#7NRoJ
Płakałem, krzyczałem, wyłem. Nie potrafiłem uwierzyć, że on nie wróci. Rozwaliłem automat z jedzeniem w szpitalu. Trzech dorosłych mężczyzn nie potrafiło mnie utrzymać, więc dostałem środki uspokajające. Po obudzeniu się po prostu wyszedłem, nie mówiąc nic nikomu z rodziny. Pojechałem do naszego azylu (łąka poza miastem) i zasnąłem tam na dosłownie godzinę. Do domu wróciłem nad ranem i próbowałem zasnąć, ale nie umiałem.
Nie chcę wiedzieć, jak wyglądałem na pogrzebie, bo pamiętam ich przerażone miny, kiedy mnie zobaczyli. Wtedy już nawet nie płakałem. Wiedziałem, że nie dam rady zostać w tym mieście, bo to mnie zjadło od środka. Rodzina się obraziła, bo przecież jak mogę ich zostawić i przeprowadzić się do babci. Wstyd dla nich i dla mnie. No cóż, przykro mi, ale to było ponad moje siły.
Teraz, kiedy mam 30 lat, wciąż mam to uczucie pustki w sobie. Nikt nie potrafi tego wypełnić, ani moja żona, ani dzieci. Dzisiaj razem z nimi po raz pierwszy odważyłem się wrócić do tego miasta. Do niego. Znowu istnieliśmy tylko dla siebie. Znowu czułem tylko jego. Znowu wiedziałem, że jestem bezpieczny. Znowu poczułem to, czego nie mogłem od jego śmierci.
Znowu bolało tak samo jak w dniu pogrzebu. Nigdy nikomu się do tego nie przyznam, ale umarłem razem z nim.
Powiem szczerze zazdroszczę takiej więzi nawet jeżeli skończyła się tak smutno
@Twinpeaks wybacz, ale boli mnie to
*ludziom
I co mu powiesz, jak się spotkacie po Twojej śmierci? On biedny pewnie czeka po drugiej stronie na jakieś newsy, a Ty co? :) Spróbuj pomyśleć o tym w ten sposób. Też straciłam przyjaciela, cały czas mam wrażenie, że on gdzieś jest, daleko, ale jest, wiele razy miałam ochotę do niego dołączyć, ale nie wiem co bym mu powiedziała. Wyśmiał by mnie za to, że się obijam :)
I to jest dobre myślenie. Brawa dla Ciebie!
Tu już nie wystarczy pogodzić się ze śmiercią. Jeśli po tak wielu latach dalej twoja reakcja jest tak silna powinieneś naprawdę wybrać do psychologa...
Smutne. Ale żal mi też Twojej żony i dzieci... Zasługuja przecież na bycie na pierwszym miejscu... Obyś sie nie przekonał, jak wygląda życie bez nich, gdy żona, czując sie gorsza od zmarłego kolegi, odejdzie...
I tak go w końcu spotkasz. :) Więc nie załamuj się.
Bo istnieje życie po życiu.
Myślę, że on z pewnością chciałby, żebyś był szczęśliwy i nie zamartwiał się. Patrzy na ciebie z góry i trzyma za ciebie kciuki. Mimo, że nie ma go z tobą ciałem, to jest w twoim sercu. Właśnie odwiedzając miejsca, w których masz z nim jakieś wspomnienia, możesz sobie poradzić z tą stratą.
Stanąć w waszym miejscu i powiedzieć do siebie "Pamiętasz jak dobrze nam z sobą było?". Sądzę, że powinieneś z nim porozmawiać, w pełni absurdu tego słowa, porozmawiaj z nim w waszym ulubionym miejscu, on cię na pewno wysłucha, zrozumie, mimo że ci nie odpowie.
Wiem jak to jest kogoś stracić. Mój dzidziuś zmarł rok temu, byłam z nim naprawdę blisko i zawsze mi pomagał. Często w jego dawnym domu rozmawiam z nim, na cmentarzu to samo. Gdzieś w głębi siebie wiem, że mnie słyszy.
Bądź szczęśliwy, ciesz się z małych rzeczy, on na pewno by tego chciał. Nie odcinaj się od rzeczy związanych z nim. Po prostu żyj dla niego.
Mocne. i strasznie smutne..
Cudowna przyjaźń, zakończona tragicznie ale piękna. Coś takiego jest naprawdę wielką rzadkością spotykaną dzisiaj zazwyczaj w literaturze.
To chyba pierwsze wyznanie po którym zrobiło mi się aż tak smutno :(
Spróbuj napisać list do swojego przyjaciela, napisz co czujesz i o czym myślisz a na pewno poczujesz się lepiej :) Strata kogoś bliskiego wydaje się nam być końcem świata, ale trzeba żyć dalej, choćby dla Twojego przyjaciela.
Nie potrafię wyobrazić sobie jak mogłabym stracić mojego ukochanego, myślę, że czułabym to samo co Ty.. Spróbuj terapii, choćbyś przez kilka sesji miał milczeć.