Dwa tygodnie temu postanowiłam zawalczyć z depresją.
Jeśli zastanawialiście się kiedyś, ile czasu zajmie rozplątanie niemytych i nieczesanych dwa miesiące 80-centymetrowych włosów... 18 godzin. Kłąb wyczesanych - wielkości cheeseburgera.
Jeszcze dwa lata temu nauczyciele w mojej szkole normalnie prowadzili lekcje. Potem wprowadzono rzutniki, te super nowoczesne tablice, prezentacje itd.
Efekt tego jest taki, że gdy w szkole była awaria i nie było prądu, przez cały dzień nic nie robiliśmy, bo nauczyciele nagle nie wiedzieli, jak prowadzić lekcje.
Pierwsza nocka w pracy. Muli jak cholera. Do roboty nie było kompletnie nic. Poszedłem w ustronne miejsce, położyłem się na ziemi. Przybrałem niewygodną, "przypadkową" pozycję i zasnąłem. Zanim ktoś mnie znalazł, minęła dobra godzina.
Gdy obudził mnie kolega, powiedziałem mu, że straciłem przytomność, pamiętam tylko mroczki przed oczami i koniec.
Pozwolili mi iść do domu wcześniej :)
Jestem 33-letnią matką, żoną i alkoholiczką. Nie piję codziennie, ale jak zacznę, to nie przestanę do tzw. zgonu. Nikt nawet tego nie podejrzewa. Kiedyś poruszyłam ten temat, to mnie wyśmiano. Zupełny brak wsparcia plus co ludzie powiedzą. Mąż uważa, że nie mam problemu. Ja wiem swoje. Na razie tłumaczę brak picia lekami na ciśnienie (nie biorę). Chcę do AA i się wstydzę.
Nigdy nie miałam ze swoim chłopakiem "cichych dni". Nie dlatego, że nie mamy powodów do kłótni, ale dlatego, że kiedy się obrażę na śmierć, on zaczyna śpiewać "Petitki Lubisje to przepyszne misje" z udawanym wschodnim akcentem, a ja nie jestem w stanie powstrzymać śmiechu. To działa od 4 lat.
Chciałem podziękować autorce wyznania #RMCzE, w którym opowiada o swojej nieśmiałości, co skutkowało samotnością i problemem ze znalezieniem partnera. Pod tym wyznaniem napisałem komentarz, na który opowiedziała mi pewna dziewczyna, proponując rozmowę. Osobiście liczyłem na krótką pogawędkę… pomyliłem się.
Pierwsze dni naszych rozmów były jałowe: nie przepadała za mną, moją precyzją, szczegółowością, zawziętością (upierdliwością) – po prostu ją irytowałem. Jednak po pewnym czasie coraz bardziej zaczynała mnie lubić.
Po paru miesiącach zaczęliśmy się sobie zwierzać, radzić wzajemnie, wysłuchiwać, śmiać się ze swoich żartów – pisać po kilka godzin dziennie… Traktowałem ją jak dobrą przyjaciółkę. Jednak nie zakładałem, że mogę się w niej jakkolwiek zakochać: spora odległość między nami i inne uprzedzenia nie pozwalały mi na tę myśl – było to dla mnie wykluczone…
Oczywiście jako, że sądziłem, że jest to wykluczone… Tydzień temu wsiadłem w pociąg i po 6 godzinach byłem przy niej – przy Karolinie. Spędziliśmy razem całe trzy dni… W ogóle nie odczuwałem tego, że jest to nasze pierwsze spotkanie. Czułem się, jakbym spotkał ją już wielokrotnie.
Zakończenie jest „przeromantyzowane”, banalne i nie po mojej myśli – jesteśmy razem. I to wszystko dzięki autorce wyznania wymienionego powyżej. Za co jeszcze raz jej dziękuję… Jak napisałaś „Każda potwora znajdzie swojego amatora". Dzięki Tobie znalazłem swojego Potwora :)
PS. Ona pewnie tego nie przeczyta. Od kiedy jesteśmy razem, rzadko tutaj zagląda.
PPS. Nienawidzę „Post Scriptum” w takich wyznaniach.
Nie chciałam iść do szkoły, więc zasymulowałam chorobę. Udało się! Zostałam w domu z myślą, że się wyśpię i obejrzę serial...
Dostałam takiego rozwolnienia, że nie oddalam się od kibla na więcej niż 5 metrów. Lepiej w domu niż w szkole.
Miałam wtedy może osiem lat... na pobliskim placu zabaw straszyła wtedy grupa "lokalesów" - ludzi bardzo młodych, butnych i okrutnych. Potrafili ot tak bić mniejsze dzieci, dokuczać im, czasami też okradać z dwóch złotych na soczek. Rodzice albo nie dawali wiary, albo nie dawali rady gnojków złapać, ewentualnie sami stanowili mniejszą siłę niż tamta kilkunastoosobowa grupka gówniarzy. Zbiorowo i indywidualnie jakoś nigdy nic grubszego nie udało się zdziałać w tej sprawie. Uciekali, zakrzykiwali co słabszych psychicznie, mieli dobre opinie w szkole, gdy ktoś kto ich znał doniósł, itd...
Moje osiedle leżało bardzo blisko pewnego lubelskiego uniwersytetu, w związku z czym przechodziła przez nie całkiem spora ilość studentów/studentek. Pewnego dnia, gdy poszłam z koleżankami na plac późnym, czerwcowym wieczorem, zostałam pobita przez "kolegów" ze szkoły (ja klasa 1, oni 7). Uciekałam z płaczem do głównej alei osiedla, aż wpadłam na nogi dwóm młodym kobietom, które zapytały mnie co się stało. Przytuliły mnie, wytarły łzy, krew z rozbitego nosa i poczęstowały gumą. Gdy im wyjaśniłam co się stało, jedna z nich poszła do pobliskiego akademika, a po jakimś czasie wróciła z dwoma rosłymi chłopakami i powiedziała, żebym ich zaprowadziła na ten nieszczęsny plac.
Pokazałam im z daleka, kto mnie i koleżanki dręczył. Pani najpierw poszła z nimi porozmawiać, a kiedy i ją zwyzywali i zaczęli w nią rzucać śmieciami, wróciła do nas i poszli tam jej koledzy. Ja i oni wcześniej czekaliśmy za rogiem najbliższego bloku. Nie wiem, co dokładnie się stało, bo tamta pani po prostu powiedziała, że odprowadzi mnie i wkręconą po drodze w to koleżankę do domu i tak też zrobiła, a ja nie miałam powodu, żeby się stawiać. Od tamtej pory tamto towarzystwo więcej na placu się nie pojawiło i nie rozrabiało na osiedlu.
Potem każdej młodej kobiecie i mężczyźnie mówiłam "cześć", bo byłam pewna, że oni wszyscy się znają i są kolegami/koleżankami, a co za tym idzie, i oni znają mnie i wiedzą o co chodzi. Zawsze każdy mi odpowiadał i uśmiechał się do mnie, a ja i koleżanka z tamtej akcji chodziłyśmy dumne jak pawie, bo byłyśmy kumpelami pań studentek :)
Było tu ostatnio wyznanie dziewczyny, która okłamała swój pamiętnik. Ja przez wiele lat prowadziłam dwa pamiętniki. Ale do rzeczy...
Założyłam swój pamiętnik jeszcze w gimnazjum, prowadzę do tej pory, przez 15 lat rozrósł się na kilkanaście zeszytów, ale dla mnie jest to świetny pomysł, by uporządkować myśli, "nawrzucać" nielubianym osobom czy rozpisać wszystkie wątpliwości przy podejmowaniu ważniejszych decyzji.
Już przy pierwszym zeszycie zauważyłam, że czyta go moja mama. Ot, czasami zahaczyła w rozmowie o coś, co mogła wiedzieć z moich wynurzeń pamiętnikowych. Mogłam zrobić awanturę o brak poszanowania prywatności, jednak zdecydowałam się na inny krok.
Mianowicie założyłam drugi pamiętnik. I jeden był tym moim zeszytem, w którym opisywałam swoje sekrety, był dobrze ukryty, zaś w drugim trzymanym w biurku opisywałam rzeczy, które pozornie miały być sekretem, ale jednocześnie nie miałam problemu, że mama o nich przeczyta.
Ba, szybko nauczyłam się manipulować na tyle, że np. opisywałam tam jak bardzo spodobało mi się coś w sklepie i szkoda, że nie starczy mi z kieszonkowego - potem dostawałam to na urodziny czy inną najbliższą okazję.
Czasami po jakiejś kłótni rozwodziłam się nad tym, jak bardzo zraniły mnie jej słowa, jak mnie nie rozumie, nie chciałam do niej mówić w taki sposób, szkoda mi, że rozmowa skończyła się kłótnią i obficie kropiłam daną stronę wodą robiąc fałszywe łzy - kilka dni później mama "przepraszała" mnie ulubionym daniem na obiad albo wyjściem do kina na zgodę.
Szczególnie w pamięci zapisał mi się przypadek z czasów licealnych, jak opisałam szczegółowo w swoim fałszywym pamiętniku jaki to straszny sprawdzian nas teraz czeka (bodajże z chemii) i boję się, że tego nie opanuję, chociaż może się uda, bo Kasia (koleżanka) powiedziała, że ona to rozumie i jeśli rodzice mi pozwolą, to w weekend mogę do niej wpaść na noc i się pouczymy razem. Mama chętnie się zgodziła na nocleg, a prawda była taka, że Kasia w ten weekend robiła domówkę, na którą raczej nie mogłabym pójść, bo rodzice nie popierali całonocnych imprez.
Nie żałuję, że to robiłam, chociaż czasami dziwię się, że nie dostałam rozdwojenia jaźni, bo moje życie w drugim pamiętniku miało wiele szczegółów, czasami zmieniałam imiona koleżanek, żeby mama nie dowiedziała się o kim konkretnie piszę, czasami w ogóle dodawałam jakąś nieistniejącą postać, opisywałam rozmowę czy zdarzenie, do którego nie doszło.
Mama nigdy się nie domyśliła. Zawsze kupowałam dwa zeszyty mające takie same okładki, żeby nie nabrała podejrzeń, gdy widziała mnie piszącą w pamiętniku. Nie wiem, czy kiedyś jej powiem, może...
Z jednej strony marzy mi się, że przyznaję się tuż po tym, jak ona powie mi, że te zeszyty czytała, z drugiej boję się, że to pogorszy nasze relacje, które już wybitne nie są.
Jestem ofiarą stalkingu. Nie znam tej osoby, ale codziennie dostaję od niej małe rzeczy (około 10-15 zł). Mieszkam w dużym bloku, około stu mieszkań, obok kilka podobnych budynków. Nie pamiętam wielu sąsiadów, ale odkąd (3 mies.) to się dzieje, staram się znać nazwiska i twarze tylu, ilu mogę. Jednak nadal nie przyłapałam swojego stalkera.
Wiem o nim kilka rzeczy:
1. Jest to osoba, która zna się na makijażu i damskich ubraniach. Mogłabym założyć, że to kobieta, ale czytałam o stalkerach, wychodzi na to, że szybko się edukują na temat hobby ofiary. Więc nie wiadomo.
2. Jest to osoba niepełnoletnia, chodzi do pierwszej klasy liceum. Skąd to wiem? Kilka dni temu nie miała co mi dać. Jej prezenty były mniejsze niż zwykle, np. temperówka, założyłam, że są to jej lub ukradzione kolegom rzeczy. Przekazała mi też swój podręcznik. Niepodpisany, zadbany, od EdB. Zaniepokoiło mnie to. Ta osoba czuje ze mną połączenie przez przekazywanie mi jakichkolwiek przedmiotów, więc je kradnie lub oddaje swoje ważne rzeczy, jeśli nie ma co mi dać. Ewentualnie chce mi dać trochę informacji.
3. Zna się na technologii lub ma zwykłą wiedzę, która w porównaniu z moją niewielką jest spora. Znalazłam jakiś breloczek w torbie, którego sama nie kupiłam. Był to GPS. Jestem pewna, że byłam śledzona i ktoś czekał na okazję do wrzucenia.
No dobra, ale co ta osoba mi daje? Na początku pomyślałam, że ktoś to zamówił sobie i kurier pomylił drzwi, zostawił na klamce lub wycieraczce, że to jakaś reklama maseczki. Wywalałam to, a taką maseczkę sobie zostawiłam, bo myślałam, że to próbka. Była to maseczka w miarę tania, pasująca do mojej cery. To mi dało do myślenia, bo dzień przed narzekałam na snapchacie, że mam suchą skórę. Ale pominęłam to, uznałam za przypadek, zobaczymy co będzie jutro. I jutro taki słoiczek podkładu, pasujący do koloru mojej skóry (jestem bardzo blada).
Nie był w oryginalnym opakowaniu, więc po prostu sprawdziłam kolor na szyi i wywaliłam. Później zaczęłam kolekcjonować te przedmioty. Mam w szafie całe pudło, jakieś ubrania, totalnie bezsensowne rzeczy typu szpatułka do naleśników albo gadżety z Tigera. Dziwne rzeczy wyrzucam, na resztę naklejam datę. Jeśli kiedyś będę miała odwagę pójść na policję, będzie dowód.
Szczerze, to się tego boję strasznie, że kiedy skonfrontuję się z tym stalkerem i go jakoś odgonię, to wpadnie w furię i zamiast malutkim dziwnym dodatkiem do mojego życia stanie się potężnym wrogiem, który wie o mnie za dużo. Nie wiem co robić. Chciałam zobaczyć twarz tej osoby kilka razy wstając o piątej i patrząc przez wizjer kilka godzin. Unika pola widzenia wizjera, przechodzi pod nim. Jest bardzo ostrożny, a ja się boję wyjść go zobaczyć. Nienawidzę tej osoby i nienawidzę siebie za tchórzostwo. Jeśli chciałby mnie zranić, już by to zrobił. Powoli zaczynam się bać poranków.
Dodaj anonimowe wyznanie