#lAiYm

Moja babcia na starość zrobiła się wyjątkowo zgryźliwa. Narzeka na wszystko, ale najczęściej – na młodzież. Że niewychowana, że miejsca w autobusie nie ustępuje, że w Boga nie wierzy, że na godło pluje…
Jakiś czas temu zaprosiliśmy babcię na obiad. Podczas wieczerzy, jak zwykle, seniorka naszego rodu rozpoczęła swój posępny monolog. Tym razem na temat złego prowadzenia się nastolatków. Dzielnie znosiliśmy przemowę o tym, że młode dziewczyny puszczają się z kim popadnie, i to w coraz młodszym wieku, i że zmieniają facetów jak rękawiczki. A potem dzieci się rodzą niechciane i chodzą te nastoletnie matki z tymi wrzeszczącymi bachorami wszędzie!
O ile moi rodzice i ja nie przejmowaliśmy się za bardzo babciowym marudzeniem, to już moja siostra, która ostatnio przechodzi przez okres buntu, w końcu nie wytrzymała i ryknęła:
- Babciu! Przypominam ci, że ty sama masz trzynaścioro dzieci, pięciokrotnie zmieniałaś mężów, a pierwszy raz w ciążę zaszłaś mając piętnaście lat!
Przy stole zrobiło się tak cicho, że spokojnie mogliśmy usłyszeć nasze kwasy żołądkowe trawiące schabowego. Cóż, babcia nie miała żadnego kontrargumentu, bo moja siostra powiedziała samą prawdę. Starowinka zrobiła się czerwona i niezbyt zgrabnie zmieniła temat.
- Khem... Dobra ta sałatka z zimnioków, ale zdecydowanie za dużo dajesz majonezu. Cholesterol! Mówi ci to coś? - burknęła w kierunku mojej mamy.

#6c1NF

Miałem kiedyś dziewczynę. Dziewczynę, w której zakochałem się do tego stopnia, że po kilku latach związku poprosiłem ją o rękę. Wydawało się, że nic nie może stanąć nam na przeszkodzie – świetnie się rozumieliśmy i nadawaliśmy na tych samych falach. Nie byliśmy jak inne pary, które każdą imprezę kończyły kłótnią i dramatem.
Wiodło się nam tak, w zgodzie, przez – łącznie – 21 lat. Ale bajek w życiu nie ma, więc coś oczywiście musiało się zj**ać. Co było powodem, że po tylu latach staliśmy się sobie obcy i wzięliśmy rozwód? To, co dla innych stanowiło atut naszej relacji – brak dzieci.

Znajomi zazdrościli nam, że mamy „spokój” – że nie musimy ograniczać się lataniem wokół dziecka i zmienianiem pieluch. Moja żona promieniała, wysypiała się, miała czas dla siebie i na realizację pasji, nie ograniczała wydatków ze względu na dziecko. Ja mogłem wychodzić kiedy chciałem, miałem czas na kilkudniowe wypady na ryby, na siłkę trzy razy w tygodniu i squasha wieczorami, bo nie musiałem bujać dziecka do snu. Każde z nas mogło poświęcić się swoim zainteresowaniom, nie narzucaliśmy sobie żadnych zobowiązań poza wiernością. Brzmi idealnie, prawda?
Jednak w tym wszystkim, w tym łatwym i lekkim, bezproblemowym życiu, zabrakło elementu, który by nas przy sobie utrzymał. Dziecko i cała ta otoczka: nieprzespane noce, problemy w łóżku po ciąży, trudności w wychowaniu małego człowieka, wspólnie spędzany z nim czas, uczenie go życia, przeżywanie jego buntów i czuwanie przy jego chorobie – to błahe elementy codzienności, które łączą każdą parę. My nigdy nie pokonaliśmy wspólnie żadnej trudności – mieliśmy beztroski, lecz tak naprawdę pusty związek. I kiedy zaczęliśmy powoli myśleć nad potomstwem i przyszło nam zmierzyć się z faktem, że zrobienie dziecka przed czterdziestką nie jest wcale takim łatwym zadaniem – zaczęło się sypać. Pierwszy raz w naszym wspólnym życiu pojawiły się te kłótnie i dramaty. I tak, skończyło się rozwodem, który nastąpił na życzenie mojej, obecnie już byłej, żony.

Teraz mam czterdzieści lat, straciłem miłość mojego życia, a na dodatek nie mam nawet dziecka, któremu mógłbym się poświęcić. I ogromnie tego żałuję, że nie „wpadliśmy”, gdy kilka razy lekkomyślnie uprawialiśmy seks bez zabezpieczenia, dobre 20 lat temu.

PS Nie bójcie się tak tych pieluch, poza smrodem przynoszą też szczęście.

#pDDtz

Podarowałem mojej dziewczynie w prezencie urodzinowym wymarzonego kota - wiedziałem, że to ją uszczęśliwi.
Nazwała go Wojtek. Szkoda tyko, że tak ma na imię jej były chłopak. Teraz co chwilę słyszę "Wojtuś to, Wojtuś tamto, kochany Wojtuś". Poważnie myślę o uprowadzeniu tego kota.
Czy to nienormalne, że szlag mnie przez to trafia?

#i82GT

Zacząłem pracę w kawiarni w centrum Dublina.
Irlandia to ogólnie spokojny kraj, jednak duże miasta absolutnie takie nie są. Jestem teraz supervisorem, ale 10 miesięcy temu, niedługo po moim dołączeniu do miejsca gdzie teraz pracuję, wydarzyło się coś, co kompletnie zmieniło moje poczucie bezpieczeństwa w pracy.

Moi współpracownicy dając mi instrukcje na temat toalet przestrzegali mnie, żebym nigdy pod żadnym pozorem nie dotykał koszy na śmieci, które tam stoją, powiedzieli, że mamy od tego firmę, która przyjeżdża i je zmienia. Podobno często wieczorami, gdy pracownicy są zajęci sprzątaniem i zamykaniem, ludzie, czasem wyglądający na bezdomnych, czasem nie, wchodzą do toalety i biorą narkotyki, zużyte igły wrzucając najczęściej do koszy na śmieci, ale zdarzały się też takie przypadki, że chowali je w dozowniku papieru toaletowego, tak żeby ktoś kto chce go użyć ukłuł się i zachorował na jakąkolwiek chorobę jaką ta osoba ma.

Teraz o wydarzeniu, które mnie zmieniło. Zaraz po moim dołączeniu, czyli kiedy jeszcze byłem na “najniższym szczeblu kariery” jako barista, mężczyzna najpierw kupił ode mnie kawę, a potem oddalił się, żeby użyć toalety. Po 20 minutach supervisor na tej zmianie zaczął pukać do drzwi, najpierw pytając, czy wszystko w porządku - głos z toalety odpowiedział, że za moment wychodzi i że wszystko okej. Mija kolejne 10-15 minut, ta sama sytuacja, ale tym razem mężczyzna wychodzi z toalety z krwią na ubraniu, trzymając się za nadgarstek cieknący krwią. Supervisor zobaczył toaletę, która była cala we krwi, umywalka, sedes, ściany, papier toaletowy. Mężczyzna bez wstydu powiedział mu, że ma AIDS i że stara się rozprzestrzenić tę chorobę. Zadzwoniliśmy na policję i jako że właśnie zamykaliśmy, zaraz po tym, jak policjanci wyszli, ja poszedłem do domu. Manager sklepu przyjechał i zadzwonił po firmę sprzątającą.

Tydzień temu sprzątając część lokalu przeznaczoną dla klientów, w jednym z foteli znalazłem igłę ze strzykawki, starannie wciśniętą tak, żeby ktoś kto na niej usiądzie został ukłuty.

Proszę, bądźcie uważni korzystając z czegokolwiek, co jest publiczne.

#Jk3sA

Studiuję na dość znanej uczelni ekonomicznej. Wynajmuję mieszkanie na spółkę z dziewczyną, którą poznałam na 1 roku. Bardzo podziwiam moją współlokatorkę. Agata ma świetne stopnie, nigdy nie zawaliła sesji. Jest dosyć atrakcyjna, ale nie gania za chłopakami. Zawsze sprząta, jeśli nabałagani, wszystkie opłaty robi na czas. Jest dla mnie miła, uprzejma, zawsze pomoże, doradzi. Ale najbardziej podziwiam jej wątrobę, żołądek i głowę. Agata chleje jak smok wawelski z Wisły. Do śniadania zawsze walnie sobie piwko albo szklankę winka. Zimą na zajęcia nosi termos z herbatą z miodem. I z wódką. Latem butelkę z sokiem z lodem. Też doprawionym. Potrafi w środku tygodnia wyjść na techno party, schlać się do granic wydolności ludzkiego organizmu i następnego dnia siedzieć 11 godzin na uczelni, świeża i pełna energii. Może to przez to, że łyka leki jak cukierki. Żadne narkotyki, trzyma je we wspólnej łazience, zwykłe leki z apteki. Ale ilości mnie porażają. Potrafi łyknąć pół opakowania mocnych piguł przeciwbólowych i najnormalniej funkcjonować. Albo łyknąć garść tabletek do obiadu, "bo się nie może odprężyć dzisiaj".

Niedawno podczas imprezy, na której byłyśmy, doszło do bójki. Jakiś koleś rzucił butelką i przypadkiem trafił Agatę w szczękę. Poraniona, z połową twarzy we krwi, spuściła kolesiowi łomot, wróciła do naszego mieszkania i dopiero się opatrzyła. Ani razu nie powiedziała, że coś ją boli.

Mieszkam z Terminatorem w sukience.

#RBmJA

Jestem złym człowiekiem...

Mam męża. I teściów na sąsiedniej posesji. Mąż pracuje w tzw. delegacjach, teść też jest jeszcze aktywny zawodowo, często też nocuje poza domem (w związku z pracą). Ja pracuję w domu, więc zazwyczaj parę dni (i nocy) w tygodniu zajmuję się teściową.
A teściowa ma Alzheimera. I prawie 80 lat.
Nie jest to jeszcze zaawansowany etap tej choroby, ale nie jest łatwo. W nocy, około 3-4 nad ranem, trzeba ją obudzić, żeby skorzystała z łazienki (przy "dwójce" trzeba pomóc z wytarciem). Później około 8 - to samo. Wtedy też wstaje lub dalej idzie spać. Następnie trzeba jej pomóc przy prysznicu. Wygląda to mniej więcej tak:
- Proszę wziąć do ręki słuchawkę, no to, co wisi, to srebrne (cały czas trzeba pokazywać)...
i dalej:
- Proszę odkręcić wodę, tym kurkiem z naklejką, nie tym, tym niżej, nie tym (cały czas pokazuję palcem), no tak, tym.
- Proszę przekręcić kurek w lewo, w lewo, nie w prawo, no w moją stronę! No, udało się...
- Proszę się "namoczyć" (później daję mydło w płynie i jakoś leci).

Następnie muszę zrobić śniadanie, cokolwiek to jest musi być pokrojone na małe kawałki, z nożem już sobie nie radzi (obiad tak samo).
Co jakiś czas trzeba się pytać, czy nie chce iść do łazienki. Zazwyczaj odpowiada, że przed chwilą była, ale raczej nie była, tylko jej się tak wydaje. Więc trzeba kazać jej iść i spróbować zrobić co trzeba. Tu (tak jak przy prysznicu) trzeba ZA KAŻDYM RAZEM mówić, co ma robić (podnieść klapę, zdjąć majtki, podciągnąć spódnicę, podetrzeć się, zamknąć klapę, spuścić wodę, umyć ręce itd. ). Nie jestem w stanie być z nią cały czas, więc czasami nie zdążę się zapytać, a np. zrobi siku na podłogę lub kupę w majtki :/
Chowa różne rzeczy (np. talerz do szafki w łazience, kozaki do komody), rozmawia z lustrem (ze swoim odbiciem, myśli, że tam jest jej koleżanka), ogólnie lekko nie jest. Nie można jej zostawić samej na więcej niż 2-3 godziny (wypad do najbliższego sklepu typu Biedronka). Oczywiście nic nie pamięta (np. jak mam na imię, nie pamięta czasami, że ma syna), zawsze jak coś zrobi, to mówi, że to nie ona, że ktoś tu był i nabroił.

Ostatnio wchodzę do jej pokoju (chciałam zapytać o toaletę, czy nie chce skorzystać) i widzę, że leży bez ruchu na łóżku.
W pierwszym momencie poczułam ulgę, dopiero za chwilę podeszłam i zobaczyłam, że jednak oddycha (usnęła).

Jestem złym człowiekiem...

#Vg4lf

Miałam kiedyś włosy do pasa. Były dość gęste, a oprócz tego porządnie zadbane, bo moja mama miała na ich puncie obsesję i uwielbiała się nimi bawić. Rok temu postanowiłam je ściąć do ramion. Męczyła mnie trochę ta długość, a dodatkowo rozwaliłam swojego laptopa i chciałam zdobyć na niego fundusze sprzedając włosy. Wrzuciłam swoje zdjęcie na grupę urodową z prośbą o poradę, czy po ścięciu zrobić ombre, czy sombre, czy jaki inny balejaż. Gdy w komentarzu przyznałam się do mojej przedsiębiorczości, zostałam zwyzywana. No bo jak mogę nie oddać tych włosów na biedne dzieci z rakiem? A w szkole nie miałam lepiej. Co mi wszyscy napsuli nerwów, to moje. Nic dziwnego, że znienawidziłam wszystkie akcje zbierania włosów dla chorych na raka.
A teraz znienawidziłam je jeszcze bardziej.


Moja przyjaciółka, która pasjonuje się fotografią, wymyśliła sobie z koleżanką bawiącą się w cosplay elfią sesje zdjęciową. Jako że jestem wysoka, patykowata i mam dużo piegów (wymyśliły sobie elfa w irlandzkim stylu), poprosiły mnie o zostanie ich modelką. Projekt był duży, od prawie roku trwało dogadywanie się z ludźmi, szukanie materiałów na stroje po taniości i tworzenie ich. Jedynie perukę zdecydowały się kupić porządną, wydały nieco ponad 200 zł, bo przecież nie mogła wyglądać tandetnie, za tę cenę oczywiście była syntetyczna. Niedawno to wszystko skończyłyśmy.

Do czego zmierzam? Przez ponad miesiąc niemal codziennie biegałam po lasach, ruinach itp. No wiecie, elf bawi się na polanie, elf patrzy ze smutkiem na fabryki, elf kąpie się w jeziorze, elf ucieka przed myśliwym, elf choruje na widok śmieci w lesie, elf bawi się z psem do złudzenia przypominającym małego wilka, i inne takie. Za każdym razem miałam na sobie fantazyjnie upiętą perukę. Nie raz trzeba było ją czyścić z zielska, błota czy szlamu i glonów z jeziora. Nigdy nie trzeba było tej peruki jakoś specjalnie ratować. Umyć, rozczesać i wysuszyć, tylko tyle. Włosy były do pasa i kręcone, koleżanka od cosplayu twierdzi, że to najgorszy możliwy wariant do pielęgnacji. I nawet po miesiącu takiego poligonu i najróżniejszych stylizacji, peruka wciąż wyglądała jak naturalne włosy, ani razu nie trzeba było jej nawet podcinać.
200 zł, czyli trzy razy mniej, niż dostała moja sąsiadka na kupno swojej peruki, gdy wypadły jej włosy po chemii. A jakby kupić taką do ramion albo łopatek? Można by dostać jeszcze lepszą jakość w podobnej cenie.
Ale nie, jestem chciwą suką bez serca i w ogóle sama powinnam zachorować na raka, bo moje włosy mogły zbawić świat, a ja je bezczelnie sprzedałam. Nawet jak ostatnio weszłam na grupę się o coś spytać, to od razu dopadły mnie osoby, które jakimś cudem pamiętały o moim niecnym występku. No paranoja.

#LRZv2

Często robię zakupy w popularnym sklepie z owadem.
Któregoś razu stoję już przy kasie, płacę 52 złote, daję 100 zł i pani wydaje mi resztę. Odchodzę do stoliczka, gdzie zwykle pakuję swoje rzeczy i patrze tępo na swoją dłoń z resztą (zima, jeden z tych dni, że pada śnieg, deszcz i żaby z nieba), a tu pyk - mam 100 zł, tylko rozmienione. No kobita się pomyliła i wydała mi za dużo. Jestem stałym klientem tego sklepu, znam te panie, szkoda mi się zrobiło, mówię "kurde, pewnie będzie musiała oddać ze swojej kasy". Więc wracam do kasy mówię co i jak, pani oczy jak spodki, przeprasza, dziękuje, ludzie patrzą z podziwem, no bohaterka. Lepiej mi się zrobiło na sercu po całej akcji. Byłam biedniejsza o te 52 zł, ale szczęśliwsza.

Jakiś czas później znów byłam w moim ulubionym sklepie, bardzo się śpieszyłam i robiłam wszystko w locie. Już wyżej pisałam, że wszystkie panie znam, a one mnie, zawsze gawędzimy coś podczas kasowania, bo miłe kobitki z nich (ta od 52 zł to na dodatek urocza, starsza kobieta, taki typ babci). No więc znów jestem u niej przy kasie, płacę, wychodzę. Lecę do auta, siadam i patrzę na resztę, a tam nie ma reszty. Tzn. jest, ale jakieś drobne. Patrzę na rachunek: 70 parę złotych, dałam 100, a mam same drobniaki, może z dycha będzie. Mówię wtf, pomyliła się? No na pewno! Przecież moja babcia od 52 zł by mnie nie oszukała! Wracam do niej do kasy, mówię w czym rzecz, ona robi się purpurowa. Wołamy kierownika, bo babcia twierdzi, że wszystko OK. Miła pani zaprasza mnie na zaplecze i z jakimś panem przeglądamy nagranie (żeby nie było, nie robiłam żadnej afery, po prostu powiedziałam, że brakuje mi 2 dych, przekonana, że babcia się pomyliła). Na nagraniu widać, że daję babci 100 zł, zaaferowana pakuję produkty, babcia wyciąga z kasy drobniaki i coś jeszcze, banknot 20 zł, i ledwo to widać, ale upuszcza go i przydeptuje... Zapewne po to, żeby kasa się zgadzała.

Powiem wam, że wszystko mi opadło. Pani kierownik i pan ochroniarz zerkają na siebie, na mnie i ta pierwsza mówi, no widać tu banknot 100 zł, ma pani rację, pieniążki zostaną zwrócone. Tematu babci nie było. Mnie zatkało, było mi strasznie przykro. Poczułam się jak największy naiwniak. Jak wróciłam z tego zaplecza, to specjalnie przeszłam obok babci przy kasie, nie była w stanie na mnie spojrzeć. To była dla mnie dobra lekcja.
Babcia jak pracowała, tak pracuje nadal, a ja po zastanowieniu doszłam do wniosku, że jeśli taka sytuacja by się powtórzyła (tzn. ktoś by mi wydał za dużo), to znów zwróciłabym takie pieniądze. Taki ze mnie naiwniak, ale oszustwa nie znoszę.
Dodaj anonimowe wyznanie