#nHbli

Zostałam zgwałcona. Niedawno dowiedziałam się, że jestem w ciąży z gwałcicielem. Mój chłopak zostawił mnie samą kiedy się dowiedział. Stwierdził, że nie będzie wychowywał czyjegoś "bachora". Nie mam rodziny, więc zostałam całkiem sama, ale nie usunę tego dziecka. Chcę je pokochać tak bardzo jak nienawidzę tego co mi to zrobił.

Mam tylko 20 lat i nie wiem czy nie biorę zbyt dużo na siebie.

#wVvo7

Mam pewna znajomą. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do pewnego sportu, trenowałyśmy w tym samym miejscu, później w tej samej grupie. Hildegarda tak samo jak ja jest w wieku piętnastu lat, a mimo to jej rodzice konfiskują wszystkie jej oszczędności „coby nie wydawała na głupoty”. Jej telefon (absolutnie nie oceniam nikogo przez pryzmat telefonu) to kilkuletni rozpadający się sony, za to trójka jej rodzeństwa same iPhony (jedne z najnowszych modeli).

Hildegarda kocha sport, który uprawa, jednak jest on bardzo kosztowny. Jej rodzice z wielkim niezadowoleniem płacą za treningi, ale na kupienie sobie dodatkowej lekcji, nowej odzieży sportowej lub akcesoriów praktycznie niezbędnych dla zaangażowanej osoby nie pozwolą. Co do treningów - rodzice Hildegardy (którzy naprawdę maja dużo pieniędzy), nie pozwolą jej na wymarzony obóz, ponieważ twierdzą, że treningi są wystarczającym prezentem dla niej i powinna ich całować po stopach. Jest to koszt ok. 400 złotych miesięcznie, przy czym Hildegarda nie uczęszcza na żadne zajęcia dodatkowe. To samo z każdym świętem - urodziny czy Boże Narodzenie - prezentem jest szampon/szczotka/skarpetki z kartką o treści „twoje treningi to wystarczający prezent”.

Do tej pory było mi naprawdę żal Hildegardy, jednak ostatnio doszłam do wniosku, że jej rodzice wpoili jej tak straszne zasady i poglądy, ze zadawanie się z nią nie ma sensu. Ostatnio stwierdziła, że ją nastawiam przeciwko rodzinie i jestem patologią, a moja matka mi na za dużo pozwala (nie pozwala mi na więcej niż zwykłej nastolatce).

Kolejnym faktem jest to, iż rodzice ją strasznie przekarmiają. Hildegarda ma nadwagę spowodowaną wpychaniem jedzenia przez siostrę i matkę, które nie pozwolą jej na NIC jeśli nie zje grzecznie obiadku, którym można spokojnie wykarmić 3 osoby. Jej brat i obydwie siostry maja wszystko o czym tylko pomyślą, a Hildegarda praktycznie nic.

Nasz kontakt stopniowo zaczął się urywać, gdy zauważyłam, że zaczęła ona kraść moje rzeczy (wszystkie później odzyskałam), przechwalać się i obgadywać ze wszystkimi.

Mimo zaistniałych sytuacji jest mi jej naprawdę żal, ale nie mam pojęcia jak jej pomoc. Nie trenujemy już w tym samym miejscu, więc nasz kontakt jest naprawdę znikomy.

#7KSZd

Naprawdę bardzo kocham moją Mamę. Niestety jest coś z czym już sobie nie radzę, ani ja ani mój brat.

Ona zwyczajnie nie sprząta... dla niej pojęcia takie jak odkurzanie, mycie podłóg, ścieranie kurzy to coś obcego. Kiedy jeszcze z nią mieszkałam, to ja i brat zajmowaliśmy się sprzątaniem i tym żeby w domu było czysto. Teraz ją odwiedzam raz na jakiś czas i to co widzę to tragedia. Nie odkurza, podłoga w pokoju lepi się od brudu, a dywan był ostatni raz odkurzany kiedy ja mieszkałam czyli ok 4 lata temu... Szyby w oknach ufajdane, kurz na regałach. Dostała nową kuchnie gazową, ma 5 dni, gotowała coś i jej się wylał sos, myślicie że to sprzątnęła?

Ja już nie mam sił. Prośby i groźby nie pomagają. Tłumaczy się tym, że jest zmęczona, bo pracuje i niby kiedy ma sprzątać? Ja też pracuję, też fizycznie i potrafiłam utrzymać jako taki porządek. Już nie mówię, że ma codziennie latać z mopem, ale posprzątać po gotowaniu czy raz na jakiś czas odkurzyć to tak wiele? Ona wiecznie zmęczona, jak tylko wspominam o sprzątaniu to jest atak na mnie, że ona w szpitalu nie mieszka, że ma być błysk. Któregoś razu odkurzyłam jej pokój, to po wyłączeniu odkurzacza usłyszałam tylko "no w końcu, ile można słuchać tego wycia", a jak zaczęłam sprzątać kuchnie po gotowaniu to "a co cię tak na sprzątanie wzięło". Mówię, że to są normalne czynności, które powinna robić jak coś się ubrudzi. Tłumaczę jak dziecku, że trzeba po sobie sprzątać.

Najlepsze jak nakładała kotu jedzenie. Wiecie mokre z puszki, prosto na podłogę... Teraz nakłada do miski, ale jeśli ja tej miski nie umyję, to kot przez cały czas jadłby z brudnej i zaschniętej od starego jedzenia. Ona uważa, że pracuje fizycznie to nie ma siły. W ogóle po co ma odkurzać skoro zaraz znowu się naniesie. Wylany sos na kuchni? No przecież zaraz znowu jej coś kapnie, to co ma za każdym razem myć? Jak kot nam przewrócił kwiatek, to ziemia od kwiatka leżała na podłodze przez tydzień, bo ona nie ma sił.

A propos kota... Ja z nim chodzę do weta, na szczepienia, odrobaczam itp. Ostatnio chodził jakiś taki osowiały, nie chciał jeść i charczał. Mówię, że trzeba do weterynarza z nim. Moja mama "a po co, no jeszcze tego brakuje bym z kotem po lekarzach chodziła, jak ja się nie mogę dostać do swojego". Mieszkamy w domu z ogrodem, zawsze jak biorę psa na spacer mówi, że odbiło mi do reszty, że ma podwórko, a ja będę łazić z nim... Muszę wszystko tłumaczyć jak dziecku, że pies potrzebuje ruchu, że jak się ma zwierzę to trzeba je szczepić i chodzić do weterynarza.

Dodam, że moja mama nie jest na nic chora, ale jej sposób myślenia jest na etapie dziecka.

#J6AAH

Jak ktoś wyznaje, że chce popełnić samobójstwo, to w pierwszym odruchu mam ochotę napisać krótką instrukcję, jak to zrobić szybko, bez narażania innych i całkowicie bezboleśnie. Bo po co zaśmiecać globalny genotyp wadliwym DNA.

Potem przypominam sobie, że też kiedyś chciałem się zabić.

#UqWVd

Opowiem wam o panu M, człowieku z natury miłym i pomocnym, który zrządzeniem losu zachorował na raka.

Mniej więcej w tym samym czasie, pan M zaczął się zmieniać. Stał się arogancki i łaknący uwagi. Od najbliższych oczekiwał, by zawsze przy nim byli, o każdej porze dnia i nocy; by odpowiadali na jego telefony i wiadomości, bez względu na godzinę, bo pan M jest chory.

Przyjaciele i rodzina dawali z siebie wszystko, ale jak każdy, oni również mieli swoje życie do przeżycia. Niestety pan M tego nie dostrzegał. Po pewnym czasie zaczął nawet wypominać bliskim wszystkie te chwile, w których to on im pomagał (tu panu M trzeba przyznać, że wcale mało tego nie było).

W końcu pan M stał się na tyle nieznośny, że jedynym, co trzymało przy nim jego najbliższych, była choroba (większość uznała, że porzucenie pana M podczas choroby, byłoby niesprawiedliwe, mimo jego zachowania). Skończyły się długie rozmowy i przyjacielskie wizyty, wszystko ograniczało się tylko do służbowego trzymania na duchu. Zero bliższych kontaktów.

Pan M jest teraz zdrowy. Pokonał raka, ale też pozbył się większości znajomych. Pan M jest idiotą. Pan M to ja.

#qIkDW

Dopiero teraz jestem tak naprawdę gotowa, żeby to opisać. Wcześniej bałam się o tym nawet myśleć.


Otóż rok 2017 był najgorszym rokiem w moim 24-letnim życiu. W styczniu w wypadku samochodowym zginęła moja mama. Nie mogłam, nie chciałam w to uwierzyć. Przez tydzień po jej śmierci tak naprawdę jeszcze tego do siebie nie dopuszczałam. Nie mogłam spać, jeść, potrafiłam przez kilka dni się nie myć, a jak już poszłam się umyć to polewałam się gorącą, prawie wrzącą wodą, żeby bólem fizycznym zagłuszać ten psychiczny. Przez pierwszy miesiąc praktycznie nic nie jadłam (czasami zjadłam jabłko albo grejpfruta przez cały dzień, a czasami nic). Schudłam 20 kg, włosy wypadały mi garściami.

Po 2 miesiącach zaczęłam w miarę poprawnie funkcjonować, miałam jeszcze pod opieką 16-letniego brata, który też bardzo to przeżył (jednak lepiej sobie z tym radził niż ja). Po 3 miesiącach od śmierci mamy kolejny cios - tragiczny wypadek mojego chłopaka - został potrącony przez pirata drogowego. Zmarł w szpitalu po 2 dniach walki o życie.

W tamtym momencie kompletnie mi odbiło. Zaczęłam mieć zwidy, halucynacje, omamy słuchowe. Cały czas byłam na psychotropach. Budziłam się w środku nocy i słyszałam śmiech mojego chłopaka albo moją mamę, która woła mnie na obiad. Szłam za tym głosem nieświadoma tego, że to tylko wytwór mojej wyobraźni i kiedy sobie to uświadamiałam, kładłam się w pozycji embrionalnej i wyłam. Taki stan utrzymywał się przez prawie pół roku. Kolejne pół roku uczyłam się żyć na nowo. Uczyłam się jeść normalnie. W najgorszym momencie ważyłam 48 kg przy wzroście 178 cm. Zaczęłam wychodzić z domu, spotykać się z ludźmi.

Poznałam faceta, który też dużo przeszedł (był świadkiem zabójstwa, oprócz tego został brutalnie pobity, kiedy stanął w obronie napadniętej dziewczyny i do dzisiaj ma na twarzy pamiątkę w postaci blizny) i dzięki temu doskonale mnie rozumie, znosił moje jazdy, wahania nastrojów, ataki paniki (które już ustąpiły). Można powiedzieć, że liżemy sobie nawzajem rany. On sprawił, że potrafię żyć normalnie.

#BTVdb

Urodziłam córkę przez przedwczesne ratunkowe cesarskie cięcie. Było ze mną źle, tak zwana rzucawka. Mała trafiła do inkubatora, bo nie umiała samodzielnie oddychać i utrzymać ciepła. Gdy doszłam do siebie jedyne co czułam to rozgoryczenie, bo nie tak miało to wyglądać, miała być radość, a nie strach i walka o życie. Z zazdrością patrzyłam na mamy wychodzące ze szpitala, ze swoimi maluchami, gdy ja przechodziłam na noworodkowy OIOM.

Na początku mogłam dziecko tylko oglądać, potem na chwilę dotknąć, po kilku tygodniach dawano mi ją na chwilę na ręce. Oczywiście nie karmiłam piersią, odciągałam mleko, którego prawie w ogóle nie było. Na początku czułam ogromną złość, potem przywykłam, wpadłam w rutynę. Ograniczony kontakt z córeczką bolał coraz mniej. Jej postępy w drodze do wyjścia ze szpitala oczywiście cieszyły.

Aż nadszedł ten wielki i wyczekiwany dzień. Powrót do domu. Jakoś to po mnie spłynęło. Patrzyłam na to małe zawiniątko śpiące w łóżeczku jak na kogoś obcego. Nie czułam więzi. Opiekowałam się, karmiłam, przewijałam, ale robiłam to na automacie. Jej płacz doprowadzał mnie do wewnętrznego szału. Nie raz miałam nadzieje, że przestanie oddychać, gdy będę spała. Czułam się najgorszym człowiekiem na świecie. Gardziłam sobą. Jednocześnie czułam się okradziona z tego pięknego macierzyństwa, ogromu miłości i bliskości, karmienia piersią, które za nic nam nie wychodziło - z tej lukrowej wizji macierzyństwa pokazywanej wszędzie.

Jednak to nie moje emocje były najgorsze. Najbardziej bolały komentarze i uwagi innych matek, teściowej, rodziny. Jak mogę karmić mlekiem modyfikowanym, dlaczego odbijam ją tak, a nie inaczej, to robię źle, tamto źle, czemu jej nie śpiewam do snu, pieluszki to powinny być naturalne, a nie taki syf, "teraz to matki są leniwe". Powodowały, że czułam się jeszcze większym potworem wobec mojego dziecka. Chciałam oddać małą, lub odejść. Uratowała mnie daleka znajoma, która któregoś razu wspomniała o tym jak okropnie czuła się po porodzie, jak nie radziła sobie z emocjami.

Dzięki jednej rozmowie przestałam czuć się tak okropnym człowiekiem, zaakceptowałam swoje emocje, i mimo, ze było ciężko powoli oswajałam się ze swoją rolą, ciężkim początkiem, uczyłam się kochać swoje dziecko. Żałuję, że dałam się nabrać na przesłodzony obraz macierzyństwa, mimo, że wiedziałam, że będzie ciężko nie spodziewałam się tego co działo się potem, tego co czułam i wiele czasu zajęło mi wychodzenie ze stanu "jestem potworem, moja córką zasługuje na lepszą matkę", który najbardziej blokował mnie w budowaniu relacji z dzieckiem.

#YLDTj

Mój chłopak zamówił dla mnie seksowną bieliznę. Spędzałam weekend u niego, siedziałam z jego rodzicami w salonie i piłam herbatę. W pewnym momencie ojciec wyszedł i wrócił z tą bielizną, pokazał ją matce i powiedział, że jak z nim pobaraszkuje, to też jej taką kupi. Byłam tak zażenowana, że nawet nie wspomniałam o tej sytuacji chłopakowi.

#6IL1N

Mój chłopak zrobił mi niespodziankę i przygotował dla mnie kilka ciasteczek świątecznych „z kremem”. Zjadłam dwa, a on nagrywał to telefonem i nie mógł opanować śmiechu. Spytałam więc co go tak diabelsko śmieszy, że aż się krztusi. Co się okazało? Ten „krem”…

Zjadłam ciastka z nasieniem mojego chłopaka.

PS. Z chęcią odstąpię tego śmieszka jakiejś wolnej koleżance.
Dodaj anonimowe wyznanie