Wczoraj mój ojciec miał ciężki dzień w pracy.
Przyszedł do domu, zaczął krzyczeć, że ma dość nas, niewychowanych bachorów, naszej matki, która wiecznie narzeka, jest niezadowolona i mu truje dupę, rachunków bez końca i że się wyprowadza do kochanki - tak, kochanki! Na koniec zamknął się w pokoju.
Tak się składa, że świadkiem tego wywodu był mój kumpel, który był przerażony zaistniałą sytuacją i powiedział tylko:
- Stary, tak mi przykro.
I wtedy tata wyszedł z pokoju, ubrany w dres, dał mamie buziaka, mojej małej siostrze, powiedział, że nas kocha i idzie się nachlać do wujka Damiana, bo go w pracy wkurwili.
Tak, w ten sposób tata lubi się wyżyć, bo wie, że my wiemy, że żartuje, tylko nie wiedział, że w domu był jeszcze mój kolega.
PS "Kochanką" nazywamy oczywiście wujka. ;)
Wkurza mnie narzucanie swoich przekonań ma siłę innym ludziom. Chodzi mi tu najbardziej o religię.
Jestem człowiekiem wierzącym, praktykującym. Nigdy nikogo nie obraziłem za to, że nie wierzy lub nie chodzi do kościoła. A mimo to nieraz ktoś mi wmawiał, że Bóg nie istnieje, że religia ogranicza ludzką wolność itp. Jakiś czas temu nawet jeden z moich współlokatorów, który jest ateistą, dla żartu odwrócił krzyż, który miałem powieszony nad biurkiem. Nieraz mi krzyczał nawet, że jeśli chcę z nim mieszkać, to mam wyrzucić ten krzyż. Oczywiście nie wyrzuciłem krzyża, ale mieszkania też nie opuściłem.
Przykro mi zawsze, kiedy słyszę coś takiego, mimo że nigdy nie obraziłem współlokatora za to, że nie wierzy. Zawsze uważałem, że wiara to sprawa osobista. I wiem też, że niektórzy katolicy wymuszają na siłę wiarę u ludzi niewierzących. Też uważam, że tak nie powinno się robić, chociaż sam jestem katolikiem. Uważam, że Boga trzeba najpierw poznać i poczuć jego obecność, a nie wierzyć w Niego, bo "ktoś mi kazał". Wtedy taka wiara nie ma sensu.
I to tyle. Chciałem się po prostu wypowiedzieć. Żadnego morału nie będzie.
Czasami trafia się tu historia o ludziach, którzy nie czują się w pełni wartościowi. Przeczytałam wyznanie kobiety, która od lat stara się z mężem o dziecko, ale nie wychodzi. Na koniec bardzo bolesne, w moim odczuciu, słowa, o tym, że już nie raz mówiła mężowi, że jeżeli nie czuje się spełniony, bo nie ma dziecka, to żeby poszedł. To mnie skłoniło do napisania tego wyznania.
Mam podobną sytuację, z tym że "z drugiej strony". Mam cudownego, kochanego mężczyznę. Kiedy już myślałam, że czas zacząć kolekcjonować koty i zostać starą panną, trafiłam na niego. Od razu powiedział mi o swojej chorobie, jednak po raz pierwszy ktoś całkowicie odwzajemniał moje uczucia i pokochał mnie, tak jak ja pokochałam.
Mój ukochany jest chory, stan z roku na rok się pogarsza, ale cały czas staramy się szukać czegoś, aby spowolnić chorobę, mając nadzieję, że może znajdzie się jakiś genialny diagnosta, który znajdzie przyczynę i nie skończy się na łagodzeniu objawów. Wiem, że nie czuje się on w pełni "mężczyzną", bo nie jest w stanie pracować czy też pomagać w domu. Wiem, że jeżeli będzie bardzo źle, wolałby odejść i "żyć pod mostem", niż być dla mnie ciężarem.
Nigdy nie będzie dla mnie ciężarem, nawet jeżeli nie będzie w stanie wychodzić z łóżka, to nadal będę go kochać. Tak też jest w przypadku innych "niekompletnych" ludzi. Jeżeli czujecie się "niekompletni" z powodu choroby czy braku dziecka, czy innego powodu, a wasza druga połówka nadal z wami jest, to oznacza, że kocha was pomimo wszystko. Zawsze będzie kochać.
Jestem ze swoim chłopakiem od kilku lat. Kocham go i czuję się kochana, daje mi dużo ciepła, wsparcia, miłości, jest wyrozumiały.
Ostatnio coraz częściej wspomina o planach na naszą wspólną przyszłość, zakupie pierścionka zaręczynowego. Jednak mam wątpliwości co do tego, czy chcę z nim założyć rodzinę.
Mój chłopak jest bardzo pomocny i uczynny, co wykorzystują jego rodzice i rodzeństwo. Gdy mają jakikolwiek problem, mogą na niego liczyć. Uważam, że jednak bardzo przesadzają. Chłopak ciągle pożycza im pieniądze, przez lata nazbierały się duże sumy. Nie mają zamiaru mu tego oddawać. On się nie chce upominać o swoje i dalej im pożycza. Najczęściej chłopak pomaga wyjść rodzinie z problemów, w które sami się wpakowali przez własną głupotę i nierozsądne zachowania. Oni nawet już go nie proszą o pomoc - dzwonią, by przyjechał do nich i przywiózł pieniądze, zrobił to i tamto, kupił coś. Wydają polecenia typu "Weź mi telefon na raty", "Przyjedź do mnie i daj mi 5 tysięcy". W ten sposób rodzeństwo mojego chłopaka kupuje nowe telefony, samochody, sprzęty, wycieczki. A on za nich spłaca raty, długi u komornika, abonament, przesyłki.
Niestety, ta pomoc jest jednostronna. Gdy chłopak stracił pracę, nie mógł liczyć na jakiekolwiek wsparcie. Rodzice chłopaka wspierają finansowo jego rodzeństwo, on nie dostaje od nich nic. Mówią mu wprost, że on sobie jakoś poradzi, albo namawiają do wyjazdu za granicę, by zarobił więcej. Gdy był w szpitalu przez prawie dwa tygodnie, tylko ja byłam u niego codziennie, przynosiłam mu jedzenie i niezbędne rzeczy. Z rodziny to tylko siostra raz przyjechała. Matka i ojciec nie chcieli go odwiedzić, bracia nawet nie zadzwonili. Każdy z nich miał możliwość przyjazdu.
Rozmawiałam ze swoim chłopakiem o tym, że traktują go jak bankomat i że nie zasługują na taką pomoc. Nic te rozmowy nie zmieniły. Miał skończyć z pożyczaniem i odzyskać długi, a niedawno znowu pożyczył bratu kilka tysięcy na jego firmę.
Boję się, że to się nie zmieni, a jego rodzice i rodzeństwo dalej będą dla niego na pierwszym miejscu. Obawiam się również, że nasz wspólny dom, wydatki oraz ewentualne przyszłe dzieci będą wyłącznie na mojej głowie, a on dalej będzie ogarniał za swoją rodzinę wszystkie sprawy. Zamiast utrzymywać nasz dom i rodzinę przez nas oboje, to pewnie będzie tak, że ja będę zarabiać na nasze potrzeby, a on na potrzeby rodziców i rodzeństwa. Ponadto nasze plany prawdopodobnie będą wtedy uzależnione od tych ludzi - gdyż dalej będą ciągnąć od mojego lubego pieniądze, a my będziemy musieli kombinować i oszczędzać na niezbędne wydatki.
Nie podoba mi się ta sytuacja. Nie chcę jednak rozstawać się z nim. Nie wyobrażam sobie jednak takiego wspólnego życia. On nie chce nic zmienić ani się od nich odciąć. Nie wiem już co zrobić i czy to ze mną jest coś nie tak?
Kiedy byłam małą dziewczynką, mama często wysyłała mnie do sklepu osiedlowego. Pracowały tam dwie panie: pani w niebieskim fartuchu i pani w czerwonym fartuchu. Zmieniały się regularnie, tak że idąc do sklepu mogłam przewidzieć, którą akurat spotkam. Uznałam to za ciekawe zjawisko, dlatego też dorobiłam sobie do niego następującą teorię: w nocy, gdy sklep jest zamknięty, podłoga się otwiera i "wyjeżdża" z niej jedna pani, a w jej miejsce "wjeżdża" druga. W ten sposób jedna z nich pracuje, a druga czeka pod ziemią na swoją kolej.
Wielkie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że sprzedawczynie też mają domy, do których wracają po pracy.
Zawsze kiedy stoję w kolejce w markecie, aptece itp. i widzę jakąś spokojną, miłą, mało pewną siebie osobę, mam nadzieję, że ktoś ją zacznie obrażać, żebym mógł stanąć w jej obronie. Z reguły kieruje mną wysokie poczucie sprawiedliwości (wpojone mi w dzieciństwie przez matkę oraz wyniesione z książek), ale czasem mam ochotę po prostu wydrzeć na kogoś ryj, a bez powodu nie wypada. Strasznie mi smutno, kiedy jakaś baba lub cwaniak z wrednym wyrazem twarzy nic nie zainicjuje. To nie jest normalne, ale tak już mam.
Wszyscy znamy historie o kobietach, które wiecznie boli głowa. W moim związku jest odwrotnie. Mam bardzo wysokie libido, jednak mój facet jest, delikatnie mówiąc, bardzo powściągliwy w tym temacie. Dla niego ''dużo'' to raz - dwa razy w miesiącu.
I zaznaczę na początku, że rozmawiałam z nim o tym, proponowałam wizytę u seksuologa, jednak on odmawia. Raz nawet, w trakcie sprzeczki, powiedział mi, że jestem ''nienormalnie zboczona''.
We mnie narasta frustracja i mimo że kocham go ponad życie, coraz częściej zaczynam fantazjować o facetach znajdujących się w moim otoczeniu.
Na domiar złego niedawno, na spotkaniu integracyjnym, trochę (no dobra, bardzo) się wstawiłam i wyznałam wszystko dobremu koledze z pracy. Kolega uważnie wysłuchał (nie tak jak myślicie) i poważnie poradził mi albo jak najszybszą wizytę u specjalisty, albo zakończenie związku.
A ja jestem rozdarta i coraz częściej przyłapuję się na tym, że zaczynam wyobrażać sobie, co robiłabym teraz, nie będąc w związku. Potem mam wyrzuty sumienia, że coś takiego mi w ogóle przeszło przez myśl.
Odważyłem się i zaprosiłem moją koleżankę do siebie na domówkę. Podoba mi się od dawna, więc trochę ciężko mi to przyszło, gdyż z natury jestem nieśmiały. Gdy w końcu wydukałem pod nosem, żeby wpadła w sobotę, stwierdziła, że nikogo nie będzie znać i będzie się czuć niekomfortowo. Zapewniłem ją, że wcale tak nie będzie - bo przecież będzie miała przy swoim boku bratnią duszę. Nie muszę chyba dodawać, że miałem na myśli siebie.
Odebrała to jako zaproszenie z osobą towarzyszącą.
I przyszła z nowym chłopakiem.
Pewnego zimowego dnia po skończonych zajęciach wracałam do domu. Przechodziłam akurat obok przystanku, na którym zgromadziła się grupka dzieciaków, a obok nich stał naprawdę przystojny chłopak. Zaczęłam się zastanawiać, zagadać czy nie, ale zanim się zdecydowałam, to zdążyłam już go minąć. Myślę sobie, no trudno, głupio będzie się teraz zawrócić. I wtedy poczułam kilka uderzeń w plecy. Odwróciłam się i w tym samym momencie dostałam śnieżką prosto w twarz. Całe szczęście, że śnieżka nie była twarda. Już chciałam przygadać dzieciakom, ale widać było, że nie chciały trafić mnie akurat w to miejsce. Nie wiem czemu, ale momentalnie obudziło się we mnie długo uśpione dziecko i rzuciłam śniegiem w dzieciaki. W taki właśnie sposób rozpoczęła się bitwa na śnieżki.
Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że chodniki tamtego dnia były cholernie śliskie. Gdy ruszyłam z "wojennym okrzykiem" na śmiejącego się chłopca, poślizgnęłam się. Upadłam na zadek i wpadłam w mały poślizg. Pech chciał, że na mojej drodze stanął właśnie ten przystojny chłopak, który akurat miał zamiar wsiąść do autobusu. Z niemałą prędkością wjechałam pod niego, powalając go na siebie i w takiej pozycji pojechaliśmy razem jeszcze kawałek. Gdy w końcu się zatrzymaliśmy, spojrzał na mnie zszokowany. A ja zamiast przeprosić, zestresowałam się i wypaliłam, nerwowo się śmiejąc: "Widzę, że na mnie lecisz".
Od niedawna pracuję w malej restauracji i nabrałam pewnego nawyku. Jak rozmawiam z gośćmi, to opowiadamy sobie zazwyczaj różne śmieszne i nieśmieszne opowieści/przeżycia i zaczęłam strasznie kłamać, no, powiedzmy, kolorować prawdziwe historie, żeby tylko tego gościa lepiej zabawić. Nie wiem, czy to jest złe tak do końca, w sumie mam szlachetne zamiary, ale najgorsze, że zawsze jak opowiadam prawdę, nagle słyszę głosik w głowie "a skłamię sobie" albo "aa, opowiem to inaczej" i potem mam satysfakcję, jak pobudzam lepszą dyskusję.
Ot, anonimowy kłamca kelner :)
Dodaj anonimowe wyznanie