Wiele lat temu jechałem sobie rozklekotanym pociągiem relacji Łódź-Gdynia. Na jednej ze stacji, chyba w Toruniu, do wagonu wsiadł chłopak w długich włosach i przechodząc od przedziału do przedziału kładł na stolikach, mały tandetny breloczek z pocztówką. Na niej napisane było, że gość jest głuchoniemy i że zbiera hajs na cele fundacji zajmującej się leczeniem dzieci z wadą słuchu i mowy. Miło mu jakoś z oczu patrzyło, więc dałem typowi piątaka i stałem się szczęśliwym posiadaczem tandetnego breloczka i pocztówki. Oba te przedmioty wepchnąłem do kieszeni w moich bojówkach.
Dwa dni później kumple z Trójmiasta wyciągnęli mnie na imprezę będącą przeglądem lokalnych zespołów grających ekstremalne odmiany metalu. W skrócie - było to około sześciu godzin nieustannego darcia paszczy. Trafiło się kilka melodyjnych utworów ("Harrrgh gburrgurburrr!") oraz parę chwytających za serce ballad ("AArrghhh burdugurburburrrrr!"). Na sam koniec zagrać miała kapela, która według koneserów gatunku była prawdziwym odkryciem roku i generalnie - cud, miód, świeżynką.
Na scenę wtoczył się zespół ze znajomym mi głuchoniemym chłopakiem z pociągu. Mało tego - gość chwycił za mikrofon i przez bitą godzinę pruł się do niego wyśpiewując trudną do zrozumienia poezję - coś o złamanym sercu, petuniach kwitnących na łące i rączym jeleniu pomykającym po leśnej polanie - no, bo o czymże innym może śpiewać gość z mordką utytłaną mrocznymi flamastrami i łapą przepasaną taśmą izolacyjną nabitą gwoździami?
Po tym występie, który nomen-omen naprawdę był udany, podczłapałem do zespołu, który właśnie pakował swój sprzęt. Zlokalizowałem wokalistę. Czy wspomniałem, że jestem nauczycielem języka migowego i od lat pracuję z głuchymi dziećmi? I w tymże języku właśnie pogratulowałem "głuchoniememu" muzykowi występu. "Eeeee?" - wymamrotał gość. Sięgnąłem do kieszeni spodni i wyjąłem breloczek oraz zmiętą już nieco pocztówkę. Chłopak spalił takiego buraka, że przez jego biały makijaż przebiła soczysta czerwień nadająca jego obliczu świnkowo-różowego odcienia. Uśmiechnąłem się do niego szczerze, a następnie popukałem się w czoło i pokazałem mu faka. Ten przekaz już zrozumiał.
Po chwili obaj wybuchliśmy głośnym śmiechem. Z boku musiało to wyglądać wyjątkowo absurdalnie.
Nienawidzę mojego brata. Jest niepełnosprawny od małego, to on zabrał mi rodziców, to przez niego zostawałam sama w domu na kilka dni w środku tygodnia, to on był bardziej kochany i to nim się każdy opiekował.
Przez niego musiałam szybciej dorosnąć, muszę pomagać więcej w domu BO ON NIE UMIE, BO JEST CHORY, BO BIEDNY. Mam już tego dosyć. Tym bardziej że nie jest aż tak CHORY, chodzi, rozmawia, znęca się nade mną psychicznie jednak nikt nie widzi w tym problemu, ponieważ jest CHORY i nieświadomy.
Podczas jednej z imprez oświadczyłem się mojemu przyjacielowi, oczywiście dla żartów. Takiej odpowiedzi od niego się nie spodziewałem. Powiedział, że bardzo długo na to czekał i że mu się cholernie podobałem od kiedy pamięta.
Nie mam serca go informować o tym, że to tylko żart...
Kiedyś, gdy byłam małą gówniarą usłyszałam wyrażenie "uprawiać seks", jednak nie znałam jego znaczenia. Kojarzyłam tylko, że "to coś" zachodzi między kobietą a mężczyzną.
Razu pewnego tak od niechcenia powiedziałam mojemu bratu właśnie, że chcę z nim uprawiać seks, a on później pół mojego dzieciństwa mnie szantażował, że opowie o tym rodzicom. Całe moje kieszonkowe szło do niego, wszystkie słodycze...
Co za dupek.
Nie jest to jakkolwiek interesująca historia, więc osoby pragnące wrażeń mogę już teraz pożegnać. Chcę po prostu wyrzucić ciążące mi słowa, zawołać o pomoc, gdzie wiem, że nie dostanę żadnego odzewu.
Jestem młodą kobietą, która próbuje przetrwać w tym jakże cudownym świecie. Kilka lat temu spotkałam osobę, która doszczętnie spierdoliła mi życie. Jest powodem mojej zrujnowanej psychiki, masy kompleksów i stresu pourazowego. Przez ostatnie sześć lat odkrywam, jakie spustoszenie zasiała w mojej głowie. I kiedy myślę, że już wszystko wiem, że dam radę sobie z tym poradzić, to nadchodzi coś nowego, kolejny nieoczekiwany cios.
Pół roku temu znalazłam kogoś, komu na mnie zależy. To chyba pierwsza osoba w moim życiu, która naprawdę o mnie walczy. Postanowił wybrać drogę cholernie trudną do przejścia. Trwa przy mnie pomimo moich ataków histerii, zaników pamięci, przy których jestem agresywna, czy totalnego otępienia, z którego nie da rady mnie wyrwać.
Oboje wiemy, że powinnam zgłosić się po profesjonalną pomoc. Ale na taką mnie nie stać, zaś naszym cudownym polskim lekarzom z NFZ już dawno przestałam ufać, bo narobili mi jedynie więcej krzywdy.
Mam dosyć.
Pomimo tego, że czuję przy nim największe możliwe szczęście, że kocham go najbardziej na świecie. To mam dosyć. Nie mogę patrzeć na to, jak on cierpi przez to, że nie potrafię sobie poradzić z tym co mam w głowie.
Każdego dnia - jak jakąś jebaną mantrę - powtarzam sobie "zabij się". Po kilkadziesiąt, jak nie kilkaset, razy dziennie. Robię to bardziej podświadomie niż świadomie, i nie jestem w stanie przestać.
To "zabij się" z każdym dniem jest coraz mocniejsze, coraz głośniejsze.
I to jest moje największe marzenie - zniknąć z tego popieprzonego świata.
Ale oczywiście nie mogę. Przez kilka osób, które nie poradzą sobie beze mnie. Za bardzo mi na nich zależy, bym mogła ich opuścić.
Więc próbuję, a może jedynie udaję, że próbuję. Może też mam nadzieję, że kiedyś naprawdę będzie lepiej. Że kiedyś będzie mnie stać na to, by poprosić o pomoc. Albo że potrąci mnie ciężarówka.
Dziękuję Ci, jeżeli przeczytałeś ten tekst. Nie wiem co on może dla Ciebie znaczyć, jednak dla mnie fakt, że go skończyłeś, znaczy wiele. Może przypadkiem zostawisz dla mnie parę słów. Może mnie obrazisz, może coś doradzisz, ewentualnie zostawisz bez słowa.
Życzę Ci, byś miał więcej szczęścia.
Jakiś czas temu miałem wypadek, dość tragiczny w skutkach, zakończony jak mi się wtedy zdawało "wyrokiem" życia na wózku. Stało się jak stało, ale środki do życia jakieś by się przydały. W związku z tym zacząłem starać się o rentę. O dziwo cała papierologia i urzędnicze procedury minęły naprawdę w mgnieniu oka, jednak sama decyzja komisji lekarskiej była dla mnie szokująca. Przyznano mi rentę na okres dwóch lat.
No tak, przecież przez te dwa lata rdzeń kręgowy może się zrosnąć. Takie cuda tylko w ZUSie.
Mam na imię Ilona, moja przygoda zaczęła się 25 lat temu.
Skończyłam liceum, na studia dzienne się nie dostałam, pracy też nigdzie nie mogłam znaleźć. Zatrudniłam się w agencji towarzyskiej... Po kilku tygodniach mój brat dwa lata starszy zaczął coś podejrzewać i mnie śledził, przyszedł do agencji jako klient i spośród czterech dziewczyn wybrał mnie. Poszliśmy do pokoju, myślałam, że mi coś wygarnie, ale nie - zachował się jak normalny klient, zapłacił i po wszystkim wyszedł, ja też później wróciłam do domu, ale go nie spotkałam. Dopiero po kilku dniach rano zostaliśmy oboje sami w domu, bo rodzice byli w pracy na rannej zmianie. Brat przyszedł do mnie do łóżka, przykrył się kołdrą i zaczął się do mnie dobierać. Zaczęłam się bronić i go odpychać, a on zaczął mnie szantażować, że powie wszystko rodzicom, a po drugie, że nie ma zamiaru mi płacić w burdelu, więc ustąpiłam i mnie przeleciał. Po wszystkim powiedział, że za milczenie muszę mu dać się przelecieć raz w tygodniu, no i przystałam na to. Robiliśmy to chyba przez dwa lata, często nawet bez prezerwatywy, no i któregoś razu mnie zapłodnił. Powiedziałam, że teraz ja powiem o wszystkim rodzicom, no i mi dał od tego czasu spokój.
Ciążę oczywiście usunęłam.
Mam chłopaka, z którym jestem od 2,5 roku. Żyje nam się względnie dobrze. Bywały już bardzo poważne kryzysy, przez które o włos nie bylibyśmy teraz razem. Przez te 2,5 roku nauczyliśmy się siebie, tego, jak ze sobą rozmawiać, jak nie denerwować niepotrzebnie nawzajem itd. I jestem z tego bardzo dumna, jednak jest coś, co nie daje mi spokoju. A mianowicie jego była dziewczyna.
Historia sprzed potopu, nie mają już ze sobą prawie żadnego kontaktu, ale w jakichś szczegółach życia codziennego daje o sobie gdzieś znać co rusz. "Ich" piosenki, ulubione seriale, blebleble. Rzeczy, które można nazwać śmiało głupotami, o które nie należy się martwić. A jednak gdzieś w środku wierci mi to dziurę w brzuchu, że oni mieli coś takiego, co w ułamku sekundy może przenieść ich do ich wspólnych wspomnień. A my nie mamy nic. Zupełnie. Czasem nachodzą mnie głupie myśli, że gdybyśmy się rozstali, to nie byłoby niczego, co mogłoby mu o mnie przypominać, tak jak o niej.
Pisząc to wyznanie zdaję sobie w pełni sprawę jak absurdalnie to brzmi, ale zwyczajnie czuję się zazdrosna, smutna i podłamana. I nie wiem co zrobić :(
Jestem komunikatywną, atrakcyjną, szczupłą, długowłosą i długonogą blondynką. Mam trzydzieści parę lat i od roku jestem pracownikiem biurowym w dużej firmie. Pracuje tam też o 6 lat starszy ode mnie M. Nie jest to typ klasycznego przystojniaka. Jest szczuplutki, niewysoki, lekko przygarbiony, siwieje, ma zakola, wiecznie podkrążone oczy i duży, asymetryczny nos. Wiem, że mało kto go lubi, obiady zawsze jadał sam i rzadko ktokolwiek rozmawiał z nim dla przyjemności. A mi od początku ten właśnie mężczyzna straszliwie zawrócił w głowie. Tak bardzo mi się spodobał, że często przyciągał mój wzrok i patrzyłam na niego nawet mimowolnie.
W pewnym momencie chyba to zauważył, bo zaczął odwzajemniać moje spojrzenia i szukać mnie wzrokiem. Czasem zdarzało się nam porozmawiać w sprawach służbowych, a wtedy widziałam, jak ukradkiem na mnie zerkał. W końcu przypadkiem okazało się, że mamy sporo wspólnych tematów i bardzo dobrze nam się rozmawia. Zaprosił mnie w końcu do kina na film, który oboje chcieliśmy obejrzeć. Szybko zakochaliśmy się w sobie jak wariaci. Uwielbiam jego twarz i każdy skrawek jego ciała, jego spokój i zrównoważenie, jego ciepły, niski głos. A przede wszystkim jest doskonałym, mądrym rozmówcą i kocham spędzać z nim czas. Znam i akceptuję jego historię, a on poznał i zaakceptował moją. Jest dla mnie idealny, zupełnie inny od moich byłych partnerów.
Irytują i zniesmaczają mnie tylko znajomi z pracy, którzy na wieść o "nas" zaczęli przeprowadzać ze mną dziwne rozmowy w stylu "ogarnij się, przecież on nie jest z twojej ligi" (heee??), "marnujesz sobie życie" i tym podobne chore teksty. Skończyło się na tym, że przestałam rozmawiać z częścią osób po tym, jak powiedziałam im, że są płytcy i puści i nakazałam odwalenia się od mojego życia prywatnego.
Jestem bardzo szczęśliwa z moim M, ale jednocześnie zdruzgotana tym, jacy ludzie mogą być okropni. Nie myślałam, że kiedykolwiek zetknę się z takim zachowaniem. Najgorsze jest to, że M część rzeczy również słyszał i choć nic nie mówił, to wiem, że jest mu przykro. Nie chcę, żeby kiedykolwiek cierpiał, szczególnie przez takich idiotów. Boję się, że takie coś może negatywnie wpłynąć na mój związek, a naprawdę robi się z tego coś poważnego. Trzeba poważnie i intensywnie zacząć szukać innej pracy i odciąć się od tego toksycznego towarzystwa. Życzcie nam szczęścia!
Miałem operację kolana. Wiadomo, narkoza czy jakieś tam znieczulenia (nie znam się na tym).
Ważny jest fakt, że długo nie miałem czucia od pasa w dół, a jeszcze dłużej miałem problem z wysikaniem się. Kaczka w łóżku, pomóc taty i przejście do łazienki, nic. Było tak przez 2 dni, aż chcieli założyć cewnik.
Pamiętam jak wszyscy mówili, że mam sikać, że się nie bać. Tak mi to weszło w głowę, że miałem sny, podczas których rzesze ludzi, pielęgniarki itd. namawiały mnie na jedyneczkę.
Pewnej nocy, rok po operacji, mając 17 lat, będąc w objęciach Morfeusza powiedziałem "niech Wam będzie" i zsikałem się w łóżko.
Nikt nie wie, że to się stało.
Nikt nie wie, że czasem, po 8 latach, zdarza się taki sen. Robię wtedy wszystko, żeby się od razu obudzić, bo wiem, że mogę ich posłuchać...
Dodaj anonimowe wyznanie