Nie cierpię antyszczepionkowców. Ale tak głęboko, z całego serca. Uważam ich za podwójnie niebezpiecznych: raz, że narażają swoje dzieci oraz resztę rodziny na groźne choroby, których można uniknąć lub mocno złagodzić ich przebieg; dwa, że są absolutnie odporni na jakąkolwiek logikę. Dotychczas nie miałam z nimi do czynienia poza okazjonalną wymianą komentarzy na Facebooku. Ale i na mnie przyszedł czas...
Po zaręczynach zaczęłam być zapraszana na "imprezy rodzinne" narzeczonego. Na jednej z nich pojawiła się jakaś dalsza rodzina, Marek nie zna ich zbyt dobrze. No ale pogadać wypada, zwłaszcza że sami chętnie zagadują. Rodzinka w składzie: matka, ojciec, starsza córka (lat na oko 5) i młodszy syn (niespełna roczny). Gadka leci, jest przyjemnie, aż do czasu, kiedy się pytają, co robię w życiu. Gdy dowiedzieli się, że studiuję medycynę, to nastąpiły dwie przeciwne reakcje. Ojciec wyraźnie się ucieszył, matka wykrzywiła twarz w złości. Patrzę na nich zdziwionym wzrokiem, myślę sobie, ki diabeł? Może ktoś im bliski niedawno umarł z powodu błędu lekarskiego?
Okazało się, że nie. Mamuśka wysyczała (wąż mógłby jej pozazdrościć!), że na pewno jestem za tymi truciznami w strzykawkach. Początkowo nie rozumiałam, o co jej chodzi, dopiero po chwili załapałam, że chodzi jej o szczepienia. Z pełnym spokojem, choć czując nadchodzącą burzę odpowiedziałam, że tak, bo chociaż jak po każdym leku mogą pojawić się objawy niepożądane, to zyski zdrowotne są o wiele większe.
Nie będę przytaczać całej rozmowy, możecie się jej jednak domyślić: ona rzuca absurdalnym argumentem, ja odbijam aktualną wiedzą medyczną (temat przewinął się na historii medycyny, higienie, mikrobiologii, immunologii klinicznej, czekam z niecierpliwością na choroby zakaźne). Przez cały czas zachowałam spokój, jej mąż i mój wybranek śmieją się coraz bardziej.
W końcu zaczęło mnie to irytować. Wskazałam na jej dzieci i zapytałam się, czy je też naraża na śmierć. Z dumą powiedziała, że córka niestety została zaszczepiona, jednak udało jej się uchronić synka od tego paskudztwa. Ojciec wtrącił, że jej może tak, ale on zadbał o to, żeby nabyło odporność. Jego żona wyraźnie się tego nie spodziewała. Awanturę, jaką mu zrobiła, zapamiętam na długo. Skończyło się na tym, że okładała go torebką (a mała ona nie była), wyzywając od idiotów. Została odciągnięta przez jakiegoś innego mężczyznę i wyprowadzona na zewnątrz. Jej mąż był w niezbyt dobrym stanie: podbite oko, rozcięty policzek i łuk brwiowy.
Zdecydował, że pójdzie z tym na policję. Powiedział, że paradoksalnie czekał na ten moment - żona już wcześniej była agresywna, teraz ma dowód i świadków. A szczepić będzie dalej. Niestety nie wiem, jak się skończyło.
Jestem potworną zazdrośnicą. Zazdroszczę innym przede wszystkim pieniędzy i wszystkiego, co się z tym wiąże
.
Jestem już po 30. Pracuję, ale zaliczam się do tzw. biednych pracujących.
Pochodzę z biednego domu na wsi, wychowywała mnie tylko mama, której obecnie pomagam finansowo, mama ma tylko rentę - choruje na nowotwór. Nie stać jej było na zapewnienie mi jakichś kursów, choćby na prawo jazdy. Dodatkowo jestem osobą, która kompletnie w siebie nie wierzy i wszystkiego się boi. Dlatego trzymam się tej pracy, bo zwyczajnie obawiam się, że w innym miejscu nie dam sobie rady. Poza tym w moim mieście ciężko o dobrą pracę bez konkretnych kwalifikacji, których nie posiadam.
Mam wokół dużo znajomych, koleżanek i kolegów, którym powodzi się finansowo. Niektórzy zawdzięczają to wyłącznie rodzicom czy znajomościom.
Coraz częściej łapie mnie dół i złość, gdy słyszę o kolejnych wakacjach zagranicznych, podczas gdy ja nigdy nawet nie byłam poza Polską.
Wstyd mi mówić o tym wśród znajomych, dlatego postanowiłam obnażyć swoją frustrację tutaj. Trochę lżej na duszy.
Około dekady temu, gdy miałem jakieś 15-16 lat, grywałem niemal (albo po prostu) nałogowo w gry online typu mmorpg.
Tak więc grałem sobie w grę, bardzo skupiony, gdy mama po raz któryś woła mnie z zapytaniem "czy zechcę zjeść kanapki?". Szybko, byle mieć spokój, odpowiedziałem TAK, po czym wróciłem do ekscytującej rozgrywki.
Po kilku minutach (całkowicie zapominając o kanapkach) postanowiłem odpalić sobie filmy bezkostiumowe i zrobić to, co się zazwyczaj przy oglądaniu takich filmów robi.
Poszedłem przymknąć drzwi, założyłem słuchawki no i działam.
Skończyłem, odwracam się, a tam... dokładnie, kanapki.
Później do końca dnia nie wychodziłem z pokoju z tego wstydu.
Miałam kiedyś koleżankę. Uśmiechnięta, spontaniczna i pewna siebie, oczywiście nie bez wad. Traktowała relacje z ludźmi dość lekko i ogółem miała wszystko w głębokim poważaniu. W mojej ocenie nie nadawała się na przyjaciółkę, słuchanie nie było jej mocną stroną, ale na koleżankę "do pogadania" była jak znalazł. Poznałam ją w drugiej gimnazjum, i nasza znajomość opierała się na rozmawianiu na przerwach, czasami gdzieś wyszłyśmy, ot, taka sobie relacja na krótki okres, gdyż zbyt się od siebie różniłyśmy, żeby było z tego coś większego.
Po gimnazjum kontakt utrzymywałyśmy tylko przez Facebooka. Ja znalazłam sobie towarzystwo w mojej humanistycznej klasie licealnej, ona swoje w szkole zawodowej, i obie byłyśmy szczęśliwe.
Gdzieś na początku kwietnia następnego roku ujrzałam w internecie ogłoszenie o jej zaginięciu. Nie zdziwiłam się, ponieważ już nie raz zdarzało jej się uciekać i nikt nie robił afery. Wtedy zazwyczaj przebywała u swojego chłopaka, którego poznała w internecie i z którym była od trzech lat. Dlatego właśnie gdy zaginęła od razu pomyślałam, że była u Patryka, a jej babcia nie wiedząc o tym zgłosiła zaginięcie. Z czystej ciekawości napisałam do niej co ona odwala, bo pewnie rodzina się martwi itd. Gdy nie otrzymałam odpowiedzi, na którą oczekiwałam przez 2 dni, napisałam do jej chłopaka. Od niego wiadomość dostałam od razu. Na moje pytanie "Czy ona jest u ciebie?" odpisał, że nie, i że zerwali ze sobą około miesiąc temu.
Wtedy naprawdę zaczęłam się bać. Mimo że nie łączyło mnie z nią nic specjalnego, to coś dla mnie znaczyła, i wolałam, żeby nie odwalała głupot.
Przez następne dni uważnie śledziłam miejscowe media i wypytywałam naszych wspólnych znajomych, jednak nikt nic nie wiedział.
Wieści nie nadchodziły, ale nadal uważano, że ona wróci, że to na pewno kolejne głupie żarty, że pewnie pojechała na wycieczkę z znajomymi z stolicy i cały czas trzyma ją kac morderca (co już się jej zdarzało, nawet nie raz).
Dopiero po dwóch tygodniach rozpoczęto poważne poszukiwania, bo z racji jej opinii w małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają, nikt nie widział takiej potrzeby.
Znaleziono ją prawie miesiąc po zaginięciu. Jej ciało w stanie zaawansowanego rozkładu leżało prawie 150 km od miejsca zamieszkania, odnaleziono je pod mostem przy lesie. Według śledczych zmarła około tydzień po zaginięciu, ciało miało ślady gwałtu, a powodem śmierci okazało się uduszenie. Było w aż tak złym stanie, że rodzina miała problem z identyfikacją, w wszystkim najbardziej pomogły rzeczy osobiste, które przy niej znaleziono.
Proszę was, nie ignorujcie ucieczek i takich występków! Uwierzcie mi, to może uratować komuś życie. Minęło już ponad 5 lat, a sprawca nadal pozostaje nieznany, jestem ciekawa, kiedy (i czy w ogóle) się dowiemy, kto odebrał jej życie...
Było już trochę o dziwnych fetyszach, więc dodam też coś od siebie: mój chłopak uwielbia kochać się ze mną zaraz po tym, jak poparzy swoje przyrodzenie pokrzywą.
Czytałam kiedyś o tym, że psy i koty, po kilku dniach od śmierci swojego właściciela w domu, zjadają jego ciało. Od tamtej pory gdy tylko na cokolwiek zachoruję, nawet na zwykłe przeziębienie, nie mogę odpędzić się od nierealnej i głupiej myśli bycia zjedzoną przez mojego kota, który mnie bacznie obserwuje z drugiego końca pokoju. Myślę o tym, czy wyczuwa moją chorobę i czeka na moją śmierć, żeby móc mnie bez precedensu wszamać, za moje lata miłości i troski.
To tyle.
Czy są tutaj mechanicy samochodowi? Jest to raczej anonimowe pytanie, a nie anonimowe wyznanie.
Pytanie brzmi: Dlaczego 90% mechaników czy sprzedawców w sklepach motoryzacyjnych zachowuje się, jakbym ja im przeszkadzał? Tak jakby moja obecność w sklepie/warsztacie, moje pytanie o dostępność danej części, moje pytanie do mechanika o określenie terminu naprawy, czy określenie widełek ceny za całość usługi, było karą za grzechy?
Nie jestem mądralą, nie patrzę na ręce mechanikowi, on się na tym zna, ja znam się na tyle, że nie chcę być naciągnięty. Jeśli rozmawiam z mechanikiem na temat usterki samochodu, to po to, żeby rozumieć dokładnie co się popsuło, z czystej ciekawości.
Zostawiam samochód i chcę, żeby był naprawiony, ale także chcę wiedzieć, kiedy nie będę już musiał jeździć komunikacją i ile mniej więcej będę musiał zapłacić. Ja wiem, że to ciężka praca, ale inni też ciężko pracują. Mechanicy, sprzedawcy części! Skąd u Was te zbolałe wyrazy twarzy?!
Bardzo boję się słowa "deska". Może to wydać się śmieszne, ale mnie nie jest do śmiechu. Dokuczano mi jeszcze 4 lata temu i nazywano deską. Wielokrotnie płakałam, doszło nawet do samookaleczania, jednak nie o tym jest to wyznanie.
Do tej pory, gdy pani na lekcji, kolega czy koleżanka powie słowo "deska", "płaska" itp., to przechodzą mi ciarki. Od razu mam wrażenie, że ktoś powie "to zupełnie jak X".
I sprawia mi to straszny dyskomfort.
Boję się, że znów będę przez to przechodzić. Jak mam sobie poradzić z tym, że każde słowo dotyczące drewna, deski itp. utożsamiam ze sobą?
Ostatnio przypomniała mi się "akcja" z dzieciństwa.
Razem z kuzynem, gdy byliśmy mali (7/8 lat (?) - kuzyn jest rok młodszy) pojechaliśmy na wakacje do naszej drugiej babci, jak co roku. Dzień zapowiadał się normalnie ale jakoś po obiedzie temat zszedł na seks (między nami, bodajże w ogródku lub w pokoju) i postanowiliśmy go spróbować gdy wszyscy pójdą już spać.
Tak więc, jak wszyscy zasnęli, ja obudziłam kuzyna i po prostu, najzwyczajniej w świecie zaczęliśmy "uprawiać" seks.
Krótka konwersacja między nami brzmiała tak:
K(kuzyn) - Ale bluzek nie zdejmujemy.
Ja - No nie, zostawiamy je.
Po jakimś czasie "uprawiania" seksu:
K - Czujesz coś?
Ja – Nie.
K - A teraz?
Ja - Nie, bardziej pępek.
*kilka sekund później*
Ja - Znudziło mi się, nie uda się nam tego zrobić, po prostu chodźmy spać.
K – Okej.
I na po prostu poszliśmy spać, na drugi dzień nic nie pamiętaliśmy nawet. Teraz nie mamy ze sobą kontaktu, nie mamy jak się spotkać ale mam wielką nadzieję, że on tego nie pamięta...
O tym, jak zniszczyłam ślub i wesele. Nie moje, oczywiście.
Żebyście mogli w pełni zrozumieć moją motywację, muszę nakreślić "tło historyczne". Po śmierci mojego ojca dziedziczę zamiast niego po jego rodzicach, czyli moich dziadkach. Jakiś czas temu zmarło się dziadkowi, więc spadek rozłożył się na jego żonę, syna (mój stryj) i mnie. Cała ta historia to materiał na całą serię wyznań, tutaj ograniczę się tylko do napisania, że żadnym sposobem nie mogę wyciągnąć od babci i stryja mojej części tego spadku. Prawnicy, sądy, ugody - kompletnie nic nie działa, robią cyrki, zwłaszcza babcia, która jest kobietą chorą psychicznie. Limit znaków nie pozwala na dokładniejsze opisanie sytuacji, ale musicie uwierzyć, że naprawdę nijak nie mogę wyrwać od nich mojej części.
Od wspólnego znajomego dowiedziałam się, że mój stryj (dla wygody nazwijmy tę gnidę Adam) się żeni. Mnie oczywiście nie zaproszono, ale zaproszono rzeczonego kolegę. Impreza na 500 osób, w zabytkowym zameczku, ze znanymi muzykami - zastaw się, a postaw się. I to finansowali - nawet jeśli tylko częściowo - ludzie, którzy "nie mogą" mnie spłacić, bo rzekomo nie mają pieniędzy (babcia zawsze była skąpa i żyła jak kloszardka, ale w skarpetach miała pochowane małe fortuny).
Umówiłam się z wyżej wspomnianym znajomym, że będę jego osobą towarzyszącą na ślubie, ale Adam miał o tym nie wiedzieć. Po prostu kolega wcisnął mu jakąś bajeczkę.
W kościele pojawiłam się odwalona jak na czerwone dywany i żaliłam się całej rodzinie, że mnie nie zaproszono i o ślubie dowiedziałam się przypadkiem. Wszyscy wiedzą, że babka jest psychiczna, więc to mnie żałowali, kiedy teatralnie szlochałam. Z kościoła wywalić mnie nie mogli, a po mszy szybciutko zabraliśmy się z partnerem do samochodu i pojechaliśmy na salę.
Początek w pełni kulturalny, podeszłam do Adama i pochwaliłam, że piękne ma to wesele, chyba drogie, a skoro tak dobrze mu się ostatnio powodzi, to może wreszcie by mnie spłacił, a w ogóle to trochę słabo, że to ktoś obcy mnie zaprosił, a nie on. Próbował się migać, ściemniał coś. Powiedziałam, że może w takim razie trzeba było zrobić mniej wystawną imprezę, skoro wie, że ma długi. Albo niech mnie spłaci z pieniędzy z kopert. Zrobiło się bardzo niezręcznie. I wtedy "cała na biało" wchodzi babka.
Zaczęła mnie wyzywać, szmata czy dziwka to najłagodniejsze, co powiedziała, skakać do mnie z pięściami, a nawet grozić, że "obleje mi mordę kwasem". Krzyczeć, że nie jestem córką jej zmarłego syna i nic mi się nie należy, ona nie ma i nic mi nie da choćby skały srały. Ktoś wezwał policję, przyjechali, posłuchali, a że babka nawet do nich skakała, to ją zabrali. Za nią pojechał Adam. Panna młoda w ryk. Ktoś pyszczy do mojego partnera, po co mnie przyprowadził. No istny cyrk.
Hejtujcie mnie, ale nie żałuję. Było warto.
Dodaj anonimowe wyznanie