Moja siostra często podbiera mi moje rzeczy. Zawsze kończy się tak samo, ja się wściekam, robię awanturę i dopiero wtedy siostrzyczka łaskawie oddaje mi co zabrała, niejednokrotnie zniszczone. Dzisiaj jednak dostała za swoje.
Od paru lat mam poważne problemy z trądzikiem. Ostatnio w końcu przeszłam się do dermatologa. Antybiotyk, maść i dieta. Maść mocno wyrusza, nie wolno jej stosować codziennie, bo może poparzyć i zniszczyć skórę.
Wychodząc z łazienki, zobaczyłam siostrę płaczącą nad zlewem w kuchni, przemywającą twarz zimną wodą. Okazało się, że od czterech dni używa mojej maści, bo myślała, że skoro mnie pomaga, to jej też musi. Niestety nie dość, że używała jej codziennie, to jeszcze ma inną cerę niż ja. Teraz całą twarz ma czerwoną i wszystko ją swędzi. Według ostrzeżeń ten stan może się utrzymywać do tygodnia.
Może w końcu oduczy się korzystać przynajmniej z moich kosmetyków.
Moja koleżanka chciałaby tu coś napisać. Sądzi, że jej to pomoże, jednak nie czuje się jeszcze na siłach by zrobić to sama, dlatego poprosiła o to mnie. To ma być śmiech przez łzy, choć tak naprawdę to nie jest ani trochę śmieszne. Jest po prostu okrutne.
W zimie była na domówce, tam została zgwałcona przez swojego przyjaciela. Zgłosiła to na policję. Świadkowie byli, ale obdukcja nie wskazywała jednoznacznie na gwałt. Policjanci byli chamscy, próbowali jej wmówić, że sama rozłożyła przed kolegą nogi. Przecież sama tam przyszła, ubrała się ładnie, piła alkohol, no i oczywiście to był jej dobry znajomy. Potem pewnie miała kaca moralnego i dlatego stara się oskarżyć kolegę o gwałt.
Długo takie przytyki trwały, zupełnie jakby na siłę chcieli ją zmusić do zrezygnowania ze zgłoszenia. W końcu z płaczem wykrzyczała, że od ponad dwóch miesięcy nie goliła nóg, nie tylko nie planowała zbliżenia, ale nawet nie zgodziłaby się na nie spontanicznie. Właśnie ten argument trafił do policjantów, przestali wciskać jej kłamstwo, zaczęli zadawać suche, służbowe pytania.
Sprawa jest w toku, koleżanka chodzi na terapię i próbuje się z tym uporać. To tyle.
Uwaga, bo to delikatna kwestia ;)
Od jakiegoś roku borykałem się z dziwną przypadłością. Otóż podczas stosunku z żoną strasznie piekł mnie napletek. Masakrycznie. Dr Google pomógł - może to cosik bakteryjnego - kup se maść, no to hyc do apteki i stosujemy.
Niby lepiej, ale dalej jakoś dziwnie, ciasno. No cóż, trzeba jednak udać się do prawdziwego lekarza - ornitologa. To znaczy urologa ;) Wskakuję pod prysznic, coby się nie powstydzić, hektolitry żelu intymnego i dawaj do doktora. Pech lub szczęście, że doktor był mężczyzną :)
Diagnoza straszna jak dla mnie - ma pan stulejkę nawracającą. Niestety będzie konieczny zabieg obrzezania, czyli usunięcia napletka. To jedyna skuteczna metoda.
Pech... pech... pech... Normalnie legalnie zostanę chyba "starszym bratem w wierze"... Zasiadłem do lektury jak to działa i jak się tego używa po zabiegu... Byłem przerażony. Nikogo nie znam, kto by był obrzezany, więc nie wiem z czym to się je.
No nic. Szykujemy się do zabiegu. Pan doktor zalecił przez miesiąc nieużywanie żadnych chemicznych środków do mycia - tylko woda itp. O dziwo przestawało boleć, ale też narząd przestał być używany, więc myślałem, że to dlatego.
Po 3 tygodniach małżonka miała okrągłe urodziny, które postanowiłem z nią spędzić w wynajętym domku w górach sam na sam. Było pięknie. Od razu akcja ;) I cud - nic nie boli, nie szczypie. NIC! Pięknie, raj na ziemi. Po wszystkim długie spacery, obiad, kolacja i prysznic. Małżonka wychodzi z łazienki wieczorem i jak się można domyślić, znowu coś tam między nami jest. Wstaję rano i szok. Boli, piecze, pojawia się plamka krwi... Już po tobie, chłopie - idziesz na zabieg. Aż w końcu zaświeciła mi się żarówka - pytam żony, czy używała wczoraj żelu do higieny intymnej. Mówi, że tak. Proszę ją żeby nie używała go przez jakiś czas.
Minęły 2 miesiące - jestem zdrowy! Nawet lekarz w szoku, że się zagoiło i po stulejce ani śladu, więc nie ma konieczności zabiegu! Okazało się, że źle działają na mnie żele do higieny intymnej. A pomyśleć, że mogłem już być obrzezany... :D
Morał i podsumowanie? Brak. Ot takie moje anonimowe wyznanie ;)
Gdy w lipcu byłam w Warszawie, przypadkiem znalazłam fajny mały sklep z ubraniami. Nieduża rodzinna firma, super ciuchy, nie to co w sieciówkach, wszystko identyczne. Kupiłam kilka rzeczy, z których byłam bardzo zadowolona.
Okazało się, że mają też sklep internetowy, więc z trzema przyjaciółkami postanowiłyśmy się tam zaopatrzyć w rzeczy na zimę, jakieś swetry, płaszcze, szale itp. Na zakupy łącznie wydałyśmy ponad 900 zł. Gdy paczka doszła, znalazłam tam również broszkę, która na stronie kosztowała 25 zł. Myślę - okej, pewnie jakiś gratis do tak dużych zakupów. Wrzuciłam ją do szuflady i jakoś o niej zapomniałam.
Po tygodniu na stronie sklepu widzę wpis, w którym właścicielka pisze jacy ludzie są nieuczciwi, bo przypadkiem zapakowała broszkę do jakiejś innej paczki niż chciała, a ta osoba nic nie powiedziała. Normalnie ściana tekstu o tym, jaki to musiał być złodziej bez sumienia. Napisałam do niej, wytłumaczyłam sytuację i zażądałam, by wysłała kuriera po tę broszkę, bo ja jej nie chcę i nie mam zamiaru nigdzie chodzić, żeby ją odesłać.
Zniszczyłam życie matce i ojczymowi.
Miałam młodszą siostrę, Anię. Od urodzenia cierpiała na chorobę genetyczną, przez którą była uzależniona od pomocy innych. Nasz ojciec zwiał tuż po jej narodzinach, znam go z kilku zdjęć.
Kiedy miałam 10 lat, a Ania 7, matka znów wyszła za mąż. Z pozoru wszystko było idealnie - cudowny, troskliwy, czuły, wszyscy się nad nim rozpływali. W rzeczywistości terroryzował mnie i siostrę, matka była w niego tak wpatrzona, że we wszystkim mu przyklaskiwała. Bił mnie i Ankę, ale umiał robić to tak, że nie było widać. Kiedy odważyłyśmy się wspomnieć babci, że on nie jest taki cudowny, nie uwierzyła.
Nauczycielom nie mogłyśmy zaufać, za bardzo podziwiali jego i matkę.
Po liceum wyjechałam za granicę, żeby zarobić na odpowiednie warunki dla siostry, żebyśmy mogły mieszkać tylko we dwie. Niestety choroba zaatakowała ze wszystkich sił, Ania zmarła. Wiem, że cieszyła ją śmierć, była umęczona chorobą i piekłem w domu. Wiem, że się nad nią znęcał, ale Ania bała się zgłosić na policję, nie miała też powodów.
Tuż po śmierci Ani firma ojczyma zaczęła mieć problemy, ale znalazło się kilka zleceń, które by pomogły. Anonimowo, z kilku różnych kont, poinformowałam potencjalnych klientów, że pan ojczym lubi bić słabszych. Klienci nabrali wątpliwości, wycofali się. Mama z ojczymem sprzedali co się dało, zamieszkali w małym mieszkaniu. Kilka miesięcy później ojczym miał bardzo ciężki udar, jest w ośrodku, zdany na innych. Nawet mówić nie może.
Mieszkam za granicą, ale kiedy zdarza mi się być w Polsce, odwiedzam go. Personel ma mnie za kochaną córeczkę. Kiedy jestem z nim sama, mówię mu, jakim jest zerem, czasem go uszczypnę czy szarpnę za włosy. On wie czemu.
Matka się do mnie nie odzywa, obwinia mnie o wszystko.
Nie mam najmniejszych wyrzutów sumienia. Dobrze mu tak, oby do końca swoich parszywych dni czuł jak to jest, kiedy cię dręczą, a ty nie możesz się bronić.
Przez dwa ostatnie lata w moim portfelu nosiłem tzw. awaryjną prezerwatywę. Powód był prosty – moja dziewczyna miała dość ostry temperament jeśli chodzi o „te sprawy” i czasem potrafiła nas ponieść wyobraźnia w najmniej oczekiwanym miejscu. Zazwyczaj miałem ze sobą odpowiednie zabezpieczenie, ale uznałem, że ten kondom ostatniej szansy to dobry pomysł. A więc przez dwa lata związku nosiłem gumkę zawsze przy sobie. Aż do pewnej lipcowej soboty, kiedy to wpadłem na imprezę do mojego kumpla. Spotkałem tam innego kumpla, Błażeja, który właśnie poderwał jakąś dziewczynę i desperacko potrzebował… prezerwatywy. „Widzisz, ziomeczku - powiedziałem - Dla takich chwil, jak ta, warto zawsze nosić przy sobie awaryjną gumeczkę...”. Wyjąłem ze schowka swój skarb i wręczyłem go Błażejowi. Gdyby godność mu na to pozwoliła, całowałby mnie w podzięce po butach...
Następnego wieczora spotkałem się z moją ukochaną. Powiedziała, że ma dla mnie niespodziankę. Weszliśmy do klatki schodowej wieżowca, w którym mieszka, lecz zamiast do niej – na siódme piętro, pojechaliśmy na samą górę. Tam pokazała mi drabinkę, która jak się okazało – prowadziła do włazu w suficie. Nie było żadnej kłódki ani zabezpieczeń. Po chwili staliśmy dachu. Mieliśmy u stóp całe miasto, a nad nami było już tylko niebo malowniczo ufajdane mleczną drogą.
Poczułem jej delikatną rękę rękę wsuwającą się w moje spodnie. „Zróbmy to!”
Nie kupiła historii o zdesperowanym koledze. Kiedy zobaczyła, że z mojego portfela zniknęła prezerwatywa, uznała, że ją zdradziłem wieczór wcześniej. W tych malowniczych okolicznościach zostałem zwyzywany od parszywych dziwkarzy i rzucony. Gdzie się podziałaś, karmo?
Moja narzeczona w każdą niedzielę zapewnia nam rodzinny obiad. Wiecie, jak w typowym polskim domu: przychodzą rodzice, w telewizji leci Familiada, a my zajadamy się… nuggetsami z McDonald’s.
I jakoś nikomu nie przeszkadza, że Asia nie potrafi gotować. Kocham ją za pomysłowość i dobre serce, a nie umiejętność ugotowania rosołu.
Do sklepu mam najbliżej przechodząc przez sąsiedni blok - wejścia do klatki są na przestrzał. Dzisiaj wracając do domu znów tak przechodziłem i zaraz za drzwiami usłyszałem "rzuć to!", wyskoczyła na mnie grupa antyterrorystów i obalili mnie na ziemię. Posłusznie oddałem im torbę... szkoda tylko, że nie mogłem obserwować ich min, kiedy liczyli moje kajzerki. Przestępca, na którego czekali, wyszedł wyjściem z drugiej strony budynku.
To nie był zbyt dobry dzień, mimo że ranek był niesamowity, to humor zepsuła mi ta sytuacja, którą Wam chcę opowiedzieć.
Wracałem zmęczony ze szkoły, większością mojej drogi powrotnej była ruchliwa ulica. Natomiast moją uwagę przykuła pewna kobieta z trójką dzieci. Jedno, najmłodsze leżało w łóżeczku. Drugie kobieta trzymała na rękach, płakało i wrzeszczało wniebogłosy, cała jej uwaga była przykuta na uciszaniu dziecka. Trzecia dziewczynka, 3-4 latka spacerowała i wygłupiała się obok nóg rodzicielki. Widząc to włosy zjeżyły mi się na karku. Zacząłem wyobrażać sobie najgorsze sytuację.
Dziecko może wybiec na ulicę.
Widziałem już sporo filmików jak dzieci uciekają rodzicom i narażają bezpieczeństwo swoje i innych.
Przyspieszyłem kroku i zwiększyłem czujność. Nie chciałem matce prawić kazań. Co ja, zwykły uczeń, mogłem jej powiedzieć tak żeby wysłuchała?
Moje najgorsze wizję niestety się wydarzyły. Dziecko zaczęło biec w stronę ulicy. Panicznie rzuciłem się w jego stronę uniemożliwiając dalszy bieg. Zrobiłem to dość brutalnie, dziewczynka upadła rozwalając kolano i zaczęła płakać. Matka do mnie zaraz z pretensjami przyleciała, tak nagle przypomniała sobie o dziecku... Pokazywała mi co zrobiłem, krew na kolanie, rozwalone spodnie, ubłocone ręce. Dała mi do zrozumienia, że mam oddać pieniądze za umyślne zniszczenie ubrań. Oczywiście moje argumenty przekierowała na moją winę. Żadnego odszkodowania jej nie dałem. Sam byłem cały ubłocony, dresy miałem rozwalone na kolanie. Wściekły i z uczuciem bezradności wróciłem do domu.
Piszę to po paru latach od tego incydentu. Gdybym dziś miał taką sytuację, to zadzwoniłbym po służby. Żałuję, że wtedy tego nie zrobiłem. Wierzę, że matka po tej historii zaczęła bardziej uważać na dziecko. Mi jedynie została duma. Uratowałem ludzkie życie. Szkoda, że jednak nikt tego nie docenił.
Byłam w kadrze Polski w kategorii junior. Jednak wszystko się skończyło kiedy urodził się mój niepełnosprawny brat. Sport, który trenowałam jest chyba jednym z najbardziej kosztownych. Wszystkie pieniądze idą na rehabilitację brata, a na moje treningi nie wystarcza.
Staram się trochę dorobić i mam z tego pieniądze na amatorskie kontynuowanie pasji, ale sprawia mi to chyba więcej bólu niż radości. Żałuję, że nie trenuję jakiegoś biegania czy pływania, gdzie nie potrzeba tylu pieniędzy żeby się wybić, ale jeszcze bardziej żałuję, że mój brat żyje. Nie rozumiem po co wydawać miliony na terapie, po to żeby przez rok nauczył się składać puzzle z 4 kawałków. W nocy śni mi się, że go duszę, albo że nie żyje i wtedy jestem szczęśliwa. Niestety nie mogę tego nikomu powiedzieć, bo zaraz słyszę od rodziców ich ulubione zdanie „Twój brat ma gorzej, a zobacz jak się uśmiecha”. On się uśmiecha, bo jego mózg działa może na 15% i cieszy go, że wrzucił kulkę do kubka.
Jak dla mnie jego rehabilitacja nie prowadzi do niczego, bo podejmowany jest ogromny wysiłek, a on nigdy nie przestanie być niepełnosprawny.
Dodaj anonimowe wyznanie