W wieku 14 lat razem z przyjaciółką obezwładniłyśmy gwałciciela. Tak w skrócie.
Historia zaczyna się pewnego słonecznego, czerwcowego dnia. Dokładniej, kilka dni po zakończeniu roku szkolnego. Z przyjaciółką (nazwijmy ją Laura) wybrałyśmy się na spacer. Dodam, że mieszkamy na wsi. Z reguły kręci się tutaj mało obcych, a mieszkańcy w upały (około 31°C), wolą siedzieć w domu.
Jak zwykle postanowiłyśmy iść na ''okupowaną'' przez nas od trzech lat łąkę. Będąc już na miejscu, usłyszałyśmy krzyk. Przeraźliwy wrzask dziewczyny. Jako że polana znajdowała się przy lesie, wbiegłyśmy między drzewa. Przyznam - bałyśmy się jak nigdy. Ujrzałyśmy tam mężczyznę (około 24 lata), rozrywającego bluzkę jakiejś nastolatce. Nadal byłyśmy niezauważone. Nie myśląc o konsekwencjach, rzuciłam się na plecy zboczeńca. Był zdezorientowany, dzięki czemu łatwiej było go odciągnąć od zapłakanej dziewczyny. Laura z całej siły uderzyła go w twarz (a powiem, że jak na 14-letnią dziewczynkę była silna). Zaczęłyśmy go kopać i bić. Roztrzęsiona dziewczyna podała nam nóż, którym on wcześniej jej groził. Kiedy mężczyzna leżał na ziemi, a Laura kopała go z całej siły, ja zaczęłam grozić mu nożem. Wtedy przyjaciółka zadzwoniła na policję i zajęła się dziewczyną. Facet chciał kilka razy uciec i tyle samo razy zraniłam go nożem.
Później były zeznania, trafiłyśmy do gazety i zaczęły się dziwne spojrzenia mieszkańców wsi. Jednak najważniejsze, że udało nam się pomóc. Facet był wyjątkowo bezsilny.
Jechałem metrem zaspany i spóźniony do pracy, w czasie jazdy pod kolanem poczułem coś miękkiego w roboczych spodniach. Okazało się, że to wczorajsza skarpeta... Chciałem ją wyciągnąć i schować do torby. Kiedy to zrobiłem, jakieś dziecko chyba pomyślało, że ściągnąłem ją ze stopy nie ściągając buta i zaczęło klaskać...
Od kilku lat walczę z trądzikiem, pojawił się on u mnie w podstawówce i męczy do dziś, jednak nie jest to najważniejsze. Moje wyznanie to pewnego rodzaju prośba do osób, którym udało się go uniknąć i próbują bawić się w dermatologa. :)
Jako osoba dotknięta tą chorobą doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak wyglądam, wiem, że mam na twarzy grudki, przebarwienia i pryszcze, naprawdę mam w domu lustro i zauważam to kilka razy dziennie. Wiem też, że powinnam unikać czekolady, cukru, pikantnych potraw - przeczytałam chyba każdy możliwy poradnik dotyczący pozbywania się trądziku i używałam wszystkich kosmetyków, płynów i kremów. Tym bardziej denerwują mnie osoby, które jak wyżej wspomniałam, za bardzo wczuwają się w rolę dermatologa i udzielają miliona rad, jak z tym walczyć. Zrób maseczkę z miodu, kup sobie taką maść, sąsiadce pomogła, przemywaj twarz ziołami, wystaw twarz na słońce, nie maluj się - to tylko niektóre z rad, niekoniecznie skutecznych, jakie niemal codziennie dostaję. Gdyby tylko to było takie proste i po nałożeniu maseczki magicznie udało się to cholerstwo wyleczyć...
Wiecie jednak, co jest tutaj jeszcze gorsze? Komentarze typu "ale cię wysypało", "jeszcze ci się pogorszyło, gorzej wyglądasz". No przepraszam bardzo, ale kurwa, co ty powiesz? Naprawdę, lepiej jest sobie pomyśleć niż mówić o swoich spostrzeżeniach na głos, taka osoba wtedy może poczuć się jeszcze gorsza, brzydsza. Nie dotyczy to tylko trądziku, ale wszelkich innych "wad", na przykład nadwagi itd. Nawet jeśli chcesz pomóc, nieraz lepiej przemilczeć temat, wrażliwy dla drugiej osoby, bo dla Ciebie to tylko słowa, a ona może czuć się po prostu źle.
Co roku, gdy przychodzi dzień moich urodzin, dostaję od znajomych dziesiątki życzeń i miłych słów. Oczywiście dlatego, że datę urodzin mam podaną na Facebooku i wyświetla im się komunikat.
W tym roku postanowiłam, że ukryję info o urodzinach – nie potrzebuję spamu od dalekich znajomych, z którymi wcale nie gadam. Nastawiałam się, że telefonów z życzeniami będzie niewiele, no ale TEGO się nie spodziewałam…
Mój narzeczony, z którym jestem od 3 lat, nie miał pojęcia, kiedy mam urodziny. Wspaniale.
Pierdnęłam tak mocno, że aż się obudziłam.
W samochodzie.
Z rodziną mojego chłopaka.
Faceci to są jednak dziwni. Naprawdę.
Codziennie jeżdżę tym samym autobusem do pracy. Każdego ranka widzę tego samego chłopaka, który jeszcze do niedawna stawał w pobliżu, by nasze spojrzenia się spotkały. Patrzyliśmy się na siebie, uśmiechaliśmy. Jakiś czas temu zaczęliśmy mówić sobie cześć i rozmawiać.
Dobrze wiedziałam, że patrzy na mnie w TEN sposób, podobało mi się to. I nadszedł ten dzień - w końcu odważył się, zaprosił mnie na piwo. Ucieszyłam się, oczywiście zgodziłam, i kilka dni później doszło do spotkania. Było naprawdę przyjemnie, tematy się nam nie kończyły, a ja czułam, jakbym znała tego chłopaka od lat! Doszło wtedy między nami do pocałunku.
Doskonale pamiętam ten wieczór, to był piątek. W sobotę zdziwiłam się, że nie odpowiada na moje SMS-y, ale uznałam, że pewnie jest czymś zajęty - w końcu to nie był mój chłopak, żebym mogła robić mu o cokolwiek wyrzuty.
W poniedziałek znów go zobaczyłam w autobusie.
Przytulał i całował swoją dziewczynę.
Z Kubą jestem od ponad roku. Niedługo wybieramy się na wakacje do Grecji, więc wczoraj wysłałam mu mailem szczegóły wycieczki, które dostałam od organizatora.
Nie ogarnął, że to wiadomość ode mnie - nie wiedział, jak mam na nazwisko.
Jeden jedyny raz ukradłam coś i do tej pory nie umiem sobie tego wybaczyć.
W mojej rodzinie nigdy się nie przelewało. Mam 4 rodzeństwa. Zawsze pracował tylko tata i zazwyczaj za najniższe możliwe wynagrodzenie. Pieniądze, jeśli już jakieś były, rodzice trzymali w starej puszce po herbacie. Nie było mowy o żadnym kieszonkowym.
Miałam wtedy jakieś 7 lat i pamiętam, że chciałam sobie coś kupić. Nie pamiętam o co dokładnie chodziło, ale mama powiedziała, że nie ma żadnych pieniędzy. Kilka dni później zostałam sama w domu i buszowałam po szafkach, aż natrafiłam na puszkę rodziców. Nie było tego dużo. Dwa złote, złotówka i kilka żółciaków. Przypomniałam sobie, że przecież na coś tak strasznie potrzebowałam pieniędzy i zabrałam stamtąd dwa złote.
Tego samego dnia mama chciała pójść kupić chleb i sięgnęła do puszki. Nigdy nie zapomnę jej miny, gdy po raz trzydziesty liczyła te drobniaki i za każdym razem wychodziło za mało nawet na chleb.
Czuję do siebie wstręt za każdym razem, jak sobie to przypomnę. Nie pamiętam jak to się skończyło, czy mama pożyczyła od kogoś, czy może miała gdzieś jeszcze jakieś pieniądze, ale ciągle widzę, jak siedzi pochylona nad kuchennym stołem i liczy te grosze ze łzami w oczach. Nie wiem, czy wiedziała wtedy, że to ja. Nigdy się nie przyznałam, ale zjada mnie to do dziś. Tylko dwa złote, a ja się czuję, jakbym ukradła jakiś majątek.
Jestem policjantem. Pracuję w drogówce. Kilka dni temu wraz z kolegą "polowaliśmy" na kierowców nieoznakowanym radiowozem. Zatrzymaliśmy czarne BMW, które przekroczyło prędkość o jakieś 30 km.
Za kierownicą siedziała moja żona. Zdziwiłem się, bo nie posiadamy BMW. No cóż, musiałem dać mandat mojej żonie, za który i tak ja zapłaciłem. Oczywiście w domu musiała być awantura. Dowiedziałem się, że żona kupiła mi na prezent urodzinowy właśnie to BMW.
Jednak przez mandat zmieniła zdanie, teraz to jej samochód, a ja nawet nie mogę palcem go dotknąć.
Gdybyście zapytali mnie dwa lata temu o przyjaźń damsko-męską, bez wahania odpowiedziałabym - "no pewnie, że istnieje! Sama mam przyjaciela!".
Gdybyście zapytali mnie dziś - pewnie powiedziałabym - "a spie*dalaj...".
Miałam przyjaciela.
Znaliśmy się jak łyse konie, odkąd byłam szaloną nastolatką (ponad 15 lat). Los tak chciał, że mieszkamy jednak bardzo daleko od siebie, dosłownie na dwóch końcach kraju. To nam jednak zupełnie nie przeszkadzało.
Spotykaliśmy się kilka razy w miesiącu, rozmawialiśmy codziennie przez telefon, SMS-owaliśmy, pisaliśmy początkowo na GG, potem na Fb.
W międzyczasie ja miałam partnerów, on natomiast przez cały czas był wolny. Żartowałam czasami - chłopie, rusz dupsko, znajdź kogoś! Zobacz, fajne wydarzenie niedaleko Ciebie, weź kolegów i idź! Uśmiechał się tylko. Czasami opowiadał mi, że podoba mu się jakaś koleżanka z pracy, wtedy kiwałam głową i dopingowałam go - "do boju! Bierz ją!", doradzałam, jak powinien zagadać i gdzie ją zabrać.
Prawda jest taka, że nigdy mi się nie podobał. Ani fizycznie, ani nawet pod względem charakteru. No kompletnie nie mój typ. I nie zrozumcie mnie źle - coś musiałam w nim lubić, skoro był moim przyjacielem, prawda?
No i tu mamy impas. Nie wiem już, co to było.
Dwa lata temu, kiedy przeżyłam bolesne zerwanie z facetem, z którym planowałam przyszłość, na fali smutku zaplanowałam wakacje z przyjacielem.
I wiecie co?
To były NAJGORSZE wakacje mojego życia. Najgorsze. Wtedy pomyślałam, że wolałabym wstąpić do zakonu, niż umawiać się z nim.
Nie wiem, czy to kwestia tego, że - po raz pierwszy - widzieliśmy się codziennie, dostrzegłam wszystkie jego wady, czy coś jeszcze innego...
Ale miałam ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie. A nie mogłam - byliśmy na pewnej egzotycznej, gorącej wyspie.
I Bogu dzięki, że byli tam inni ludzie, bo inaczej popełniłabym z pewnością morderstwo.
Zapytajcie co mnie tak zdenerwowało. No zapytajcie! Kilka przykładów:
- kompletnie nie miał pojęcia, w jaki sposób zachować się w restauracji. Nie potrafił jeść nożem i widelcem!
- gubił się po wyjściu z pokoju... I trzy razy wracał sprawdzić, czy na pewno go zamknął.
- na gorącą, egzotyczną plażę, ubrał się w długie spodnie i długi rękaw i za cholerę nie chciał rozebrać...
- mówił tak głośno, gdziekolwiek byliśmy, że każdy człowiek oglądał się za nami.
- kiedy już rozmawialiśmy o czymś poważnym - on głosił mądrości rodem z Pudelka, nie dając się przekonać, że to nieprawda...
- gadał sam do siebie w nocy. Mieliśmy jeden pokój, z dwoma łóżkami i doskonale to słyszałam...
To tylko mała próbka tego, co przeżyłam. Zielonego pojęcia nie mam, dlaczego wcześniej tego nie dostrzegłam.
I wiecie co jeszcze...?
Ostatniego dnia, na "wieczorku integracyjnym", przy wszystkich, on mi się... OŚWIADCZYŁ!
Nigdy tak szybko nie uciekałam.
Dodaj anonimowe wyznanie