#jFILI

Po tragicznej śmierci mojego dobrego znajomego i jednocześnie niedoszłego chłopaka wymyśliłam sobie faceta, z którym przeżywam wielką miłość i który również niespodziewanie ginie za granicą.
Co najgorsze, w swojej psychozie byłam tak przekonująca, że wszyscy do dziś myślą, że to prawda i ten wymyślony facet istniał.
Prawdę znam tylko ja i mój terapeuta.

#EVBDO

Pojechałam na zakupy z koleżanką. Gdy kupowałam kolczyki, zagadałam się się z nią i nie słuchałam, co powiedziała do mnie kasjerka. Myślałam, że zapytała, czy mam może grosik żeby było lepiej wydać, więc rozkojarzona spojrzałam na nią i powiedziałam, że niestety nie.
Okazało się, że zapytała, czy może być winna grosika.

Wydała mi go.
Tak zdziwionej kasjerki jeszcze nie widziałam. :D

#j2Amt

Ile wymówek kobiet znacie na wykręcenie się od seksu? Zapewne mniej ode mnie. W każdym związku po pewnym czasie seks zaczyna mnie odrzucać. Znam określenie oziębłości seksualnej, ale u mnie to tak nie działa. Mam naprawdę duży popęd seksualny, ale po jakimś czasie partner jest ostatnią osobą, z którą chciałabym pójść do łóżka. Tak jest za każdym razem, rok sielanki, a potem przychodzi coraz większa niechęć, nawet jeśli w związku układa się idealnie. Mimo to moje libido nie spada, masturbacja i fantazje (o osobach innych niż ta, z którą jestem) zastępują normalne życie seksualne. Jeśli raz na miesiąc czy dwa dojdzie do seksu, muszę fantazjować o kimś innym, o innej sytuacji, by jakoś przez to przejść. Byłam u dwóch rożnych seksuologów, ale mało to dało, z uporem maniaka wmawiali mi oziębłość seksualną, a leczenie jej w moim wypadku nic nie daje. Próbowałam rozmawiać, ale problem jest we mnie, a nie w partnerze (bo tak jest za każdym razem), tylko że ciężko komuś powiedzieć "podnieca mnie każdy oprócz ciebie". Mam narzeczonego, kocham go, on mnie, ale wątpię, by ten związek przetrwał, tak jak każdy inny, ile można słuchać "nie dzisiaj", to jest frustrujące dla obu stron.

#mYPOd

Korzystając z pięknej pogody, postanowiliśmy z narzeczonym odwiedzić moich rodziców na wsi. Przy okazji, chciałam zrobić wstępne rozeznanie w tym, kogo z mojej części rodziny zaprosić na ślub. I tak sobie siedzieliśmy, dyskutowaliśmy, a lista z każdą chwilą rozrastała się coraz bardziej. Kiedy moja mama postawiła kropkę przy ostatnim nazwisku, doznałam olśnienia. Na liście nie było ciotki Stefy i Krzyśka, mojego kuzyna (co prawda dalekiego, ale spędziłam z nim większość dzieciństwa). Pytam więc, co u ciotki Stefy i czy moi rodzice mają z nią jakiś kontakt, bo bardzo bym chciała, żeby razem z Krzyśkiem świętowali nasz wielki dzień. Mina mamy zbiła mnie z pantałyku. Była w autentycznym szoku. "Jaka Stefa, jaki Krzysiek? O kim ty mówisz?", zapytała. Zdziwiłam się, że ich nie pamięta, skoro nawet ja miałam dość wyraźne wspomnienia z nimi związane. Po moich wyjaśnieniach mama nadal patrzyła na mnie jak na głupią, a ja zaczęłam się poważnie martwić, że to zwiastun sklerozy. Ale na szczęście, przypomniało mi się, że w rodzinnym albumie mamy masę zdjęć z ciotką i kuzynem. W te pędy do pokoju, zabrałam album, zaczęłam przeglądać i... Nic. Żadnych zdjęć, żadnych listów, żadnych śladów, że ciotka Stefa w ogóle istnieje. Zrobiło mi się gorąco. Ostatnie wspomnienie, jakie mam z zabawy z Krzyśkiem, pochodzi z okresu, kiedy mieliśmy około 12 lat, a więc trochę za dużo, żeby mieć wymyślonych przyjaciół. Ale wszystkie fakty jasno wskazywały, że nigdy nie było ani ciotki Stefy, ani kuzyna Krzyśka. Reszta rodziny potwierdziła wersję mamy. Tata, babcia i inne ciotki nigdy nie słyszały o Stefie.

W mojej głowie narodziło się kilka rozwiązań tej sprawy:
1. Stefa naraziła się rodzinie i została ekskomunikowana. (Tu nie pasuje mi reakcja mamy i innych, oni byli w prawdziwym szoku, nie byli zmieszani, nie wymieniali spojrzeń, zachowywali się tak, jakbym mówiła o kimś, kogo faktycznie nie znają).
2. Stefa jest tajnym agentem i zniknęła na misji a jej dane zostały wymazane.
3. Przeniosłam się do alternatywnej rzeczywistości.
4. Efekt Mandeli zadziałał w moim przypadku zbyt mocno.
5. Jestem psychiczna.
Sama nie wiem co myśleć.

#wII3h

Dużo jest wyznań od osób, które pozostawione same sobie na początku dorosłego życia, bez wsparcia rodziców czy też innej rodziny, nie poddały się i doszły do czegoś. Piszę z tej drugiej strony, jako matka dorosłego, prawie 20-letniego syna.

Razem z mężem pracowaliśmy i dbaliśmy o dzieci, nie uważam, żebyśmy byli złym przykładem, przez długie lata opiekowaliśmy się schorowanymi rodzicami, każde z nich do końca swoich dni miało opiekę w naszym domu i to nie z obowiązku, ale z miłości.
Mój syn rok temu skończył szkołę, dobrze zdał maturę, bez problemu dostał się na studia, sam wybrał kierunek i miasto, jak najdalej od domu. Ale nie to było problemem, zawsze powtarzałam, że dopóki pracujemy i chce się uczyć, to będzie miał naszą pomoc.

Już w listopadzie wiedziałam, że  wyjechał z domu chyba nie po to, by studiować. W grudniu podjął decyzję o rzuceniu studiów. Nie było łatwo mi to przyjąć do wiadomości, ale trudno... Mówię - nie studiujesz, więc pracuj. On poszuka pracy w mieście, w którym studiował, bo przecież w naszej "mieścinie" (ponad 50-tysięcznym mieście) nie znajdzie pracy. Na to też się zgodziliśmy, co wiązało się z tym, że utrzymywaliśmy go kolejny miesiąc, przez styczeń miał pracować na swoje utrzymanie już od lutego. Pod koniec stycznia wrócił do domu, bo w styczniu nie pracował, dlaczego? Bo tak się ułożyło. Po kilku dniach bez problemu znalazł pracę w tej naszej nędznej mieścinie. Pozwoliłam mu się nie dokładać do wydatków, bo przecież zostawił pokój w mieście, za który musi płacić, no i miał tam wrócić, to niech oszczędzi jak najwięcej.

Wyjechał pod koniec maja, więcej wydaje niż zarabia, narobił długów i krzyczy "pomóżcie, pożyczcie, nie mam za co żyć". I wiecie co? Jestem wyrodną matką, bo w końcu powiedziałam dość. Boli mnie serce, nie mogę spać, ale nie dam się więcej wykorzystywać, nawet własnemu dziecku.

#rceuR

Jako dziecko uwielbiałam spędzać czas na placu zabaw z moimi ziomeczkami. Po dłuższym czasie skakania i krzyków zachciało mi się siku, jednak nie uśmiechało mi się biec do toalety. Stwierdziłam więc, że usadowię się na huśtawce i dzielnie wytrzymam do końca zabawy.

Nie wytrzymałam. Mało tego, rozhuśtana obsikałam wszystkich dookoła.

#iu8wX

Sytuacja z dziś.

Pojechałem sobie do sklepu po coś na kolację, jedynego dużego sklepu w całej okolicy, więc ruch zawsze tam jest duży. Dodam tylko, że jestem przed dwudziestką, więc wyglądam raczej młodo. Jako że mam orzeczenie o niepełnosprawności oraz kartę parkingową, to korzystam z tego przywileju. Tak było i dziś, zaparkowałem na jednym z 3 miejsc, jako że wszystkie miejsca dla niepełnosprawnych były wolne (staram się nie korzystać z tego przywileju, jeśli nie ma więcej wolnych miejsc dla niepełnosprawnych, kierując się zasadą, że może znajdzie się ktoś bardziej chory). Położyłem kartę za szybę i wyszedłem z samochodu. Przyczepił się do mnie jakiś typek, na oko 30 lat. Powiedział mi, żebym wyjął też wózek, ostentacyjnie żując przy tym gumę, na co grzecznie mu powiedziałem, że mam kartę, którą zresztą mu pokazałem (jest tam zdjęcie, imię, nazwisko), po czym poszedłem na zakupy. Kiedy wróciłem, miałem zalepiony zamek od drzwi gumą do żucia.
Zrobiło mi się najzwyczajniej przykro. Szkoda, że żebym mógł korzystać ze swoich praw, musiałbym mieć ujebane obie nogi przy samej dupie i ręce przy łokciach.

Innym razem miałem popisane markerem wszystkie szyby, raz ktoś przebił mi oponę - swoją drogą genialny pomysł. Nie chce, żeby ktoś tu stawał, więc unieruchomię go na tym miejscu. Wymiana opony w moim stanie nie wchodziła w grę. I to naprawdę przykre, że po kilkunastu operacjach na ręce, nogi, kręgosłup i różne choroby krążenia spotykają mnie takie sytuacje. Zazwyczaj nie utrudniają mi może jakoś specjalnie życia, ale to naprawdę przykre. Chętnie oddam to miejsce parkingowe, ale weźcie ze sobą moje choroby. Trochę więcej zrozumienia, to, że ktoś nie czołga się po podłodze nie znaczy, że wszystko w nim w porządku.

#upEaz

Trzy lata temu byłam u ginekologa. Cytologia z widocznymi tzw. Ascusami. Znajoma położna powiedziała, że jest OK. Miałam problem z policystycznymi jajnikami i zajęłam się tym, po co powtarzać cytologię, skoro osoba pracująca na co dzień w szpitalu mówi, że jest dobrze?
Rok temu powiedziałam znajomemu ginekologowi, że może powtórzyłabym cytologię. Usłyszałam, że u młodych kobiet wystarczy badanie raz na trzy lata.
Trzy tygodnie temu byłam u ginekologa, bo bolał mnie brzuch. Potoczyło się szybko. Dzisiaj jestem po kolposkopii. To rak. Czekam tylko na informację, które stadium.

Boję się jak cholera. Mam 28 lat. Chciałabym mieć kiedyś dzieci i chciałabym żyć..
Dodaj anonimowe wyznanie