#PmMd2

Mój brat jest kimś w rodzaju detektywa, różne osoby zwracają się do niego z problemami, po radę czy informacje. Są to głównie osoby ze szkoły, ale też sąsiedzi czy koledzy. Kot się zgubił? Sąsiad ma nowe auto i wszyscy chcą wiedzieć skąd ma na to pieniądze? Potrzeba komuś pytań na test? Brat za odpowiednią cenę zrobi wszystko.

Sąsiadce ukochana kotka się zgubiła i od dwóch tygodni ni widu ni słuchu, brat po dwóch godzinach odnalazł kotkę z 6 kociąt. Sąsiad nowe auto kupił za pieniądze z podziału sprzedanego domu po teściowej. A klasa mat-geo dostała od brata odpowiedzi na sprawdzian z geografii. Ja nawet nie wiem jak to możliwe. Geografica nie umie obsługiwać drukarki, od lat pytania na testach zadaje z głowy. Więc nie mógł ich ukraść, bo przed sprawdzianem nawet nie istniały. Wniknął jej do głowy czy jak?

Ostatnio spodobał mi się kolega z równoległej klasy, ale bałam się zagadać, bo nic o nim nie wiem. Zatrudniłam brata do roboty, drogo mnie to kosztowało, pół miesięcznego kieszonkowego i sporą część moich słodyczy, tak licealistka może lubić słodycze, bardziej je zbieram niż jem. Ale było warto, po dwóch tygodniach dostałam 2 strony informacji o tym chłopaku. Wśród nich jego ulubione rodzaje śniadania - musli, dżem, kakao. Numery do niego (i tak miałam), jego siostry (łatwo zdobyć, bo jest z tego liceum co my), do jego rodziców, babci, 2 ciotek, kuzynki i wujka. Wujek jego mieszka w Białystoku i jest prawnikiem. Do tego chłopak mając 12 lat złamał rękę, ma dwa koty (pers i dachowiec) i labradora. Mam nawet szkic ułożenia mebli i pomieszczeń w jego domu, datę jego urodzin i imienin, oraz urodzin wszystkich w jego rodzinie, listę 16 filmów które lubi i 6 gier, w które gra najczęściej. Do tego miejsca w których najczęściej bywa, jego adres, numery tablic rejestracyjnych obydwu aut jego rodziców i kilka innych informacji.

Nie jestem jakąś stalkerką, w ciągu tych dwóch tygodni czekania umówiłam się z nim, a raczej to on wykonał pierwszy krok bez żadnych wiadomości o nim. Ale te informacje się mi na pewno przydadzą, część z nich sprawdziłam, np. to, że jego wujek mieszka w Białymstoku i naprawdę jest prawnikiem.

#eVYBW

Mam bardzo złą sąsiadkę. Na potrzeby wyznania ochrzcijmy ją Grażynką. Grażynka wiedzie spokojny żywot na emeryturce. Wyznaje ponadto zasadę ,,nic co somsiedzkie nie jest mi obce" i uprzykrza życie wszystkim, niestety najbardziej mi. Gdybym mógł, zamieniłbym się na chwilę w Hitlera i odesłał bym toto do gazu. A, zapomniałbym! To zagorzała wyznawczyni niejakiego pana Tadeusza R. z Torunia, właściciela Maybacha, w którym z tyłu znajduje się kapliczka, obiekt modłów za najhojniejszych dawców.

Ona geja i żyda wyczuwa z daleka, niewiernych ściga niczym bezpieka, możnaby rzec. Nie cierpi zwierząt i rzucała w mojego pieseła kamieniami. Mieczysław (ciapowaty labrapudel) niczego jej nie zrobił. Tyle słowem wstępu.

 Smaczki z życia wzięte:

1) Mój kot, zwany Puszkiem i żyjący w jako takiej symbiozie z labrapudlem Mietkiem, leżał sobie na płocie. Spoglądał leniwie na rosnącą trawę z tyłu, za domem. Gdyby nie jego refleks, leżałby zapewne w domu z połamanym tyłem. Ta idiotka uderzyła go prawie, uwaga, metalowym prętem!
 
2) Moja ukochana siostra jest innej orientacji i przyjechała z partnerką w odwiedziny. Gdy to pomarszczone ścierwo je zobaczyło, przybrało kolor iście krwisty i zaczęło je wyzywać od nierządnych pań, adoratorek szatańskich zabawek itp. No nie wytrzymałem! Podszedłem do tej szmaty i strzeliłem jej z liścia. Zwykle jestem łagodny jak mój pies, ale coś we mnie pękło, naprawdę. Po tym się uspokoiła, ale nie na długo.

3) Ja i mój przyjaciel od dzieciństwa, czysty punk, jechaliśmy samochodem i słuchaliśmy bardzo poetyckiego utworu z jego płyty, którego tekst brzmiał jakoś tak:
"HABLAHABLAAFUMAFUMGSBSSJJASN".
Widziała nas. Nazajutrz w skrzynce pocztowej znalazłem jakieś religijne ulotki i kartkę, na której było wyraźnie napisane, żebym przestał odprawiać orgie i czarne msze (what the ku*wa fu*k ????).

4) Pewnej niedzieli wyjechałem na "szopping" (Halyna bier dziecię, jedziemy do haiema/harema/haryma/no po prostu do tego sklypu z ciuchami). Wracam zrąbany jak gimnazjalista po maratonie ślizgania bambusa i widzę ją. PO PROSTU WYWALIŁA DUPSKO I ZROBIŁA KUPSKO NA MOJĄ WYCIERACZKĘ! Tego było za wiele.

Opracowałem z kumplem plan zemsty. Halloween się zbliżało, normalnie idealnie, pięknie i jebutnie. Wszystko zebraliśmy i tylko czekaliśmy na dzień sądu. Przyszedł. Zrobiło się ciemno i jajka poszły w ruch. Kumpel bombarduje sąsiadkę papierem toaletowym. Ja przebrany za Hitlera i trzymający KA-LA-FI-JO-RA, wykrzykuję coś po niemiecku, zagryzając warzywo. Po rzeźni srajtaśmowej kumpel puścił na JBL'u extreme jakieś dead/heavy metale i wykrzykiwał jakieś antykatolickie treści. Z pomocą przyszedł dogadany sąsiad, przebrany za penisa, który miał krzyczeć "zerżnę cię w dupala, Grażynko". Nękaliśmy ją tak jeszcze przez 25 minut, bo potem mieliśmy dość.

Tak oto zyskałem spokój. Na wieki.

Amen.

#Jn68o

Zawsze myślałam, że historie o lekarzach robiących na NFZ są nieco podkoloryzowane... Aż do wczoraj.

We wtorek zrobiła mi się afta na policzku. Myślę - no trudno, ograniczamy ostre i gorące potrawy, oraz smarujemy maścią. Przez 4 dni żadnej poprawy, ból z rany zaczął promieniować po policzku, dziąsłach i zębach. Doszło nawet do tego, że nie mogłam za dużo mówić bo bolało niemiłosiernie. No cóż - najwyższa pora spotkać się z dentystą. Tata znał jedną przychodnię, gdzie przyjmowali w nocnych godzinach, więc jedziemy.

Na miejscu wchodzę do środka, mówię jak wygląda sytuacja, co się dzieje. Na moją wypowiedź kobitka parsknęła ironicznym śmiechem "Pani to se czymś posmaruje". Wow, brawo Einsteinie... No ale idźmy dalej. Dentystka zaprosiła na fotel, ogląda co tam się dzieje i zadaje pytanie, czym smarowałam aftę. Rzucam nazwę maści i słyszę w odpowiedzi "A to to jest do 4 liter proszę pani". No fajnie, no spoko... Tylko czemu po wizycie przepisała mi dokładnie tą samą maść, to nie mam pojęcia.

I na deser jeszcze jeden smaczek - podczas wizyty dentystka poprosiła swoją asystentkę o przyniesienie jakiejś maści do smarowania. Asystentka wychodzi, wraca i tylko słyszę dialog:
- Coś ty przyniosła?
- No tylko to mam.
- Dobra, może się przyda.

Także ten, ciekawie było. Na szczęście wyszłam żywa.

#19QKE

Mieszkam na pierwszym piętrze, mam widok na niewielki park, gdzie ludzie często wyprowadzają psy. Zdarza się, że po nich nie sprzątają. Miarka się przebrała, gdy jakiegoś faceta pies zaczął srać tuż pod moim oknem, po czym chciał odejść. Wyszłam na balkon i spytałam, czy to jego pies się tu zesrał, gość bezczelnie stwierdził, że nie wie. Nie wytrzymałam. Wczułam się w Dzień Świra chyba, czy coś, bo nawrzeszczałam na faceta, że życzę mu, żeby mu ten pies nasrał w kuchni, skoro to mu nie robi różnicy, gdzie sra.

Często widzę tego faceta i za każdym razem boję się, że jednak mi się wydawało i ten pies naprawdę nie srał.

#2jU4i

Jakiś czas temu przez przypadek usłyszałam, jak mój chłopak Adrian nazywa mnie przy kolegach "moja baba". Nie dawało mi to spokoju, a też nie wiedziałam za bardzo jak podejść do tego tematu, bo w końcu mogło to być jednorazowe. Ale w końcu porozmawiałam z naszym wspólnym znajomym, który po kilku próbach wymigania się z rozmowy, przyznał, że Adrian przez większość czasu mówi o mnie "moja baba". Podobno nawet razem z kolegami pytali go o to określenie, ale on jedynie wzruszał ramionami i odpowiadał "a jak mam niby o niej mówić?". No szlag mnie trafił.

Postanowiłam pogadać z nim. Powiedziałam jedynie o tym, że słyszałam przez przypadek jak mnie tak nazwał. Był zdziwiony tym, że w ogóle o to pytam, że to przecież NORMALNE określenie. Prosiłam, żeby mnie tak nie nazywał, ale on uważa, że robię problem z niczego.

Do niego nie dociera, że ja mam imię, a określenie "moja baba" jest dla mnie równie głupie/szczeniackie/chamskie jak np. "moja dupa". Gdy mu powiedziałam, że nie chcę być z kimś, kto mnie tak nazywa, to usłyszałam od niego coś w stylu "a co, zostawisz mnie, bo nie nazywam cię księżniczką?".
Cóż, jeszcze się zdziwi. Księżniczką być nie chcę, chcę być zwyczajnie Anką, bo tak mam na imię.

#BUhRY

Zobaczyłam dzisiaj pewien post i chciałabym się do niego odnieść oraz go skomentować.

Chyba każdy z Was słyszał o protestach, aby konie nie pokonywały drogi do Morskiego Oka, że to wykorzystywanie, cierpienie zwierząt. To samo tyczy się dorożek, które przemieszczają się po Zakopanem. Ilu ludzi, tyle różnych zdań na ten temat. Jednak najbardziej irytują mnie komentarze typu "niech woźnica pociągnie ten wóz", "pierd... górale".

Moi drodzy, zastanówmy się. Kto wsiada do tych dorożek? Górale? Czy to oni wożą się po Krupówkach? Gdyby turyści tak chętnie nie korzystali z ich usług pewnie o niczym nie było by mowy. A tak każdy orze jak może :)

Zabawne jest to, że z reguły najgłośniej krzyczą ci co sami korzystają. Przykład? Do pensjonatu przyjeżdża kobieta, atrakcją dla klientów jest kulig i ognisko. Kobieta ogromnie zadowolona z przejażdżki dorożką. Następnego dnia widzimy ją w telewizji podczas protestu pod Morskim Okiem. Hipokryzja prawda?
Używajmy mózgu, bo mam wrażenie, że u niektórych on się marnuje :)

#e5mso

Historia wydarzyła się jak miałam 7, może 8 lat.

Pamiętam, że było bardzo ciepło, środek lata. Moja mama kazała mi iść do sklepu, ponieważ brakowało jej czegoś do obiadu. Oczywiście protestowałam, bo chciałam iść bawić się z koleżankami na dworze, niestety mama była nieugięta, napisała mi na kartce co mam kupić i dała pieniądze. Sklep nie był daleko, raptem 5 min spacerem, chciałam wydębić chociaż 50 groszy na loda (lata 90'te) ale nic z tego nie wyszło.

Byłam wtedy zdenerwowana, nie dość, że koleżanki czekają, to jeszcze bez przekupstwa. No cóż, biegnę do sklepu, kupuję i wracam.

Jak wychodziłam ze sklepu zatrzymał się jakiś samochód przy chodniku (ulica była ruchliwa, było głośno), facet miał otwarte okno w samochodzie i coś zaczął do mnie mówić. Kompletnie go nie rozumiałam, usłyszałam tylko: wsiadaj, szybko! I wiecie co? Olałam go. Poważnie...

Wkurzyłam się znowu, że jakiś Pan do mnie gada, ja go nie rozumiem, koleżanki czekają, a mama potrzebuje czegoś tam do obiadu. Po prostu chciałam iść się bawić, wziąć segregator z karteczkami i robić wymiany. Więc po prostu sobie poszłam.
Nigdy nikomu o tym nie mówiłam, zapomniałam o tym.
Nie wiedziałam wtedy jak bardzo mogło być to niebezpieczne.

Przypomniałam sobie o tym stosunkowo niedawno, oglądając filmik na YT o tym, jak bardzo dzieci są nieświadome różnych zagrożeń, który nagrała pewna youtuberka.
Wierzcie albo nie, historia jak najbardziej prawdziwa :)

#7gDCw

Moja dziewczyna uwielbia eksperymentować w kuchni, co wychodzi jej świetnie. Kilka miesięcy temu odkryła przepisy, w których dodaje się alkoholu do potraw - z chęcią je teraz stosuje.

Wino, whisky lub rum dodane do sosu, marynaty, kremu albo ciasta rzeczywiście sprawiają, że smak dania jest oryginalny. Rozumiem, że w czasie gotowania trzeba spróbować danego alkoholu czy pasuje smakiem do dania. Ale próbowanie mojej dziewczyny normalne nie jest. Wychylenie pełnej (200 ml) szklanki danego wina/whisky itp. w celu "upewnienia się, że pasuje smakiem", to raczej lekka przesada.

#VGP0h

Kiedyś zaczęły mi się psuć paznokcie u nóg.

Pierwszy wniosek - grzybica.
2 lata sama to leczyłam, preparatami bez recepty. Potem stwierdziłam, że czas iść do lekarza. Po wizycie nadal leczyłam grzybicę, różnymi lekami, które mi przepisali. Kolejne 2 lata. Paznokcie coraz obrzydliwsze.

Któryś dermatolog skierował mnie na badania. Wynik - to nie grzybica. W takim razie co? "Nie wiadomo, ale na pewno samo przejdzie".

Paznokcie powoli zaczynają schodzić. Problem przenosi się też na sąsiednie palce.

Idę do innego lekarza. "To uraz mechaniczny. Pewnie miała pani kiedyś za ciasne buty".
I co, przepraszam bardzo, urazem mechanicznym po kilku latach zaraziły się kolejne paznokcie?
Nieważne. To uraz, paznokcie zejdą i będzie dobrze.

Paznokcie zeszły do połowy, kiedy te nowe, spod spodu - również chore i brzydkie - też przestały rosnąć i zaczęły schodzić.
W tym momencie mam 3-warstwowe paznokcie.
Zahaczają o buty i sprawiają dyskomfort przy dotykaniu. Na obcisłe szpilki nie mam co liczyć, jestem skazana na klapnięte baletki.

Żaden dermatolog nie wie co mi jest, i nie kwapi się do wymyślenia na jakie badanie można mnie skierować (byłam u 6 różnych). Mam czekać, aż przejdzie.

I tak sobie od 7 (!) lat żyję, z grubymi, pożółkłymi, sczerniałymi, pofałdowanymi i schodzącymi paznokciami u stóp.

Od 7 lat nie byłam na basenie ani na plaży, nie chodziłam w sandałach, zawsze trampki i półbuty, nawet w najgorszy upał.

We własnym domu też nigdy nie zdejmuję skarpetek, ani w dzień, ani w nocy, żeby rodzeństwo nie widziało (rodzice wiedzą, wozili mnie po lekarzach; no ale im też nie będę świecić gołymi stopami przed nosem, bo to ani dla nich, ani dla mnie by nie było przyjemne). Gołe stopy mam tylko w kąpieli.

W międzyczasie się przeprowadziłam. Na szczęście, bo nowym znajomym łatwo było wmówić, że pływać nie lubię, a sandały to nie dla mnie...

#abjkE

Moje wyznanie jest prawdziwe, pierwsze i pewnie ostatnie.

Macie przyjaciela, któremu byście powierzyli wszystko? Któremu ufacie bezgranicznie? Ja takiego miałem. Przyjaciel od dzieciństwa, nasi rodzice znali się od dzieciństwa, człowiek, któremu bym powierzył własne życie i to życie za niego oddał, on tak samo to traktował. Miał trudne chwile w życiu po stracie bliskich - byłem ja. Byłem po wypadku - oddał mi krew (na szczęście miał tę samą grupę, a mamy rzadką). Potrzebowałem ratunku z Austrii, gdy okradli mnie ze wszystkiego - przyjechał tego samego dnia. Naprawdę mogę wymieniać mnóstwo wspólnych chwil wsparcia, zabawy, radości i wspierania się w cierpieniu. A dodam jeszcze, że raczej moi rodzice są z klasy wyżej średniej, to znaczy nie głodujemy, życie na pewnym wygodnym poziomie, stąd jako student nie wynajmuję mieszkania, a mieszkam sam w nieruchomości, w którą rodzice zainwestowali, jak byłem jeszcze mały. Ten przyjaciel natomiast z domu bardziej majętnego, sportowe auto na 18. urodziny etc.

W 2014 znalazłem pierwszą pracę w zawodzie, branża IT. Wtedy też poznałem temat kryptowalut, który zaczął mnie interesować nie tylko pod kontem technologicznym, ale też pod kątem inwestycji. Dużo czytałem, siedziałem nad tematem, z nudów własne aplikacje tworzyłem - klasyk informatyka. W lipcu 2015 zdecydowałem się na pierwsze inwestycje. Nie będę opisywał wszystkich swoich ruchów, skupię się na jednym głównym - Ripple (XRP). Włożyłem wtedy (już mając niemałą wiedzę) 500$ w ową walutę po kursie 0.0120$. Dało mi to mniej więcej 41 000 monet. Wrzuciłem wtedy na górce, potem kurs potrafił spaść o połowę i tak dłuugo się utrzymywał, ja nic nie sprzedawałem stricte w tej walucie (ruchy robiłem na innych krypto). W lutym po kursie 0.006$ doinwestowałem jeszcze 2000$, wierząc w projekt (powiedzmy, że pieniądze miałem z ruchów na innych krypto, więc mogłem pozwolić sobie na takie ryzyko, bo raczej jako student utrzymujący się sam liczyłem złotówki). Licząc poprzednie 41k monet, łącznie miałem 370k XRP. Przerzuciłem je na portfel na Ledger (coś jak pendrive, czyli nikt mi ich nie ukradnie) i czekałem.

W styczniu tego roku XRP sięgnął 3$ - czyli posiadałem majątek równy niemal 4 mln zł. Uwierzcie mi, od kilku miesięcy jak to szło w górę, to miałem duże problemy ze sobą, co robić, jak sobie z tym poradzić, by nie zginąć - oparcie znalazłem w moim przyjacielu. Wiedział od kilku tygodni o tym, co kryję w mieszkaniu.

Dwa tygodnie temu pogadaliśmy przy whisky. I co dalej? Upiliśmy się (a na pewno ja). Mieszkanie zdemolowane, portfela nie ma, notesu z "hasłem" nie ma, przyjaciela nie ma - rodzice jego wiedzą tylko, że wyjechał za granicę. A ja nie mam za bardzo możliwości walczyć z tym prawnie, bo jak?

Uważajcie, kogo nazywacie przyjacielem, ja wracam do konsultacji z prawnikami :)
Dodaj anonimowe wyznanie