było dla nas jakimś tam odległym planem. Bardzo odległym - tak w każdym razie mi się wydawało. Najwyraźniej jednak myliłem się.
A teraz, widząc miłość mojego życia, która płacze ze szczęścia, głupio mi było powiedzieć jej, że padła ofiarą głupiego żarciku... Ale musiałem to zrobić. Chwyciłem ją za ramiona i powiedziałem: - Kochanie, przepraszam cię. Nie powinienem tego robić, ale to tylko taki dowcip.
Patrzyła na mnie tymi wielkimi, pełnym łez oczami, gdy wyciągnąłem jej z ręki test, potrząsnąłem nim, a na dywan upadł kawałek kartonika z dwoma kreskami.
- Widzisz. - powiedziałem - To tylko papierek. Tak naprawdę kreska jest tylko jedn...
Spojrzałem na test i zamarłem. Dwie kreski. Wyraźne, dwie, pieprzone kreski! Stałem jak wryty z równie wielkimi oczami, jak moja nie za bardzo rozumiejąca całą sytuację narzeczona.
Cóż, zanim pojawiła się druga kreska, musiało najwyraźniej minąć parę chwil. Chciałem zrobić żart mojej ukochanej, a tak naprawdę to ja padłem ofiarą "pranka" zgotowanego mi przez los.
Mamy bliźniaki.
Mam 26 lat, kochającego męża i piękną, zdrową córeczkę. Mamy swoje mieszkanie bez kredytu na 30 lat, pracę. Wydaje się, że nic mi nie brakuje, bo czego człowiek może chcieć więcej... a jednak. Mimo tylu lat ja nie mam żadnej przyjaciółki, baaa, nawet koleżanki nie mam. Czasem się zastanawiam, po co mi Facebook czy telefon, skoro tylko mąż do mnie dzwoni i pisze.
Pewno sobie pomyślcie - to sobie problem wymyśliła. Ale nawet nie wiecie, jak czasem mi jest ciężko, jak widzę na ulicy uśmiechnięte, rozmawiające ze sobą kobiety. Jak jest mi przykro, gdy mój mąż wychodzi z kolegami, a ja siedzę w domu, bo nie mam z kim wyjść, z kim się spotkać czy pogadać.
Nie wiem, w czym jest problem. Niby wszyscy mówią, że ja jestem zawsze uśmiechnięta, ciesząca się życiem, kontaktowa, tylko nikt nie wie, że tak naprawdę nie mam nikogo, z kim mogłabym porozmawiać oprócz mojego męża i małej córeczki.
Dodaj anonimowe wyznanie