Pracuję w centrum handlowym na pierwszym piętrze. Dosłownie przed chwilą myłam witrynę sklepową i zauważyłam pewną dziwną akcję.
Siedzi parka z małym dzieckiem, na oko miał 2 lata. Mały puszczony samopas biega sobie po galerii i zbliża się w stronę ruchomych schodów.
Mama krzyczy: „Krzysiu, Krzysiu!”. Tata wtóruje. Tylko żadne z nich nie podchodzi i nie zabiera syna... Minęła chwila, mały wbiegł na ruchome schody i się przewrócił. Spadł parę stopni i histeria.
Ja się pytam: jak można być tak tępym rodzicem?! Takim ludziom powinno odbierać się prawa rodzicielskie. Jestem ciekawa, czy ta dwójka bezmózgów podobnie zachowałaby się, gdyby mały biegł w stronę jezdni.
Pewnego razu zamówiłem pizzę – nic niezwykłego, warto jednak wspomnieć o dziewczynie, która mi tę pizzę przywiozła. No, nie powiem, spodobała mi się... W tym momencie jesteśmy na tym etapie, gdzie ja czekam, aż ona znowu trafi z dostawą do mnie i wtedy zdobędę się na odwagę, by zagadać. Bo mimo że widziałem ją już parę razy, to jeszcze tego nie zrobiłem. Nie jest to jednak opowieść o mojej nieudolności umówienia się na randkę. Nie, nie, nie... Moim problemem jest moja rodzina. Jako że mam z całą rodziną dość dobre relacje, na ostatnim spotkaniu rodzinnym opowiedziałem im o owej niewieście, której imienia nie znam, i o tym, że mi się podoba. Wiecie, na początku takie śmichy-chichy, że w końcu ktoś mi się podoba, a potem pytanie: „Ale ty naprawdę nie chcesz celować wyżej niż dostawczyni pizzy?”. Przyznam – zatkało mnie. Nawet nie wiem, kto o to spytał, ale parę osób podłapało temat i niby żartem, niby serio, że córka koleżanki to jest fajna i nawet po rodzicach firmę będzie miała. Ludzie, którzy całe życie uczyli mnie, że żadna praca nie hańbi i że nie można nikogo oceniać, mówili mi takie rzeczy...
Parę dni później rozmawiałem z dwójką moich przyjaciół. Im też opowiedziałem historię o mojej dostawczyni pizzy i o moich nieudanych staraniach. I od razu usłyszałem: „Eee... z taką pracą to słabo, kogoś lepszego by się przydało”. No kurde... spojrzałem wtedy na moich przyjaciół – żaden z nich nie przepracował nawet dnia w swoim życiu (nie żebym ja miał czym się chwalić, w ciągu 18 lat pracowałem łącznie przez 2 miesiące, po miesiącu w ostatnie i wcześniejsze wakacje), obaj, tak jak ja, żyją wyłącznie za pieniądze rodziców... i jednak oni mają czelność mówić, kto jest lepszy bądź gorszy w zależności gdzie pracuje... Jednocześnie obaj narzekają, jak to nigdzie nie ma fajnych dziewczyn.
Natychmiast zmieniłem temat i już do niego nie wracałem.
I nie wiem, co się tak naprawdę stało, nigdy bym się nie spodziewał takiej reakcji od mojej rodziny, moich przyjaciół. Jeszcze jakby tylko jedno z nich to powiedziało, ale oboje? Kocham ich wszystkich i jestem pewny, że jakbym naprawdę zaczął się z tą dziewczyną umawiać, to nikt by o niej złego słowa nie powiedział, ale sam fakt, że to była ich reakcja na wiadomość jak ją „poznałem”... Nie mogę przestać o tym myśleć.
I nie mówię, że dziewczyna jest świetna, może być okropna, nie znam jej, więc nie mogę stwierdzić. Spodobała mi się, to chcę zagadać, nie zwracając uwagi na to, czy i gdzie pracuje...
Przyznam szczerze, że jestem rozczarowany moim otoczeniem.
Mój syn dyslektyk, mały geniusz z wysoką inteligencją, ale problemem z pisaniem i czytaniem. Od 11 roku życia zapisałam go na wszystkie możliwe zajęcia poprawiające jego dysfunkcje. Stosowne orzeczenie z poradni zaniosłam do szkoły, licząc na pomoc i wsparcie. Co otrzymałam? Przez dwa lata nauki młodego bywałam 2 razy w miesiącu w szkole, wzywała mnie wychowawczyni. Za każdym razem słyszałam, iż młody za mało pracuje, a ja za mało go „cisnę”. Raz nawet wezwano mnie na spotkanie pedagog plus wychowawczyni, wręczono pismo, na którym oficjalnie napisano, iż zaniedbuję dziecko pedagogicznie i szkoła żąda ode mnie stosownej reakcji. Nie wspomnę już o tyradzie wychowawczyni, która stwierdziła, że nie radzę sobie, bo jestem młodą matką!
W międzyczasie z młodym zaczęło się coś dziać. Nie chciał chodzić do szkoły. Chodził z niechęcią, wracał zdenerwowany, a niekiedy z płaczem. Czuł się w klasie niechciany, nielubiany i nieakceptowany. Wychowawczyni potrafiła przy całej klasie stwierdzić, że jest leniem i nieukiem, a w jej ślad poszły dzieci. Był wyzywany, obrażany. Reagowałam, zgłaszałam problem. Wytuptałam ścieżkę od wychowawcy do pani pedagog, skończywszy na dyrekcji. Za każdym razem słyszałam to samo: jest lubiany w klasie, odwraca pani uwagę od swojej nauki, szukając winy w innych, nie w sobie. Zaczęłam wątpić – jak i w siebie jako matkę, tak i niestety w młodego.
To wszystko trwało dwa lata. Wyprano mi mózg, czułam się bezsilna. Nasz los odmieniło jedno zdarzenie. Podczas apelu młody dostał od „kolegi” krzesłem w łeb. Wylądowaliśmy na SOR-ze. Przez te 6h czekania na badanie w nas obojgu coś pękło. Podjęliśmy z młodym decyzję o zmianie szkoły. Byliśmy oboje wykończeni. Szukanie nowej szkoły wcale łatwe nie było. Byłam w pięciu, w każdej brak miejsc. W szóstej szkole po prostu się rozkleiłam i opisałam wszystko, prosząc o pomoc.
Dziś, po pół roku nauki w nowej szkole, mój młody wraca ze szkoły z uśmiechem. Ma średnią 4,0, co w poprzedniej szkole było wręcz nieosiągalne. Ma wspaniałą wychowawczynię, która ciągnie go w górę i którą on ubóstwia, pomimo iż uczy jego znienawidzonego przedmiotu: polskiego. Inni nauczyciele go wspierają, jak sprawdzian pisemnie mu nie pójdzie, poprawę robią ustną. Okazało się, że młody ma bardzo dużą wiedzę, nie umie jej tylko przełożyć na formę pisemną. W klasie jest lubiany i akceptowany. Czy zatem przez te dwa lata horroru młodego byłam złą matką, nieczułą na jego żalenie się? Przecież mówił mi, że jest źle. Skarżył się. Boję się, że kiedyś opowie swoją wersję historii, w której jego zła matka kazała mu cierpieć dwa lata w klasie, w której go gnębiono.
Parę lat temu miałem Volvo. Czarne. Do pracy ubierałem się w czarny garnitur, a że była jesień, to chodziłem w czarnym płaszczu. Ogólnie mówiąc – bardzo elegancko.
Wracałem wieczorem do domu i coś pękło w wydechu, a że warsztat był po drodze, to zajechałem. Specjalista zajrzał, pocmokał i wydał werdykt, że trzeba wymienić. Podał też kwotę, która dla mnie była nieosiągalna. Spojrzałem wtedy na niego i powiedziałem, że pracodawca tak mi się każe do pracy ubierać, bo jestem pierwszym kontaktem jego klientów, a pracuję jako ochroniarz w urzędzie i nie stać mnie na taki wydatek.
Pan spojrzał na mnie współczująco, wziął palnik acetylenowo-tlenowy, kawałek pręta i w trzy minuty zaspawał nieszczelność. Wydech był sprawny jeszcze kilka lat :D
Wiele osób narzeka na polską służbę zdrowia. Choć nigdzie nie jest dobrze. Mojemu znajomemu w USA spadł młotek na stopę. Poszedł do lekarza i dostał skierowanie do specjalisty, aby obejrzał stopę. Termin: pół roku od wypadku.
Była sobie studniówka. Niby nic nadzwyczajnego. Tańczysz, pijesz i znowu tańczysz i tak do rana. Na studniówce był też dyrektor szkoły. On również tańczył, pił i znowu tańczył. Problem w tym, że kiedy dyrektor wychodził, to wtedy oficjalnie przynoszono alkohol, więc każdy czekał, aż sobie pójdzie. No i nadszedł ten czas, ale ku zdziwieniu tych, co na polu palili sobie papierosy, dyrektor wsiadł do auta (tu był pierwszy szok, bo trochę wypił), dalej zaczął cofać i walnął w auto (drugi szok), następnie uciekł z parkingu i po prostu odjechał (trzeci szok, że nawet nie wysiadł zobaczyć). No to my wszyscy lecimy pod to auto i kolejny szok. Mercedes S-klasa, cały zderzak rozwalony.
Nie dalej jak za 15 minut orkiestra studniówkowa ogłaszała, żeby właściciel auta się zgłosił na recepcję.
Dyrektor wrócił. Dogadał się z właścicielem merca, ale niesmak pozostanie, bo wszyscy widzieli.
Jestem po ślubie 9 lat i tak bardzo jestem już zmęczona... Od dawna się nie układa, ciągłe kłótnie mnie już po prostu wykańczają, nie daję już rady. Mamy dwójkę dzieci, chciałabym odejść, ale nie mam gdzie i nie mam z czego żyć (niestety ja nie pracuję, zajmuję się młodszym dzieckiem w domu), na pomoc rodziny nie mam co liczyć. Mój mąż mnie wykańcza psychicznie i nerwowo, wszystko musi być tak, jak on chce. Nie mamy wspólnych pieniędzy, u nas jest moje-twoje. Nie pomaga mi przy dzieciach, jak wróci do domu, to od razu telefon i piwko. Ja rozumiem, że pracuje czasami do wieczora, ale ja też chcę mieć coś z życia, a niestety nie mam nic, tylko dom i dzieci, moją jedyną atrakcją jest pojechanie na zakupy raz w tygodniu. Mam 32 lata, a czuję się, jakbym miała 50, nic mnie nie cieszy. Po prostu mam dość wszystkiego. Żadne próby rozmowy nic nie poprawiają, bo i tak kończy się kłótnią, czasami potrafimy nie rozmawiać ze sobą tygodniami, a wtedy robi mi na złość. Wiem, że lepiej nie będzie i jestem tego świadoma, ale naprawdę nie mam gdzie odejść i za co żyć, a mieszkam na wsi. Nie mam pojęcia, co ja mam robić.
Aktualnie siedzę na urlopie, niedługo jednak wracam do swojego „normalnego” życia. I nie chcę tego. Praca za najniższą krajową i wczesne wstawanie to nic trudnego, jednak jazda przez szare, depresyjne miasto, żeby 8 godzin spędzić z tymi ludźmi, jest demotywująca. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam trudnej pracy, ale ja naprawdę nie potrzebuję większej liczby znajomych i staram się ze wszystkich sił zachowywać kontakty tylko służbowe, nie uważam współpracowników za swoich kolegów, pewniej się czuję przed sprzątaczkami, bo one mnie nie wypytują o nic, o rodzinę, dom, plany na przyszłość, nie interesuje ich, czy zachlałem weekend. Dla mnie ci wszyscy ludzie to grupa nieznajomych i nie czuję potrzeby spowiadania się im z czegokolwiek, zwłaszcza że moje słowa przez nich docierają dalej, poza dział produkcji.
Jestem kochanką.
Wiem, że większość ludzi pogardza wchodzeniem w romans z osobą zajętą i liczę się z hejtem, ale muszę to z siebie wyrzucić.
Nie planowałam tego, przyszedł do mnie na drinka, było nas parę osób, znajomi z pracy. Nowe mieszkanie, nowy krok w życiu, wyjście z bardzo ciężkiego związku, w którym przeszłam depresję... było co świętować. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy, ludzie powoli się zmywali, a nam nie kończyły tematy. Tej samej nocy prawie do czegoś doszło, ale tylko prawie.
Pisaliśmy dużo, nigdy z żadnym facetem nie rozmawiałam tak szczerze, bez wstydu czy udawania. Doszło do tego, że zostaliśmy „friends with benefit”, pociąg między nami był za silny, nie dało się tego zignorować.
Minął rok, a ja z czasem uświadomiłam sobie, że on jest moją bratnią duszą. Po dwóch długoterminowych związkach widzę, czego mi w moich eks brakowało. Póki co nie jestem w stanie tego zakończyć. Mimo że wiem, że jest to toksyczne. Nie dość, że nie jestem w porządku w stosunku do innej kobiety, to sama robię sobie krzywdę. Zdaję sobie sprawę, że nigdy nie będziemy razem, on nie czuje nic więcej jak przyjaźń, jest nieziemska chemia między nami, powietrze elektryzuje i wiem to od osób, które z nami przebywają, mimo że tylko jedna osoba wie, że coś między nami jest.
Mam nadzieję, że z czasem pociąg do siebie nam zgaśnie i zostanie czysta przyjaźń. Naiwne? Niemożliwe? Powiedzcie to sercu, ja tłumaczyłam tysiąc razy, a i tak nic z tego.
Poszłam do przedszkola na przedstawienie mojej córki z okazji Dnia Babci i Dziadka. Niestety, moi rodzice mieszkają za granicą, więc musiałam zastąpić Zuzi tego dnia babcię i… chyba mi się udało. Trochę się zdziwiłam, kiedy przedszkolanka z innej grupy przywitała mnie w szatni słowami: „Witamy babcię Zuzi, zapraszamy na święto seniorów!”.
Mam 27 lat. Chyba najwyższy czas zainwestować w krem przeciwzmarszczkowy.
Dodaj anonimowe wyznanie