Jak byłem mały, to u dziadków chciałem pojeść trochę śliwek i wszedłem na drzewo (wszystko pięknie), ale gdy chciałem zejść na ziemię, to musiałem z niego zeskoczyć. Podczas skoku zahaczyłem o gałąź, która była za mną i...
Zawisnąłem na majtach. Musiała mnie ściągać mama.
Śmiech rodzeństwa słyszę do dzisiaj.
Wyznanie o brokule.
Kilka dni temu razem z chłopakiem pojechaliśmy na obiad do jego rodziców.
Przez całą drogę (jedzie się ok. 2h) truł mi o tym, jak jego matka cudownie gotuje...
No nie wiem.... mi to wyglądało na zwykłą potrawę z worka podpieczoną na patelni.
Mianowicie owa potrawa składała się z tego nieszczęsnego brokuła, marchewki i kawałków kurczaka.
Ja nienawidzę brokułów i kalafiorów. Od samego zapachu kiszki mi się w brzuchu skręcają. Ale chciałam zrobić dobre wrażenie na przyszłych teściach.
Więc nic nie wspominając o mojej nienawiści do brokułów, wpakowałam całą łychę do buzi. I żuję... Czując, że za chwilę zwrócę potrawę na talerz, postanowiłam popić to wodą. Ojjjjć... Dostałam takiego odruchu wymiotnego, że cała zwartość mojej buzi (brokuł, marchewka i kurczak, dodam, że były pięknie zmielone) wylądowała w szklance.
Do końca życia nie zapomnę miny mojego chłopaka i jego rodziców.
W sumie obrócili to w żart, chyba widząc, że zaraz się rozpłaczę.
Ale jest mi tak potwornie głupio... Masakra.
Czasami mam ochotę napisać tu jakieś zmyślone wyznanie, by zobaczyć, jak ludzie je skomentują i jak przyjmie się moja historyjka. Ale powstrzymuje mnie jedna rzecz - zawsze przychodzi mi do głowy, że ktoś z czytających zaczyna się przejmować losem wymyślonej przeze mnie postaci i modli się w jej intencji. Nie chcę, żeby ktoś modlił się za kogoś, kto nie istnieje, tylko dlatego, że został wprowadzony przeze mnie w błąd.
Wyobraźcie sobie takiego Boga, który nagle słyszy modlitwę za kogoś i dostaje zonka, bo przecież ktoś taki nie istnieje, a potem Bóg przygląda się sprawie bliżej i obczaja, że to wszystko przez moje kłamstwa. Bardzo, bardzo mnie to peszy, boję się gniewu Bożego :D
Tyle mówi się o znieczulicy chamstwie pielęgniarek...
W nocy trafiłam do szpitala. Rano przeniesiono mnie na inną salę, w której leży 93-letnia Kobiecinka w pampersach oczywiście. Popołudniu raz powiedziała, że pęcherz ją boli, że z chęcią by się umyła. Ku mojemu zdziwieniu pielęgniarka poszła do dyżurki i w mgnieniu oka wróciła z drugą. Wzięły Babcię na ręce, zaniosły pod prysznic, umyły.
Gdy wróciły, wszystkie trzy zaczęły przezywać kto mógł doprowadzić do takiego stanu jej nogi... żywe rany otwarte... ropą cieknące (mieszka ze swoją córką i wnuczką..). Okazało się, że to takie zaniedbane odleżyny. Opatrzyły ją i załatwiły konsultację lekarską. Jedynym słowem... wzruszyłam się...
Babcia również.
Znajomi uważają mnie za fit osobę, bo jak z nimi wychodzę, to nigdy nic nie kupuję i mówię, że to dieta.
Po prostu nie mam kasy, żeby cokolwiek kupić.
Mam bardzo prosty sposób na nudę. Podczas jakiejkolwiek rozmowy, czy to z osobą bliską czy też dalszą (zależnie od sytuacji), w ukryciu włączam dyktafon w telefonie i nagrywam. Później kiedy jestem sam w domu, najczęściej na sedesie, odtwarzam te nagrania i tak po prostu przysłuchuję się ludzkim głosom, odtwarzam moment tej rozmowy i tak potrafię przesiedzieć koło godziny. Taki ze mnie chory człowiek.
Ku..a. Zapewne tym słowem określicie moją siostrę po przeczytaniu tego. Sam zapewne bym tak o niej mówił, gdyby nie fakt, że to moja siostra i jednak coś mnie przed tym blokuje. Mam dwójkę rodzeństwa - starszą siostrę A. (główna bohaterka tekstu) i młodszego brata Ł. Siostra od bardzo długiego czasu jest z chłopakiem R., z którym w zeszłym roku wzięła ślub. Biedak jednak nie ma pojęcia z kim w ogóle się związał, a siostra pilnuje, aby się o tym nie dowiedział. Od ładnych kilku lat za plecami puszcza się z innymi typami albo klęka przed nimi na kolanach. Pół biedy, że po pijaku, ona jest w stanie zafundować jakiemuś typowi stosunek oralny całkowicie na trzeźwo po zaledwie kilku minutach znajomości. Najczęściej dzieje się to w klubach, więc ciężko znaleźć tam facetów mających opory. Cześć, chwila rozmowy, i wspólna wycieczka do toalety. Zaczęło się to od wypadów do klubów z koleżankami, jednak one były stanowczo przeciwko takiemu zachowaniu, więc zrezygnowały z wyjść z A. Nie przeszkadzało jej to dalej okłamywać swojego chłopaka, że wychodzi z koleżankami, gdy w rzeczywistości szła sama. On naiwnie wierzący niczego się nie domyślał, a ja boję się pomyśleć, ilu kolesi ją już zaliczyło.
Nie pomagały groźby ojca dotyczące wydziedziczenia czy solidne ochrzany, które od niego zbierała. Nie pomogły rozmowy moje i mojej dziewczyny. Siostra powtarza, że to jest jej życie i jej sprawa i nikt nie ma się prawa w to wtrącać. Ojciec nie chce mówić nic R., bo w życiu nie zniży się i nie powie swojemu zięciowi, że ma córkę ku..ę. Namawiałem go, aby się ugiął, ale nic z tego, ja w sumie razem z dziewczyną też mamy pewne opory, boimy się, że R. nam nie uwierzy, bo jest naprawdę bardzo zakochany. Zresztą A. coś przeczuwa i za wszelką cenę uniemożliwia nam kontakt z R. To co się jednak działo ostatnio na ich weselu sprawia, że coraz bardziej się w sobie próbuję zebrać.
W pewnym momencie imprezy A. musiała wyjść do pomieszczenia z rzeczami państwa młodych, bo czegoś tam potrzebowała. Zauważyłem, że poprosiła kolegę R., aby poszedł z nią (wyglądało jakby potrzebna była męska pomoc), aby nie było niezręcznej sytuacji, że młodzi nie siedzą z gośćmi, więc R. został z całym towarzystwem. Z tego co wiem kolega pana młodego próbował kiedyś walczyć o względy A., więc od początku mi coś zaczęło nie pasować. Moje obawy potwierdziły się, gdy oboje po dłuższej chwili wrócili z powrotem, a kolega, z którym zniknęła miał rozpięty rozporek i wypieki na twarzy...
Naprawdę nie wiemy co mamy robić, staramy się chronić przed wszystkim młodszego brata, który jest jeszcze w wieku szkolnym i jest zdecydowanie za mały, aby dowiedzieć się o całej sytuacji. Dzięki Bogu mieszkamy w dużym mieście, a nie w małej miejscowości, gdzie takie wieści rozchodzą się w mgnieniu oka, choć w budynku wielorodzinnym nigdy nic nie wiadomo.
Przeczytałam dużo wyznań na temat moher-mafii oraz ich ciemnych poglądów i przypomniała mi się historia sprzed lat.
Mianowicie, kilka lat temu zdałam maturę. Wszyscy szczęśliwi, że wybiorę się na ich wymarzone dla mnie prawo. Nooo jednak nie... postanowiłam się spełnić. Od zawsze chciałam być archeologiem. I na ten kierunek się dostałam. Jak zareagowała rodzina?
Babcia1- O Trójco Święta, do kościoła idź! Nawróć się! Będziesz przeklęta! Trupy będziesz odkopywać! A jeszcze mnie z grobu wykop! Hieno cmentarna! (wut?)
Babcia2- Starą panną będziesz, mówię Ci! Ja już znam takie co chciały koniecznie pokazać, że praca im nie straszna! (Babcia nie pracowała, tylko wychowywała dzieci, była też maszynką do ich robienia, a także zajmowała się prowadzeniem domu). I teraz co? Siedzą i chleją, bo chłopa znaleźć nie mogą! Oj, by Cię dziadek pogonił, taka to do domu się nadaje tylko!
Ciotka: Od**liło jej po śmierci ojca! (fakt, z trudem to przeżyłam, ale funkcjonuję normalnie od wielu lat) Wykopać go będzie chciała! Jezusie najsłodszy jeszcze się z nim w trumnie żywcem zakop!
Próbowała też przekonać moją matkę aby mnie nie puszczać na cmentarz.
W kolejnym tygodniu przyszły do mnie dwie sąsiadki z krzyżem, bo jedna z wiekowych ciotek mieszkających kilka pięter pode mną poskarżyła się swojej moherowej gildii, że wyparłam się Kościoła, a one postanowiły, że mnie nawrócą.
Mnie samej było trudno uwierzyć co tu się za przedstawienie odstawiło. Mimo to zrobiłam magistra i udało mi się dostać do muzeum, co zawsze chciałam robić. Mam też narzeczonego, więc staropanieństwo mi póki co nie grozi :)
Jedynie matka popierała mój wybór, a ojciec może spać spokojnie :)
Historia z czasów przedszkola. Czasów, kiedy każde dziecko biegało, gdzie tylko było miejsce. A gdzie jest najwięcej miejsca? Oczywiście na dworze.
Naszą ulubioną zabawą była... walka. Ale nie taka na pięści, to był konflikt na linii damsko-męskiej, polegającej na przejęciu najważniejszych punktów placu zabaw. Ja, jeden z nielicznych posiadających komputer i grający w gry strategiczne (Commandos, Age of Empires itd.), zostałem uhonorowany przez "guru" bandy chłopaków na, i tu cytat, nadwornego stratega walkowego (tak, walkowego). Dumny z otrzymanego stanowiska wszystkimi siłami starałem się zdominować cały plac zabaw.
Zasady były proste. Pilnujesz swoich punktów i nacierasz na punkty wroga. Potyczka polegała na kasłaniu na przeciwnika, obrzucaniu go piaskiem lub powaleniu go na łopatki. Zakazane było drapanie, plucie i bicie. Za doprowadzenie kogoś do płaczu poprzez złamanie zasad mogło postawić delikwenta przed sąd wojenny (wspólne obrady dwóch grup decydujących o jego losie) i przekazanie go paniom pilnującym lub wykluczenie z zabawy na 1 lub 2 dni, albo co gorsza wydaniu go poszkodowanemu/nej w celu zemszczenia się.
Punktów do przejęcia było 6. Zjeżdżalnia (najwyższy punkt, czyli wieża obserwacyjna), piaskownica (sam środek miejsca zabaw, a zarazem arsenał piachu bitewnego), pagórek (przydatny w zimie, by zjeżdżać na sankach), drzewo (ogromna wierzba, siedziało się tam w lecie, cień i chłód), karuzela i huśtawki (ulubione sprzęty) oraz dom (a raczej drewniane pudło, które udawało dom, jedyne miejsce niewidoczne dla opiekunów, jak i przeciwników). Gdy objąłem zaszczytny urząd, nie było kolorowo. Ekipa chłopców sprawowała władzę tylko nad zjeżdżalnią, więc słabo :(.
To jednak nie zgasiło mojego zapału i już obmyślałem plan. Podczas leżakowania, wszyscy zebraliśmy się w kółko, a szefu dał mi prawo głosu, by przedstawić wszystkim moją misterną taktykę. Była genialna w swojej prostocie (skromność tak bardzo), mianowicie użycie przynęty. Na wieży zostawiamy 2 chłopaków, a reszta cichutko uderza na pagórek. Wiedziałem, że wróg nie przepuści okazji do zmonopolizowania podwórka.
Tak też się stało, wszystkie dziewczyny zaatakowały od frontu, a my bez problemu zdobyliśmy nie tylko pagórek, ale też i dom, i drzewo (ninja style!), ze stratą tylko zjeżdżalni. Gdy tylko się zorientowały, zebrały się i postanowiły bardziej pilnować swoich punktów. Było dobrze, 3-3. Następnego dnia obmyśliłem nową strategię. 5 ludzi biegnie w stronę karuzeli i huśtawek, robiąc fake-atak. Reszta, korzystając z dezorientacji innych, zdobywa piaskownicę. Nazajutrz, z bronią miotaną, udało nam się zdobyć pozostałe dwa punkty kontrolne.
I wiecie co? Rozchorowałem się. Gdy wróciłem w poniedziałek, nie mieliśmy nic. 0-6. Porażka. Debile wszystko stracili. To się nacieszyłem.
PS Przynajmniej za zasługi dostałem lizaka :D
Idąc na studia, byłam gotowa na to, że nie będę gwiazdą imprez. Każde spotkanie w studenckim gronie kończyło się co najmniej piwkiem, ale nie dla mnie - od kilku miesięcy byłam abstynentką. Zrezygnowałam z wyjść integracyjnych, bo dla nowych znajomych wychodzenie razem miało sens tylko jeśli w planach był alkohol.
Nie znałam nikogo w nowym mieście. Miałam tylko garstkę kumpli z roku, jednak oni nie byli zainteresowani żadnym z zajęć nieuwzględniających picia, stąd zaczęłam robić sobie taki dzień dla siebie i swoich zainteresowań raz w tygodniu. Czułam się jednak żałośnie sama w restauracjach, muzeach, teatrze czy na koncertach.
Byłam coraz samotniejsza. Próbowałam poznać nowych ludzi, jednak praktycznie bezskutecznie. Poznałam raptem dwie osoby, które okazały się być zainteresowane bliższą znajomością.
Czułam, że jestem na skraju załamania. Gdyby nie to, że kupiłam bilety na wernisaż mojego ulubionego niszowego artysty tygodnie wcześniej, pewnie nie wyszłabym z domu drugi miesiąc z rzędu. Od niechcenia ubrałam wyjściową kiecę, coś tam ze sobą zrobiłam, ale i tak było po mnie widać niechęć.
O dziwo panowała tam cudowna atmosfera, co chwilę zaczepiali mnie ludzie i zamienili kilka słów. Zauważyłam, że większość tak robiła, nikt nie trzymał się sztywno swojej grupy, więc sama podeszłam do jednej dziewczyny, a potem do elegancko ubranego młodego mężczyzny. Tak wciągnęła nas rozmowa, że spędziliśmy razem prawie pół godziny, jednak jego w końcu gdzieś zawołano. Wyszedł na podest na środku sali i zaczął luźną przemowę. Okazało się, że rozmawiałam ze swoim idolem.
Było mi strasznie głupio, że go nie rozpoznałam, choć widziałam jego twarz na raptem kilku zdjęciach. Uważałam, że wypadłam fatalnie w rozmowie z nim i musiało mu być wstyd, że ktoś taki chodzi na jego wernisaże, jednak udawał uprzejmego. Wyszłam tuż po przemowie.
Dwa tygodnie później zadzwonił do mnie nieznany numer. Kobieta przedstawiła się, choć jej imię nic mi nie mówiło, a następnie zaczęła pytać, czy byłam na wernisażu artysty X, jak byłam ubrana, jak wyglądam... Zaczęłam się bać, że zaraz zostanę oskarżona o morderstwo.
Pan X zadzwonił z przeprosinami i wysłał kwiaty. Poszliśmy razem do teatru i na kawę.
Postanowiłam opisać tę historię, bo niedawno się oświadczył i przypomniał mi wszystko.
Pamiętajcie, kochani, nigdy się nie poddawajcie. Odnajdziecie swoje szczęście :)
Dodaj anonimowe wyznanie