Studiuję, a właściwie kończę studia. Pochodzę z całkiem przeciętnie majętnej rodziny, czyli nie było bogactwa, ale też nie liczyliśmy każdej złotówki. Zostałem wychowana w szacunku do pieniądza, jednak nie wypieram się tego, że rodzice utrzymywali mnie przez pierwsze 3 lata studiów - chociaż to były pieniądze na życie, na zachcianki musiałam zapracować zawsze sama. I tu wiele moich rówieśników widzi problem. Studia nie należą do łatwych, przez pierwsze dwa lata żadna praca nie wchodziła w grę, później znajomi łapali się jakichś prac na boku. Ja zaś od kiedy pamiętam fascynowałam się obcymi językami, a wraz z technicznymi umiejętnościami tworzy to fajną opcję na zarobek za granicą. I tak sobie wakacyjnie pracowałam, raz w zawodzie, raz nie, zależnie od tego, co w danym momencie chciałam robić. Trzy miesięce pracy za granicą, podczas gdy inni siedzieli na tyłkach, bo przecież są wakacje - jak najbardziej jestem za, każdy robi co mu się podoba. Tylko jazdy zaczynały się zawsze po powrocie. Bo ty przecież za dużo zarobiłaś, to jesteś bogata, dlaczego nie wydajesz, przecież masz, jak się Polska nie podoba to się wyprowadź, wielka pani z zagranicy i tym podobne.
Zupełnie tego nie rozumiem, ja nikogo nie rozliczam z tego ile zarabia i gdzie pracuje, za to mi się dostaje za to, że w trakcie semestru jedyne dodatkowe źródło zarobku to były korepetycje (notabene też z języka obcego), a tak żyłam sobie za pieniądze zarobione w wakacje. Mimo tego, że od rodziców nie biorę już pieniędzy, ludzie dalej mają problem z tym, że nie zarywam weekendów w pracy.
Cóż. Jestem antypolakiem, bo wolę przepracować trzy miesiące często 6 dni w tygodniu i potem mieć spokój, niż pracować weekendami w Polsce, gdzie nie zarobię przez pół roku połowy tego co tam.
Dla tych, co nie lubią niedokończonych wyznań - pracę po studiach zamierzam podjąć w Polsce, niestety w mojej branży faceci mają o wiele łatwiej, więc jeżeli (tfu) nie znalazłabym niczego satysfakcjonującego, to też zamierzam poszukać za granicą. Według moich znajomych prawdopodobnie powinnam wyrzec się polskiego obywatelstwa za same myśli.
W ramach tegorocznej wycieczki szkolnej zwiedzaliśmy teren byłego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. Czekaliśmy przed wejściem do muzeum, gdy jedna z koleżanek zaczęła śpiewać: "Jedzie pociąg z daleka" kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego absurdalnego czynu. Dopiero jako dobre koleżanki uświadomiłyśmy ją, że jest to "lekko" nie na miejscu zważając, że ludzie byli tu przywożeni pociągami.
Mam 4-miesięczne niemowlę. Przez pierwsze 3 miesiące mały miał kolki i wrzeszczał całymi dniami. Ok. 19 padał. Kilka razy, wydaje mi się że w pierwszych dwóch tygodniach, zdarzało mu się wyć i w nocy. To tak tytułem wstępu.
Nad nami mieszka pewien tata z dwiema córkami. Sam tata jest ok. Ale gdy są dziewczyny...
Darcie gardła na cały regulator w dzień, tak że cały blok zachodzi w głowę, co się dzieje i pyta mnie co to i kto to... No dobra... Ale darcie się o 11 w nocy (kto wie jak piskliwe mogą być 15, 16 latki, może sobie wyobrazić) czy zabawa w chowanego z psem o 1 nad ranem i - co za tym idzie - tupanie po podłodze, uważamy za lekką przesadę.
Jakie było tłumaczenie taty, gdy mąż poszedł o 1.30 zwrócić uwagę? Że gdy dziecko krzyczy, to mu też przeszkadza, a jakoś pretensji nie ma.
Nie wiem, może my jesteśmy przewrażliwieni, bo niewyspani.... Ale weź i wytłumacz niemowlakowi, że ma być cicho... A 15,16-latek chyba już coś rozumie i jakieś zasady życia w bloku powinien znać. Czy się mylę?
Będzie szybko.
Częściej myje uszy mojemu kotu niż sobie.
Nie boję się śmierci. Najbardziej przeraża mnie możliwość, że umrę mając okres i jakiś biedny człowiek będzie musiał odkleić i wyrzucić moją obleśną podpaskę.
"Serdecznie donoszę" to mogłoby być moje motto.
Nie wiem, skąd we mnie taka potrzeba donoszenia na ludzi.
Ktoś pali w piecu kradzionym drewnem z lasu? Aż mnie korci, by to zgłosić.
Ktoś zatrudnia kogoś na czarno? Już widzę, jakie mogłabym mu zrobić problemy.
Ktoś w swoim garażu na lewo naprawia samochody? Gdzie ten e-mail do skarbówki... Ktoś sprzedaje coś pod stołem? Już lecę do komputera.
Ktoś według mnie źle zajmuje się dzieckiem? MOPS by się zaintetesował...
Najchętniej bym zniszczyła życie każdego, kto robi coś nielegalnego. Nie w imię prawa, a dla własnego zadowolenia, że ktoś będzie miał problemy. Ciągle z tym walczę, nigdy na nikogo nie doniosłam, bo nie chcę, by ten wredny człowiek ze mnie wyszedł. Ale boję się, że kiedyś nie wytrzymam.
Nie lubię zwierząt. W dzieciństwie miałam w domu psy i koty, lecz należały one do rodziców. Jednak ja nie widzę sensu w posiadaniu własnego zwierzaka, nie kręci mnie to.
Ostatnio przeprowadziłam się do dosyć dużego domu po babci. Urządziłam się i mieszkam tam sama. Gdy dowiedzieli się o tym moi znajomi z pracy, zaczynali naturalnie pytać, czy będę robić parapetówkę itd.
Wszystko przebiła kobieta, o której wiedziałam tyle, że jest niesamowitą kociarą i pokazuje każdemu zdjęcia swoich kotów. Stwierdziła, że skoro mam większy dom, to powinnam zaadoptować sobie zwierzaka. Powiedziałam jej, że nie zamierzam, bo nie lubię zwierząt. Żałuję, powinnam skłamać, że mam alergię, bo ta dzień w dzień zaczęła męczyć mnie komentarzami, że jestem bezduszna i na moim miejscu zaadoptowałaby ze 4 koty, a może sobie pozwolić tylko na 2.
Ostatnio napisała do kogoś na forum, że jej "przyjaciółka" weźmie kociaka. Zadowolona podrzuciła mi zwierzaka w kartonowym pudle pod drzwi (niestety, wiedziała gdzie mieszkam). Byłam wtedy na urlopie za granicą. Na początku myślałam, że ktoś zrobił mi śmierdzącą niespodziankę i wyrzuciłam karton nie zaglądając tam, bo mnie mdliło, ale w pracy dowiedziałam się prawdy, jak zapytała mnie jak tam mruczek.
Do tej pory jestem wściekła na nią, a ona uważa, że to moja wina. Napisała do jakichś obrońców zwierząt jaką jestem okrutną kobietą, ale chyba nikt nie potraktował jej poważnie. W końcu nie dziwię się, bo pisanie o wszystkim z Caps Lockiem i z milionami wykrzykników nie uchodzi raczej za normalne.
Ja natomiast nie czuję żalu, że jakieś małe stworzenie sobie zdechło. Po prostu nie rozumiem skąd pomysł, że każdy musi mieć zwierzaka i na siłę trzeba wciskać go ludziom tylko dlatego, że nie mają.
Odkąd przeprowadziłam się do miasta, z chorą ekscytacją rozbieram się do naga, jak tylko wrócę z pracy. Chodzę tak po mieszkaniu, robię kolację, sprzątam. Podnieca mnie to, że ktoś może zobaczyć mnie przez okno.
Wszyscy mówili, że jak będę w oficjalnym związku, to wszystko będzie takie poważne i monotonne.
Wracam w piątek po pracy i wizycie u znajomych do domu, tak koło 20. Moja narzeczona leży na kanapie, naga, w towarzystwie butelki whisky, i pijana śpiewa sobie piosenki Britney Spears z teledysków na telewizorze. A na całym ciele wymalowała sobie czarnym flamastrem jakieś plemienne wzory. Gratuluję kunsztu artystycznego i proponuję prysznic, mydło i szczotkę, bo może dostać podrażnienia skóry. Miłość mojego życia zgadza się na prysznic, ale tylko wspólny. Ja staram się zmyć z niej te tribale, ta raczej cieszy buźkę i śpiewa Roxette. Pyta, czy pobawimy się w więzienny prysznic.
Ten związek na razie nie pozwoli mi spoważnieć.
Jedną z rzeczy, które wyprowadzają mnie z równowagi, jest kontakt fizyczny z moimi rodzicami.
Nie mam problemu z kontaktem fizycznym z innymi ludźmi. Nie mam takiego problemu z dziadkami czy innymi członkami rodziny. A moi rodzice są wspaniali, mnóstwo dla mnie robią, mieszkamy nadal razem (jestem już "zupełnie dorosła"), generalnie ich uwielbiam, lubię spędzać z nimi czas, cenię ich jako osoby. Zawsze byli dla mnie dobrzy, nigdy niczego mi nie brakowało, ale też nie byłam rozpieszczona i wyrosłam na dobrego człowieka, otwartego na innych. Są też osobami, którymi mogę się wręcz pochwalić przed przyjaciółmi, zresztą wszyscy moi znajomi ich uwielbiają.
Na festiwalach często chodzę z tabliczką "Free hugs" i nie robi mi różnicy, czy przytuli mnie chłopak czy dziewczyna, dziecko czy dorosły, ktoś bardzo zadbany czy nawet jakiś pijaczek, od którego trochę śmierdzi.
A rodziców przytulać nie umiem. Kiedy mama mnie zaczepia, mimowolnie się odsuwam. Kiedy tato chce mnie przytulić, ja muszę się do tego zmuszać. W jakiś sposób mnie to... obrzydza, jakkolwiek okrutnie to brzmi.
Jestem bardzo spokojną osobą, prawie nigdy z nikim się nie kłócę, bardzo ciężko wyprowadzić mnie z równowagi (choć pozytywne odczucia działają wręcz odwrotnie, potrafię się cieszyć bardzo małymi rzeczami i wzruszać drobnostkami) - ale rodzicielski dotyk jest do tego zdolny, coś się we mnie wtedy gotuje. I nie mam na to innego wyjaśnienia niż "Taka już jestem", nie wiem, kiedy to się zaczęło, i nie umiem sobie wyobrazić, żeby miało się zmienić.
Dodaj anonimowe wyznanie