#0IO9k

Mam 26 lat, kochającego męża i piękną, zdrową córeczkę. Mamy swoje mieszkanie bez kredytu na 30 lat, pracę. Wydaje się, że nic mi nie brakuje, bo czego człowiek może chcieć więcej... a jednak. Mimo tylu lat ja nie mam żadnej przyjaciółki, baaa, nawet koleżanki nie mam. Czasem się zastanawiam, po co mi Facebook czy telefon, skoro tylko mąż do mnie dzwoni i pisze.
Pewno sobie pomyślcie - to sobie problem wymyśliła. Ale nawet nie wiecie, jak czasem mi jest ciężko, jak widzę na ulicy uśmiechnięte, rozmawiające ze sobą kobiety. Jak jest mi przykro, gdy mój mąż wychodzi z kolegami, a ja siedzę w domu, bo nie mam z kim wyjść, z kim się spotkać czy pogadać.
Nie wiem, w czym jest problem. Niby wszyscy mówią, że ja jestem zawsze uśmiechnięta, ciesząca się życiem, kontaktowa, tylko nikt nie wie, że tak naprawdę nie mam nikogo, z kim mogłabym porozmawiać oprócz mojego męża i małej córeczki.

#i8p5S

Jakiś czas temu dostałem ofertę pracy w pewnym azjatyckim kraju na dalekim wschodzie. Stwierdziłem - czemu nie, druga połówka niedawno zerwała, więc nic mnie nie trzyma, pensja OK, doświadczenie za granicą się przyda, więc nie namyślając się długo wyjechałem.

I żałuję swojej decyzji.

Po kilku miesiącach kraj nie wydaje tak wspaniały, jak go widzą turyści.
W rzeczywistości to kraj rasistów i ksenofobów. Drogi jak cholera i niezła pensja schodzi w większości na malutkie mieszkanie, jedzenie i niewielkie "turystyczne" podróże. I nie mam pojęcia jak lokalsi mogą utrzymać siebie i rodzinę za takie pieniądze.
Poza tym, niewiele osób mówi w jakimkolwiek języku obcym. W pracy również porozumiewają się ze sobą tylko w swoim języku, więc nawet nie ma jak się włączyć do dyskusji.

Integracja jest utrudniona i nie ma tu zbyt wielu obcokrajowców. A wśród tych kilku Polaków, którzy tu również mieszkają, nie znaleźliśmy wspólnego języka.

Nienawidzę swojej decyzji. Teraz intensywnie czegoś szukam, aby tylko wyjechać z tego miejsca.

Znajomi i rodzina uważają mnie za szczęściarza i mi zazdroszczą. A kiedy wspominam o minusach to nikt nie bierze mnie na poważnie albo stwierdzają, że grubo przesadzam.

#bgUFa

Będąc dzieckiem myślałam, że kiedy się nudzę, czas naprawdę płynie wolniej, niż kiedy się dobrze bawię. Zgodnie ze swoim tokiem rozumowania byłam pewna, że jeśli ja się nudziłam, a mój brat w tym czasie robił coś ciekawego, to dla niego jest już przyszłość, podczas gdy ja ciągle tkwię w przeszłości.
Nie mogłam ogarnąć, że jest tylko jedna teraźniejszość, a to, czy czas płynie wolno czy szybko, jest tylko subiektywnym wrażeniem.

#ziap9

Gdy miałam koło 6 lat, znalazłam w łazience podpaski, więc postanowiłam poczuć się jak dorosła i ich użyć! Cóż... Przykleiłam je w miejscu docelowym, z tym że klejem do ciała. Przeszłam się po pokoju, co było cholernie niewygodne i wróciłam do łazienki, widząc moje dziwne kroki mama weszła za mną, na co od razu wypaliłam: "Jak wy możecie w tym chodzić?!".
 
Wtedy mama mi wszystko wytłumaczyła, a historia obiegła całą rodzinę.

#3kR11

Kiedy zaczęły mi rosnąć piersi, przeżywałam lekką traumę.

Jako dziecko nie wiedziałam, jak wygląda proces wzrostu piersi, jednak wiedziałam, że rak piersi objawia się takimi grudkami, które można wymacać. I że można na niego umrzeć.

Gdy moje ciało stwierdziło, że dojrzewanie powolutku można zaczynać, ja myślałam, że dostałam raka. Zaczęłam się modlić do Boga, nakazałam sobie co tydzień odmawiać różaniec, a jak nie, to za karę 10 różańców w kolejnym tygodniu.
Myślałam, co to będzie z rodzicami, jak się będą czuli po mojej śmierci i jak to jest umierać. Pogodziłam się z losem, ale rodzicom nic nie mówiłam, żeby ich nie martwić.

Z różańcem skończyłam po 2 miesiącach, bo mi się już nie chciało. A pewności, że raka nie mam, nabrałam po jakimś roku.

Co niewiedza robi z wyobraźnią dziecka...

#n08S1

Jestem totalnie zapracowanym człowiekiem. Specjalizuję się w bardzo specyficznej dziedzinie, a prócz mnie w Polsce jest tylko jeden człowiek o podobnej wiedzy - aczkolwiek doświadczeniem prześcigam go o jakieś pięć-siedem lat. Lubię swoją pracę, jestem w niej dobry, zarabiam olbrzymie pieniądze i wiele więcej do szczęścia mi nie potrzeba.

Jednak zaczynałem jako jeden z wielu. Dużo pytałem, może nawet nachalnie wkręcałem się w każde zadanie, byłem wszędzie i o każdej porze. Zaznajomiłem się z każdym programem, poznałem wszystkie maszyny, wiedziałem kto, kiedy, gdzie i dlaczego. Byłem niezastąpionym pracoholikiem - i bardzo mi to pasowało. Nadal pasuje.

Firma się rozwijała, ja też. W końcu nadszedł moment, w którym proporcje się zmieniły - to ja się rozwijałem, a firma przy okazji. Osobiście wyszukiwałem najcięższe oferty, a potem kierowałem projektem. Robiłem to dla własnej satysfakcji, nie ukrywam, że podziw ludzi dookoła mi się podobał. Lubię być szanowanym autorytetem, lubię podejmować decyzję i lubię odpowiedzialność.

Ale nawet ja jestem człowiekiem i raz na pięć lat potrzebuję tygodnia urlopu. Jest jeden problem.

Jestem niezastąpiony. Zwykle nawet jak mam urlop - i tak pracuję w pełnym wymiarze. Z własnej woli. Ale kiedy nadszedł w końcu moment w którym chciałem odpocząć, zresetować się, odciąć, nie myśleć - wciąż musiałem być pod telefonem. Wciąż musiałem podejmować decyzje. Zacząłem czuć znużenie - nawet kiedy nadchodzi noc, a ja idę spać, telefon może w każdej chwili zadzwonić, a laptop musi być obok. Byłem w pułapce w której sam się zamknąłem i którą nawet lubiłem - ale brak urlopu od dobrych siedmiu lat, olbrzymia odpowiedzialność i stres mocno mną zachwiały.

Ale znalazłem sposób, nie muszę się już bać o moją psychikę.

Namówiłem zarząd i prezesa do przyjmowania ofert z niemal każdego kontynentu - najbardziej lubię Amerykę i Australię. Dlaczego?

Bo lecę tam ponad 10 godzin. Wtedy nikt niczego ode mnie nie chce. Nikt nie ma prawa zadzwonić, nie można mnie oskarżyć o zaniedbanie, ja sam nie muszę się winić. To tylko 10 godzin, ale dla mnie to aż nadto, żeby pozbyć się całego stresu, zrelaksować się od głowy po czubki palców. To dla mnie lepsze niż seks, lepsze niż cokolwiek innego. Tak bardzo to lubię, że pracuję jeszcze ciężej pomiędzy lotami, tak żeby było ich coraz więcej i żeby w trakcie nie musieć się o nic martwić.

A, i całkiem przypadkiem wybieram zawsze pierwszą klasę ze wszystkimi dodatkami jakie mogę wynaleźć, zawsze w liniach które mają wygodniejsze miejscówki, lepsze jedzenie, fajniejsze gadżety. A za moje comiesięczne 20 godzinne wakacje za każdym razem płaci pracodawca.

Chociaż w sumie i tak mu się opłaca :)
Dodaj anonimowe wyznanie