#3kAI5

Jeszcze za dzieciaka mieszkałem z rodzicami i 12 lat starszą siostrą na blokowisku. Była to dosyć kiepska dzielnica, pomimo faktu iż rodzice byli wysoko ustawieni - dwoje rozwodników zaczynających od zera, nowe, wspólne życie po 40.

Normą były wisielce w piwnicy, kradzieże lub pobicia na „dzielni”.
Po sąsiedzku mieszkała pewna rodzina: kobieta wariatka, facet okrutny pijak i troje dzieciaków. Bywały sytuacje w których dzieciaki przychodziły do nas prosząc chociażby o suchą bułkę czy coś do picia. Ich ojczulek był brutalnym człowiekiem..

Kilkukrotnie podczas naszej nieobecności włamywał się do naszego mieszkania przez otwarte okno lub nawet zamknięty balkon i kradł pieniądze lub sprzęty elektroniczne, nieraz w napadach agresji groził mojej rodzicielce nożem. Ten sam człowiek również zabił z zimną krwią psa na klatce schodowej. Dwoje jego dzieci siedzi w więzieniu, w tym jedno za morderstwo, a najmłodszy syn - mój rówieśnik wraz z matką w psychiatryku.

Mieszkaliśmy tam krótko, ale intensywnie zapamiętałem wydarzenia, które miały miejsce w tym przeklętym bloku. Do dziś dokładnie sprawdzam drzwi, nigdy podczas mojej nieobecności nie zostawiam otwartych okien pomimo, ze mieszkam w prywatnym domu, który jest strzeżony przez firmę ochroniarską i wokoło obtoczony kamerami.

#gktLF

W wyniku urazu (nie będę się rozpisywać jakiego) w wieku nastoletnim straciłam wzrok. Do moich źrenic docierało słabe światło, więc zazwyczaj rozróżniałam, czy jest dzień czy noc, ale nic poza tym. Dzięki wspaniałym osobom, które mnie otaczały dałam sobie w życiu radę. Co więcej, znalazłam swoją miłość - jak się okazało na tyle wielką, by zostać czyjąś żoną.

Kilka miesięcy temu dowiedziałam się o pewnym ośrodku, w którym ludzie tacy jak ja odzyskiwali wzrok. Operacja odbyła się jakiś czas temu. Była bardzo skomplikowana, rokowania w granicach 50-60% i udało się... Po raz pierwszy od prawie dwudziestu lat zobaczyłam światło, kolory, obrazy, kształty. Uczucie nie do opisania. Pierwszy raz też widziałam "na własne oczy" męża.

Pierwsze słowa jakie powiedziałam: "O Boże, ty na prawdę jesteś rudy, nie żartowaliście". Rozpłakał się.

#iW2L1

Czy wam też, czasem zdarza się nie sprawdzić kieszeni spodni, zanim wrzucicie je do prania? Można sobie narobić więcej robot. Sprawa może się skomplikować, kiedy w kieszeni spodni nosicie swój imienny bilet do piekła. 

A więc od początku. Ostatnio zachorowałem. Po wykluczeniu poważnych przyczyn (nowotwory), lekarze zdali się rozłożyć ręce. "Poczekamy 2 miesiące i zobaczymy czy Panu przejdzie". Nie będę ukrywać, że trochę się uspokoiłem kiedy wiedziałem, że mam jeszcze trochę czasu na tym świecie. Jednak po pewnym czasie ciekawość zdała się wziąć górę.

Trochę naiwnie postanowiłem spróbować swoich sił w diagnostyce. Studiuje na kierunku medycznym, trochę poczytałem i miałem kilka typów, co właściwie może mi dolegać.

Którejś nocy, nie mogłem spać. Przegrzebałem internet i znalazłem laboratorium, które wykonuje testy prywatnie, bez skierowania, za niewielką sumkę. Zapłaciłem, zrobiłem testy.

Następnego dnia, wróciłem na wieś odwiedzić swoich rodziców. Przyjechałem na parę dni i akurat trafiłem na dzień kiedy moja mama robiła pranie. "Jak masz coś do prania, to daj, zdąży wyschnąć do niedzieli". Tak też zrobiłem. Szkoda tylko, że nie wyjąłem pokwitowania, za badanie na kiłę. 
Ps. Wynik wyszedł ujemny.

#5J5P8

Anonimowe właśnie uratowało mi życie.

Wróciłam do domu mając nadzieję, że ten dzień nie może być gorszy. Usiadłam na łóżku i zaczęłam przeglądać stronę, gdy jedna z liter postanowiła przespacerować się po ekranie. Pierwsza myśl: kleszcz. Trzask tępym narzędziem, zwłoki pod lupę, diagnoza: kleszcz. Przegląd mojego ciała. Stan: kleszcz nad kostką. Wycieczka na SOR i pół godziny później już spokój.

Dziękuję autorom strony za jasne tło wyznań.

#rAkGW

Mieszkam w domku jednorodzinnym, a w salonie mam bardzo duże okno z widokiem na ogród. Dodatkowo można znaleźć tez tam sofę, na której od czasu do czasu którykolwiek z domowników lubi się przespać.

Był zimowy wieczór, cała rodzinka porozchodziła się do swoich pokoi, a ja położyłam się na dole z myślą zobaczenia jakiegoś serialu. Zasnęłam wcześniej niż się spodziewałam i nie zasłoniłam tego wspomnianego wcześniej okna. Noc miałam jakąś niespokojną, cały czas się coś wyrywało mnie ze snu, aby po chwili znowu zasnąć.

Rano tata obudził mnie i powiedział, ze ktoś chodził w nocy po ogródku. Ten człowiek po prostu przeskoczył przez płot, podszedł do jednego z naszych aut stojących przed garażem (zostawiliśmy je tam, bo nie było już miejsca w nim na kolejne) i odśnieżył szyby tak, żeby widzieć co jest w środku. Wiedzieliśmy to po świeżych śladach na śniegu, których na pewno nie zrobił nikt z nas.

Jednak przecież nic się nie stało, gościu nic nie ukradł, ani nie zniszczył.
Ale on perfidnie okrążając dom za każdym razem zatrzymywał się przy oknie i patrzył jak śpię. (Ślady butów zwrócone w stronę okna).
Już nigdy nie spałam na dole, jakoś tak przeszła mi ochota, a jak o tym myślę to mam ciary.

#u0y0O

Napisałem tu kilka wyznań, takich historyjek z życia. Jedne były do śmiechu, inne do hejtu, jeszcze inne do kosza. Teraz coś, co zmieniło moje życie.

Jako dziecko nie byłem "towarzyski". Nie umiałem nawiązać kontaktu z rówieśnikami, nikt nie chciał zadawać się ze mną. Nie przeszkadzało mi to za bardzo, bo zawsze byłem introwertykiem, choć długo nie umiałem tej przypadłości nazwać.

Jak miałem ze dwadzieścia lat, zaczęło mnie to nieco zastanawiać, że takie buce z mojego otoczenia potrafią się z kimś spotkać, zabawić, a ja nie. Któregoś dnia przeglądałem zdjęcia ze ślubu i wesela kuzyna. Wtedy zobaczyłem siebie w różnych sytuacjach - jedzącego, pijącego, gadającego z kimś, stojącego gdzieś - i dostrzegłem jedną wspólną cechę - wszyscy tam byli radośni, uśmiechnięci, pełni życia, a ja wyglądałem, jakby mnie tam ktoś fotoszopem dopisał - smutny, zamyślony, gapiący się ch*uj wie gdzie, jakby zły na wszystko i wszystkich.

Zacząłem od ćwiczenia przed lustrem - uśmiechu, rozmowy z patrzeniem w oczy, mimiki twarzy, żeby bez słów wyrażać emocje słuchając rozmówcy. To była ciężka praca dla takiego "gbura" jak ja, ale efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania.

Nie, nie zacząłem "zaliczać", bo jakoś mnie to nigdy nie interesowało jako sport, ale w końcu odnalazłem się wśród ludzi.

#H8Ljv

Jestem już 60-kilogramowym chłopakiem, mam 25 lat i... straciłem 45 kg!

Zaczęło się od tego, że postanowiłem w końcu znaleźć sobie drugą połówkę. Po szybkim spojrzeniu w lustro wielkości małej ciężarówki, stwierdziłem, że czas na siłownię, dietę i wszystko inne. Po 4 tygodniach straciłem 4 kg. Not bad, not bad. Wtedy stwierdziłem że powinienem przebadać tarczycę, bo może jeszcze poza McDonald'sem, KFC i Burger Kingiem, mam problem z jakimś hormonem. I... nie mam!
Za to ma raka. A pozostałe 40 kg straciłem podczas "leczenia", czyli rozwalania organizmu chemią i napromieniowaniem (niezły żart leczyć czymś, co dosłownie ZABIJA, ale lek na raka się nie opłaca). No ale jestem szczupły jak nigdy, trochę blady. mało owłosiony, ale szczupły, i w dodatku mam 181 cm wzrostu, więc....

Chyba założę Tindera albo coś, bo w sumie to nie mam pojęcia jak długo jeszcze pociągnę.
Głowy do góry, życie to tylko życie, przecież jakoś skończyć się musi.
So Shit Happens ;)

#vt8G8

Zacznijmy od tego, że mam w domu wilka. Takiego najprawdziwszego, wziętego prosto z lasu.

Gdy go dostałem miałem mniej więcej 11 albo 12 lat, a przyniósł go dla mnie specjalnie daleki wujek myśliwy. Po prostu znalazł norę i stwierdził, że szczeniak będzie fajnym prezentem na urodziny, które miałem akurat gdzieś blisko mieć.

Wiem jak to brzmi i wiem też, że nie jest to w żadnym wypadku dobra rzecz, ale pochodzę z kompletnej wsi, gdzie do dzisiaj nie używają komputerów, a do zwierząt podchodzi się w sposób czysto materialny. Poza tym, byłem też wtedy dzieckiem i nie myślałem o tym, że może to być coś złego, albo nielegalnego. Byłem szczęśliwy, że mogę mieć swoje własne zwierzątko.

Moi rodzice mieli to gdzieś, zazwyczaj uwagi poświęcali mi tyle co nic. Jednocześnie mięliśmy wiele zwierząt gospodarskich i uznali po prostu, że gdy zwierz dorośnie, będzie robił za stróża, zwłaszcza, że po wsi często kręciły się bezpańskie psy i zagryzały świnie czy kury.

A teraz historia właściwa. Było to lato, mniej więcej 13 może 14 lat temu. Ja sam miałem wtedy gdzieś 13 lat. Mój pupil był wtedy jeszcze nie do końca dorosły, bo o ile teraz jest naprawdę ogromny, wtedy przypominał jedynie nie tak dużego owczarka.

Często wychodziłem z nim na spacery wokół terenu "farmy" rodziców. Niespecjalnie mnie pilnowali, nikogo nie obchodziło czy się szlajam, a nawet gdyby miało mi się coś stać, to przecież był ze mną wilk aby mnie obronić.

Było późne popołudnie, a ja z jakiegoś powodu zamiast skierować się tam gdzie zazwyczaj (i gdzie w razie czego każdy by mnie szukał) polazłem kompletnie w inną stronę, polną drogą prowadzącą "na dzicz" do drugiej wsi.

Trafiłem w miejsce gdzie na granicy lasu stał stary, niedokończony dom. Po prostu zacząłem się tam bawić.

W pewnym momencie pojawili się dwaj chłopcy mniej więcej w moim wieku. Zaczęli mnie wyzywać, mówić, że to "ich miejsce", rzucać we mnie i w wilka butelkami i kamieniami, które leżały wszędzie dookoła, na początku kłóciłem się z nimi, ale w końcu się poddałem i chciałem odejść. Wtedy podeszli do mnie bardzo blisko i wyciągnęli nóż.

Dalej potoczyło się bardzo szybko. Wilk szarpnął się ze smyczy, nie byłem w stanie go utrzymać, a potem zagryzł ich na moich oczach. Pamiętam, że po wszystkim wrócił do mnie, merdając ogonem i jakby oczekując na pochwałę.

Nie myśląc nic zaciągnąłem go do najbliższej rzeczki i dokładnie zmyłem ślady jego winy. Byłem przerażony, że gdyby ktoś się dowiedział to chcieliby go zestrzelić.

Wróciłem do domu i nie powiedziałem nic nikomu. Wszyscy myśleli, że bawiłem się tam gdzie zawsze.

Kilka dni później po wsiach rozeszła się wieść o chłopcach zagryzionych przez zdziczałe psy. Nikt nie wie co naprawdę się wydarzyło, a wilk, choć już stary, do teraz śpi w nogach łóżka mojego i moich dzieci.

#OwHOl

Boicie się pająków, pszczół i tego typu rzeczy?


To wyobraźcie sobie jak to jest bać się jeść i pić. Mam 23 lata i panicznie boję się zadławienia...

Dziennie wypijam na siłę około 200ml czegokolwiek, żeby tylko zostać przy życiu.
Z jedzeniem jest na szczęście nieco lepiej.
Od kilku lat chodzę do dwóch psychologów i jestem na lekach.
Straciłam wiarę, że kiedykolwiek „wyzdrowieję”.
Dodaj anonimowe wyznanie