Rok temu w mojej szkole pewna dziewczyna popełniła samobójstwo. Po prostu na przerwę poszła do łazienki, zamknęła się, a potem, już martwą, znalazła ją inna dziewczyna.
Z tego powodu zafundowano każdej klasie dodatkową godzinę z wychowawcą, na której miał przyjść szkolny pedagog. I przyszedł. Ale nie, nie usłyszeliśmy o tym, że jak mamy problem, to powinniśmy się zgłosić do niego itd.
Usłyszeliśmy, że zabijać to my się możemy, ale po szkole.
Z rokiem, w którym PIS wygrał mojemu ojcu normalnie odpierdala. Zaczęło się, że wypił po ogłoszeniu wyniku sam ze szczęścia 0,5l wódki jednym duszkiem. Następnie zaczęły się komentarze podczas oglądania wiadomości ciągłe wyklinanie dawnych rządzących i opowiadanie co dobrego robi teraz rząd dla ludzi zachowywał się jak Jehowy. Po jakimś czasie podczas pierwszego czarnego protestu, ubrał się cały na biało i rozdawał ulotki, które drukował w domu o ograniczenie aborcji. Ma swoją listę sklepów, dokładnie sprawdzonych.
Chodzi do tych, gdzie szef jest Pisowcem tak samo jak on. Wyrwał mi z ręki tabletkę antykoncepcyjną dla kotki bo to wola boska aby rodziła małe. Nie zdążyłem z 2 tabletką i kotka urodziła 6 małych. Co tydzień na tacę rzuca co najmniej 100 zł, przez co skurczyło się moje kieszonkowe. Wyciągnął pieniądze z banku, który należał do kogoś z PO oszczędności, przez co stracił roczny zysk.
Na Facebooku jest adminem na grupie popierającej PIS.Nie mogę już z nim dłużej wytrzymać, jego życie to partia nie potrafi rozmawiać o niczym innym jak o polityce i jak wcześniej kradli a teraz to 500+ to wszystkim dobrze.
Chcę się wyprowadzić jak najszybciej i gdy się nie opanuje to zerwać kontakt bo nie jest to zdrowe zachowanie. Za rok kończę 18 lat i oznajmił mi, że wejdzie ze mną głosować aby szatan nie zwiódł mnie, bym nie zagłosował na złą partię. Oto kilka przykładów z życia mojego ojca i mojej męczarni z nim. Niech to minie...
Moja żona powiększyła sobie ostatnio piersi. Tłumaczyła to tym, że dzięki temu szybciej dostanie swoją wymarzoną pracę. Wydaliśmy na tę operację wszystkie nasze WSPÓLNE oszczędności i... i teraz nasza przyszłość leży dosłownie w cyckach mojej żony.
Opiszę wam koszmar jaki mnie spotkał, gdy miałam 11 lat. Z powodu uporczywego kaszlu zostałam wysłana do sanatorium w góry. Często chorowałam, a lekarze nie potrafili znaleźć przyczyny.
W sanatorium miałam być miesiąc, a wytrzymałam tam nieco ponad trzy tyg. Byłam kozłem ofiarnym. W sali w trzema starszymi od siebie dziewczynami. Często przesiadywali u nas chłopcy.
Ja wychowana na wsi nie za bardzo wiedziałam jak mam reagować, gdy ktoś się ze mnie śmieje i mnie wyzywa, więc reagowałam agresją. Gdy ktoś na mnie krzyczał, krzyczałam na niego. Nie wiem czemu, ale czułam, że tak się "obronię"
Niestety ich było więcej.
Bawiło ich to jak próbuję się bronić.
Kiedyś gdy szliśmy do jakieś sali w grupie starszy chłopak popchnął mnie tak, że zbiłam sobie kolana, gdy wywróciłam się z impetem na podłogę.
Powiedziałam o tym pielęgniarkom, powiedziałam konkretnie kto to zrobił. Wezwała dwóch chłopaków po ok 17 lat, którzy wmówili jej, że jestem głupim dzieckiem i sobie to wymyśliłam. Uwierzyła im. Dwóch na jedną, sorry
Potem leżałam w łóżku, bo mnie bolało, a te ch*je przychodziły do nas do sali, siadały na moje bolące kolana i śmiali się wraz z dziewczynami z mojego pokoju. Dziewczynami, które rzekomo mnie lubiły.
Kiedyś dostałam tak mocno w twarz, że miałam siniaka na policzku.
Gdy siniaka zauważyła pielęgniarka powiedziałam, że stałam przy drzwiach, gdy te się otworzyły i to dlatego. Przecież wcześniej nikt mi nie uwierzył.
Teksty pt: "byłby Twoim ojcem, ale mnie pies na klatce wyprzedził" to pikuś. Potrafili dotykać moją bieliznę, wyrzucać ją przez okno. Strasznie ich bawiło tak jak ich było trzech, a ja jedna próbowałam wyrwać im moje majtki.
Raz zmusili mnie abym pocałowała się z moim "chłopakiem".
Nie chciałam tego. Byłam jak wryta, gdy ten koleś mnie całował i dotykał po szyi i po brzuchu. Właśnie tak wyglądał mój pierwszy pocałunek.
Pamiętam jak pytali mnie: "czy jesteś idiotką?" odpowiadałam nie. Dostałam w twarz. Ponowne pytanie. Znów nie. Znów policzek. Sytuacja powtarzała się tak długo aż powiedziałam: tak.
Kiedyś gdy sprzeciwiłam się kolesiowi rzucił mną o podłogę i wykręcił mi rękę tak, że prawie płakałam z bólu. Kazał mnie przeprosić, ale nie chciałam. Dociskał do tego momentu, że juz nie mogłam wytrzymać z bólu. Przeprosiłam
Apogeum? Koleżanka z sali zostawiła kasę na wierzchu, a że grasował złodziej, to wzięłam ją do kieszeni i poszłam jej szukać, aby jej oddać. Potem okazało się, że to była zasadzka, bo ktoś myślał, że to ja jestem tym złodziejem.
Nie miałam tam życia, a chciałam tylko dobrze.
Płacząc w słuchawkę powiedziałam rodzicom, że albo mnie odbiorą albo się zabije, bo nie wytrzymam tam ani dnia dłużej.
Nigdy nie powiedziałam im co tak naprawdę tam się stało. Minęło ponad 10 lat. Nikt do końca nie wie. A boli do dzisiaj.
Na ogół jestem dość grzecznym i bezproblemowym człowiekiem, ciężko pracuję, nie lubię kłamać i nie lubię stwarzać sobie problemów, ale największego przekrętu w moim życiu nigdy nie zapomnę.
Zaczęłam wtedy pracę w nowej firmie i nie wiedziałam, że są tam też pracujące weekendy, jakoś nie dopytałam, a może po prostu zapomniałam - nie wiem. No i jakoś w drugim tygodniu pracy dostałam grafik, a tam niedziela pracująca. Bardzo mi to nie odpowiadało, bo w sobotę miałam iść do koleżanki na urodziny, ale pomyślałam, że kiepsko wyskakiwać z takim argumentem do szefa w nowej pracy, więc postanowiłam wymyślić coś innego. No i wymyśliłam - mój brat mieszka za granicą i przylatuje w niedzielę, no i muszę po niego pojechać na lotnisko, i to na dodatek do Krakowa, na drugi koniec Polski. Myślałam, że przejdzie gładko, ale mój szef był sprytniejszy i powiedział, że nie ma problemu, ale żebym w poniedziałek przyniosła mu pokazać bilet lotniczy, wtedy nie wyciągnie żadnych konsekwencji. Trochę mnie ścięło z nóg, przyznaję, już z dwojga złego wolałabym odpuścić sobie te urodziny i po prostu iść do pracy, ale jak powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B.
Przeszukałam internet w poszukiwaniu tanich lotów, znalazłam taki za 20 zł, kupiłam go, zrobiłam szybką odprawę, ściągnęłam kartę pokładową i przystąpiłam do ciężkiej pracy. Wyszukałam w internecie niedzielne loty z jakiegoś miasta w Anglii do Krakowa, spisałam wszystkie dane, godzinę, numer lotu i inne szczegóły, potem ściągnęłam próbną wersję Photoshopa, obejrzałam na YouTube kilka filmików, jak go używać i po prostu przerobiłam mój bilet. Zmieniłam imię i nazwisko, miasta, godziny i wszystko inne, tak by zgadzało się ze szczegółami lotu niedzielnego, dopilnowałam wszystkiego, na wypadek gdyby szef chciałby sprawdzić, czy taki lot faktycznie się odbył, potem tylko wydrukowałam, trochę pomięłam, by wyglądał na używany i tyle.
W poniedziałek z walącym sercem poszłam do szefa pokazać mu bilet, on tylko zerknął, stwierdził, że wszystko w porządku i na tym koniec historii.
Mówią, że kłamstwo ma krótkie nogi, ale mi się udało, ta historia wydarzyła się kilka lat temu, a w tej firmie przepracowałam jeszcze sporo czasu. Mimo to już nigdy w życiu nie okłamałam żadnego pracodawcy. Tylko na te urodziny nie poszłam, bo stresowałam się tak bardzo moim przekrętem, że odeszła mi ochota na imprezę.
Mam 29 lat i wciąż muszę prosić rodziców o pozwolenie na wyjście z domu. Nawet nie na imprezę, tylko na zwyczajną popołudniową kawę. To nie jest kwestia tego, że mnie utrzymują itd., bo zarabiam nieźle i to ja utrzymuję dom. Oni po prostu mają jakąś nieopisaną potrzebę poczucia władzy nad kimkolwiek.
Wszystkie dobre koleżanki się ode mnie odwróciły, bo ja w przeciwieństwie do nich nie robię z siebie męczennicy, bo mam dziecko.
Mój synek skończył roczek. Ja nie pracuję, udzielam tylko korepetycji paru dzieciakom. Jakiś przychód mam. Z domu wychodzę. Nie narzekam.
Uwielbiam te dni, które spędzam z moim dzieckiem. Patrzę jak dorasta, jak poznaje nowe rzeczy, smaki. Chociaż niejednokrotnie jest ciężko to totalnie nie zwracam na to uwagi, bo moje szczęście ma na imię Jaś i mówi mi mamo.
Jestem szczęśliwa, bo mam dziecko i męża, który jest nie tylko ojcem, ale i tatą, który dba o synka, spędza z nim czas.
Nie raz miałam chwilę tylko dla siebie.
Tata szedł z Jankiem na plac zabaw, spacer czy zakupy, a ja oddawałam się książce, anonimowym czy po prostu robiłam sobie drzemkę.
Moje koleżanki mnie nienawidzą, bo potrafię podrzucić dziecko dziadkom i wyjść z moim mężem na randkę i nie mieć wyrzutów sumienia.
Jestem zadbana, szybko schudłam po ciąży. No i chodzę wiecznie z uśmiechem na twarzy. No dobra, przesadziłam. Często z uśmiechem na twarzy.
Czy naprawdę fakt, że jestem szczęśliwa powoduje, że te mniej zaradne kobiety muszą mnie nienawidzić? To moja wina, że Wasz facet znika na wieczory i nie pomaga w domu? To moja wina, że oprócz dziecka mam jeszcze partnera, o którego też chcę dbać? I on dba o mnie?
Przez całe życie miałem jednego, cudownego przyjaciela. Był dla mnie zawsze wtedy, kiedy go potrzebowałem. Rodzice śmiali się, że jak któryś z nas będzie musiał bez drugiego przeżyć choć parę dni, to nie wytrzyma. To była prawda. Zawsze czułem, że łączy nas więź, której nikt nie potrafi wyjaśnić. Wiedziałem, kiedy jest smutny, nawet bez rozmowy z nim, on potrafił czytać ze mnie jak z otwartej księgi. Nikt ani nic nie potrafiło nas rozdzielić, nic oprócz śmierci. Miał 21 lat.
Płakałem, krzyczałem, wyłem. Nie potrafiłem uwierzyć, że on nie wróci. Rozwaliłem automat z jedzeniem w szpitalu. Trzech dorosłych mężczyzn nie potrafiło mnie utrzymać, więc dostałem środki uspokajające. Po obudzeniu się po prostu wyszedłem, nie mówiąc nic nikomu z rodziny. Pojechałem do naszego azylu (łąka poza miastem) i zasnąłem tam na dosłownie godzinę. Do domu wróciłem nad ranem i próbowałem zasnąć, ale nie umiałem.
Nie chcę wiedzieć, jak wyglądałem na pogrzebie, bo pamiętam ich przerażone miny, kiedy mnie zobaczyli. Wtedy już nawet nie płakałem. Wiedziałem, że nie dam rady zostać w tym mieście, bo to mnie zjadło od środka. Rodzina się obraziła, bo przecież jak mogę ich zostawić i przeprowadzić się do babci. Wstyd dla nich i dla mnie. No cóż, przykro mi, ale to było ponad moje siły.
Teraz, kiedy mam 30 lat, wciąż mam to uczucie pustki w sobie. Nikt nie potrafi tego wypełnić, ani moja żona, ani dzieci. Dzisiaj razem z nimi po raz pierwszy odważyłem się wrócić do tego miasta. Do niego. Znowu istnieliśmy tylko dla siebie. Znowu czułem tylko jego. Znowu wiedziałem, że jestem bezpieczny. Znowu poczułem to, czego nie mogłem od jego śmierci.
Znowu bolało tak samo jak w dniu pogrzebu. Nigdy nikomu się do tego nie przyznam, ale umarłem razem z nim.
W dzieciństwie miałam pewną dziwną przyjaciółkę. Nie chodziła ze mną do szkoły, ale mieszkała kilka domów dalej. Zawsze przychodziła do mnie, gdy nikogo nie było i szła sobie zanim rodzice zdążyli przyjść. Chyba tylko raz widziała się z moją mamą. Często też włóczyłyśmy się po lesie. U niej w domu bywałyśmy raz na dwa tygodnie i zawsze te wizyty były dziwne - w domu pusto, wchodziłyśmy garażem, jej pokój w ogóle nie miał zabawek, zabraniała czegokolwiek dotykać, a jak już się coś przestawiło, to później trzeba było przestawiać itd. Ważne dla historii jest też to, że jako dziecko byłam chorobliwie nieśmiała. Tzn. wielkim problemem było dla mnie powiedzenie komuś "dzień dobry". Tak więc nigdy się nie odważyłam pójść do mojej przyjaciółki i spytać o nią. Ją to nawet cieszyło, więc tak sobie żyłyśmy przez kilka lat.
A potem tak po prostu przestała przychodzić, nie widywałam jej nigdzie itd. Oczywiście byłam zbyt nieśmiała, by o nią spytać, więc najpierw zamartwiałam się, a po dwóch latach zaczęłam zapominać o jej istnieniu. Potem w liceum przeprowadziłam się do dziadków i już całkowicie skupiłam się na innych rzeczach.
Ostatnio wróciłam do rodzinnego miasta i miałam okazję porozmawiać z matką mojej byłej przyjaciółki.
Spytałam co u jej córki. Wtedy sąsiadka spojrzała na mnie zdziwiona i stwierdziła, że przecież ona dziecka nie ma i nigdy nie miała.
Pracuję jako projektant w jednej z większych firm, która sprzedaje armaturę łazienkową. Dzisiaj skorzystałam z chwili wolnego czasu i zajęłam się zmianą aranżacji wnętrz.
I gdy tak stałam i wkręcałam żarówkę w nową lampę nad kiblem, zauważyłam typową madkę z rozwrzeszczanym małym gówniakiem. Madka ciągnie bachora za rękę i rozpływa się nad "wy*urwistym lustrem, acz drogim w ch*j", dzieciak wyrywa się z uścisku i biegnie w siną dal. OK.
Po 10, może 15 minutach podchodzi do madki i mówi "mamo, kupa", więc mamuśka pyta gdzie łazienka. Grzecznie kieruję małego zasrańca i wracam do pracy.
Po godzinie podchodzi pani Basia sprzątaczka - urocza, aczkolwiek bezpośrednia babeczka, i mówi:
- Zesrał się! No zesrał!
Pytam więc kto, co, gdzie, a pani Basia na to:
- Ten bachór z tą cizią. Chodź, pokażę ci.
Ja mówię, że wiem, bo mówił mamie, że jest potrzeba, a pani Basia:
- Zesrał się w ten nowy kibel za 3 tysiące z 4 alejki.
Muszę przyznać, że tego to się nie spodziewałam :D
Dodaj anonimowe wyznanie