Ostatnio pojawia się coraz więcej wyznań w tym temacie, dorzucę więc coś od siebie. Może ktoś pomoże mi to ogarnąć...
Na studiach poznałam parę nowych osób, w tym Gosię (tak, imię zmienione). Dziewczyna w porządku, choć trochę cicha, chętniej siedząca w książkach niż między znajomymi. Niemniej była z niej naprawdę fajna koleżanka - jeśli trzeba było pożyczyć notatek, wytłumaczyć trudniejszy materiał lub coś w tym rodzaju, na Gochę zawsze można było liczyć. Na ile mogłam, rewanżowałam jej się tym samym. Tak jakoś wyszło, że z biegiem czasu, powoli, zaprzyjaźniłyśmy się.
Studia mijały, przyszła zimowa sesja na ostatnim roku. Jako że i Gosi, i mi poszło naprawdę dobrze, zaproponowałam jej babski wieczór - popcorn, dużo wina, kilka ckliwych komedii jako uczczenie naszego sukcesu. Zgodziła się, czas upływał nam naprawdę fajnie. I nagle w przerwie między jednym filmem a drugim ona wypaliła, że już tak dłużej nie może, ale od dwóch lat męczy się i w końcu musi coś z tym zrobić. Po czym... wyznała, że mnie kocha, i to tak, jak nikogo nigdy. Szczęka mi wtedy kompletnie opadła, byłam w szoku. Mnie moja własna płeć nigdy nie pociągała, a i ze strony Gośki nigdy nie zauważyłam jakichś sygnałów... Na ile spokojnie byłam w stanie, powiedziałam jej, że mi przykro, ale nic z tego. Najpierw się rozpłakała, przepraszała mnie i prosiła o szansę, bo może coś z tego będzie? Próbowałam jej tłumaczyć, że o ile przeciwko homoseksualistom nic nie mam i spokojnie mogę zaakceptować orientację Gosi... No właśnie, nie dokończyłam, bo wtedy z płaczu przeszła do krzyku. Że jak to, toleruję? Że przecież toleruje się rzeczy nienormalne, a homoseksualizm jest bardziej naturalny niż "taki pieprzony homofob" jak ja. I dalej w tym duchu... Wyprosiłam ją, było ciężko, bo nie chciała się wynieść.
Niedługo potem na uczelni rozeszła się wieść, że jestem zagorzałym przeciwnikiem wszystkich nie hetero i, o ironio, dużo ludzi to łyknęło. Próbowałam z tym walczyć, ale to tylko pogarszało sytuację. Gośka wyszła z szafy oficjalnie, ja zaś miałam stać się w opinii publicznej jej nemezis. Ona zyskała współczucie i poparcie, mi były anonimowo wykręcane numery na miarę nierozgarniętej podstawówki. Gdyby to potrwało dłużej, niż te ostatnie pół roku, nie wiem czy bym to zniosła. Z Gośką nie dało się sprawy załatwić, nawet wykładowcy patrzyli na mnie krzywo.
Zastanawiam się czy to aby normalne? Czy faktycznie można zniszczyć kogoś, kogo ponoć się kocha, bo ten powiedział "nie"?
Nie jestem wierząca, ale chodzę do kilku różnych kościołów, żeby popatrzeć na młodych księży. Inni mężczyźni w żaden sposób nie są tak pociągający. Właściwie już w dzieciństwie jakoś dziwnie fascynowali mnie panowie w sutannach.
Potem, gdy dorastałam, zaczęłam o nich fantazjować i tak zostało do dziś. Nigdy z żadnym nawet nie porozmawiałam, bo to nie miałoby sensu. Nie mam zamiaru nikomu mieszać w życiu. Tak tylko sobie marzę i chyba wcale nie jestem lepsza od typowych oblechów z wąsem.
Cierpię na dziwną przypadłość i szczerze mówiąc, to nawet ciężko jest mi to opisać...
Jestem kobietą z natury kochliwą. Bardzo rzadko zdarza się, żeby ktoś mi się akurat nie podobał, zawsze jest jakiś facet/chłopak bądź jakaś dziewczyna. Moim zdecydowanie ulubionym zajęciem jest fantazjowanie, zarówno o osobach, które znam, jak i o członkach zespołów, aktorach lub o innych ludziach, do których nie mam dostępu. Wyobrażam sobie najrozmaitsze erotyczne scenariusze, z dziesiątkami osób, średnio co kilka dni/tygodni jest to z udziałem innej osoby (przysięgam, gdybym to kiedyś spisała, powstałoby kilkanaście lub kilkadziesiąt książek romantyczno-pornograficznych). Często masturbując się wyobrażam sobie nawet, że ktoś mnie gwałci, BDSM i te sprawy. Przy okazji warto wspomnieć, że z powodu swojej wybredności w prawdziwym życiu jestem dziewicą i każdy stwierdziłby, że jak nikt inny marzę o tym, żeby mnie ktoś przeleciał.
No właśnie, nie do końca. W czym jest problem? Jestem nimfomanką, ale tylko w myślach. Każda osoba, z jaką miałam jakikolwiek kontakt fizyczno-seksualny zaczyna mnie obrzydzać. Kolesie, z którymi się spotykałam? BLE. Nawet zauważyłam, że jeśli ktoś mi się aktualnie podoba i normalnie układam z jego udziałem pikantne scenariusze, to gdy patrzę na niego na żywo, nie byłabym w stanie go nawet dotknąć, a przecież godzinami o tym marzyłam! Od razu uprzedzam, że nie wchodzi w grę jakaś moja nieśmiałość, to mnie po prostu, najnormalniej w świecie, obrzydza.
Trochę nie wiem co mam robić, bo niby marzę o związku, ale już sama nie jestem niczego pewna, bo ludzie kręcą mnie tylko w mojej głowie...
Gdy byłam małą dziewczynką, kiedy mój wiek składał się jeszcze z jednej cyfry, moi rodzice mieli gospodarstwo rolne. Mieliśmy bardzo dużo krzewów i drzew owocowych.
Posiadam dwie starsze siostry, które ułożyły już sobie życie w miastach oddalonych od mojej wioski o kilkaset kilometrów, więc nie przyjeżdżały często, a szczególnie w lecie, kiedy tych owoców do zerwania było okropnie dużo. Chcąc nie chcąc zostałam sama z rodzicami. W czerwcu i lipcu kwitła malina, której mieliśmy najwięcej ze wszystkich owoców. Oczywiście głównie zbiory szły na handel. Bardzo nie chciałam siedzieć w polu w upale, gdy prawie mdlałam, a skóra schodziła mi garściami po takich "wakacjach".
Wymyśliłam plan, który właściwie się nie do końca udał. Gdy ta malina kwitła, obrywałam jej kwiatki i niedojrzałe owoce. Zawsze było jej tak samo dużo. No nie wyszło, ale nigdy rodzicom tego nie powiem.
Jestem kimś kto dla większości z was albo wydałby się nudny, albo wyglądałby na wariata czy psychola.
Jestem osobą cierpiącą na znieczulicę, nie umiem wyrażać uczuć, a raczej ich niestety nie mam, nie cieszę się, nie smucę - nic, null, zero.
Nie kochałem rodziców, nie płakałem jako dziecko, nie byłem zauroczony w
żadnej dziewczynie. Nie mam planów, marzeń i celów w życiu. To bardzo smutne, i choć nie rozumiem tego, to wiem, że jestem inny niż niemal wszyscy ludzie. Nie bawi mnie nic, nie rozkoszuje mnie natura, sztuka, muzyka. Nie mam poczucia estetyki. Może życie jest strasznie szare. Trochę mnie to dobija, choć nie tak bardzo jak innych w tej sytuacji. Moje życie jest takie, bo tak je urządziłem, a raczej nie mam wyboru inaczej tego zrobić. Niepotrzebni mi bliscy, czy dobra materialne. W sumie nic mi nie potrzebne.
Mam nawet niezłą pracę, zarabiam sporo - mam własny dom z ogrodem, w którym mieszkam sam i nie przyjmuję raczej gości. Niby fajnie, ale ogród jest pusty, a staw (był w pakiecie) bez wody. Zwykła goła ziemia bez niczego, kwiatów i trawy się pozbyłem - łatwiej to upilnować niż sadzić rośliny, kosić trawę czy wymieniać wodę w stawie, nie mówiąc już o rybkach czy posiadaniu drewnianej huśtawki, która gnije sobie, bo co z nią zrobię? Tak samo grill, bo nie mam kogo zaprosić, a i nie lubię czegokolwiek robić. Mój ogród wymaga zero pracy, ale ja nie czerpię przyjemności z takich rzeczy, więc po co miałbym cokolwiek robić?
Dom jest nie lepszy, niby 160 metrów własnego lokum, ale wnętrze jest niemal puste. Nie mam potrzeb. Łącznie mam w domu 4 krzesła, dwa stoły, kuchenkę, lodówkę, 2 blaty, łóżko, komodę i dwie szafy. Nie ma dywanów, roślin, zwierząt, radia, telewizora, zasłon ani setek szpargałów jakie są u innych. Pustka... Istny minimalizm. Nie chodzi o pieniądze, nie - mógłbym sobie wszystko urządzić na spokojnie jak tylko chcę, pieniędzy mam tyle, że leżą na koncie, bo poza rachunkami, jedzeniem i ubraniami nie kupuję nic. Nie jeżdżę na wakacje, nie wychodzę z domu, nie mam nikogo. Poza pracą i sklepem raz na tydzień, nie wychodzę. No czasem na świeże powietrze na spacer.
Ale nic innego mnie nie rusza. Nie boję się, nie czuję bólu psychicznego, fizyczny tak, ale tylko dlatego, że to receptory tak działają. Nie mam odrazy, rozkładające się zwłoki to dla mnie nic. A mam z nimi do czynienia w pracy często. Taki zawód. Pewnie dlatego, że nie rusza mnie ani mój ból ani innych. Ludzie mogliby umierać metr obok mnie, a dla mnie to zero nerwów czy stresu. Nie jestem psychopatą. Nie sprawia mi to radości, ale też nie obchodzi. Wszystko ma dla mnie ten sam odcień. Struganie ołówka rusza mnie tak samo jak czyiś zgon czy kawałek metalu wbity w moją rękę.
To jest mój problem. Nie jestem jak osoby z depresją, nie wystarczy mi wyjść do ludzi, bo nie to jest problemem.
Nienawidzę swojego dziecka.
Jest niechcianym dzieckiem, jej ojciec zniknął bez śladu i ma nas w poważaniu, choć jakieś alimenty płaci.
Ja zarabiam nieźle, mam pomoc od swoich rodziców.
Dzieckiem zajmuję się najlepiej jak potrafię, dbam, bawię się, czytam na dobranoc. Czasem tylko wyjeżdżam sama na weekend aby odpocząć. Wieczorami płaczę i zaczynam pić.
Czuję tak ogromny żal za to, że macierzyństwo skreśliło wszystkie moje plany i marzenia... że nie mogę nawet wyjść po pracy na spacer, nie mogę ćwiczyć, nie mogę podróżować, nie mogę się rozwijać, bo jestem uwiązana przez to dziecko. Jestem ładną, mądrą, młodą kobietą. Chciałabym jeszcze stworzyć związek, wiem ile mam do dania. Jednak każdy, gdy dowie się że mam dziecko, wycofuje się. W końcu może znaleźć kobietę i bez takich komplikacji. Czuje się mega sama.
Dziecku nie raz życzę śmierci, coraz częściej na głos. Coraz częściej nie mam ochoty nawet na nie patrzeć, odpowiadać.
Żałuję każdego dnia, że się pojawiło. Żal mi swojej głupoty i swojego życia. Choć wiem, że ono nie jest winne, udaję troskę... nie daję już rady. Myślę aby to dziecko oddać i wyjechać za granicę. Nie chcę krzywdzić, ale wypalam i siebie i tę istotę, może lepiej ją oddać...
Boje się, że w tym stanie będę musiała przeżyć jeszcze wiele lat, nim ono się usamodzielni. Stracę szansę na miłość, na rozwój. Czuję, że coś jest ze mną nie tak. W końcu matka powinna się cieszyć i kochać. A ja nie potrafię.
Ludzie, myślcie, zanim się zdecydujecie, gdy nie jesteście pewni... ja nie mogę tego udźwignąć.
Myślę, że nikt nie domyśla się w jakim jestem stanie. Jak powiedzieć, że tak bardzo żałuję, że je urodziłam, niezmiennie od kilku lat? Myślę, że jest takich mam więcej. Chwalonych, że świetnie sobie radzą, a w środku rozsypka... macierzyństwo sucks.
Rzecz o niedźwiedziej przysłudze.
Jakiś czas temu odszedł ode mnie mąż. Zostałam z 2-letnim brzdącem. Odkrył, że "jednak nie tego w życiu chce" i poszedł się realizować, zupełnym przypadkiem, do sporo młodszej koleżanki z pracy.
Zdarza się. Nie ja pierwsza i nie ostatnia.
Oczywiście, nie od razu doszłam do takiego wniosku. Najpierw sporo przepłakałam. Szczerze mówiąc zawalił mi się świat.
I wtedy na randkę zaprosił mnie przyjaciel mojego szwagra. Nazwijmy go Maks.
Facet przystojny, elokwentny i dowcipny. W ramach rekompensaty zaprosiłam go na kawę. Potem kino, obiad, a nawet wspólne wyjście na miejski festyn z synkiem.
Niebo nade mną rozjaśniało. Zaczęłam się naprawdę angażować w nową znajomość.
I tu zonk.
Po jednym z wyjść kontakt się urwał. Postanowiłam zadzwonić.
W końcu duża ze mnie dziewczynka i chciałam się dowiedzieć na czym stoję.
Maks nieco skrępowany, powiedział, w skrócie, że "to" za daleko zabrnęło. Mój szwagier poprosił go tylko, żeby zabrał mnie na jedną czy dwie kawy, żebym wyszła z dołka po rozstaniu. Maks wyjaśnił mi, że nie miał zamiaru się angażować i traktował to jako "przyjacielską przysługę" .
A tak w ogóle, to jest kobieta, na której mu zależy. Spotykał się z nią równocześnie co ze mną.
Tak że... super plan szwagra sprawił, że zostałam porzucona po raz kolejny, a moje poczucie wartości sięgnęło poniżej zera.
Na długo daruję sobie kolejne randki.
Mój penis znika. Nie to nie fakt, tylko moje złudzenia, ale to przekonanie jest tak silne jak nic innego.
W stanie spoczynku wygląda okropnie (6 cm x 10cm), w stanie erekcji jest jeszcze gorzej (16.2cm x 17cm)... Długo żyłem z przekonaniem, że inne penisy są większe, grubsze, dłuższe, bardziej męskie itp.... Poszedłem do urologa, który jednoznacznie stwierdził, że wszystko jest w normie i mam po prostu żyć. Lekarz medycyny estetycznej, stwierdził że nie ma co robić, a mój penis przecież z tygodnia na tydzień był mniejszy i mniejszy.... O tym że to mój debilny umysł, nie uświadomił mnie okulista tylko psycholog...
Wyobraźcie sobie, że codziennie żyjecie z przekonaniem że wasz członek w końcu będzie wielkości fistaszka... Długo się z tym męczyłem, przeglądałem zdjęcia innych członków, robiłem zdjęcia swojemu, mierzyłem codziennie... Mózg to nie tylko przyjaciel.... Potrafi być wredny.
Wiem, że to nie jest spotykany temat ani może zbytnio ciekawy, ale dosłownie NIKT nie wiedział o moim zaburzeniu aż do teraz (poza lekarzami).
Mój mąż nie ma pojęcia, że dorabiam sobie sprzedając w internecie używaną bieliznę. Nigdy się do tego nie przyznam, bo po pierwsze byłoby mi wstyd, a po drugie – nie chciałabym zrezygnować z tak dochodowego źródła!
Kupuję bieliznę za 15-40 zł, a jedenastu stałych klientów, których nigdy nie widziałam na oczy, płacą za nie 500 do 2000 złotych. Te po dniu na siłowni są droższe i chętniej kupowane.
Mąż nie domyśla się, skąd mam tyle pieniędzy pracując na kasie w jednej z wielu sieciówek, gdyż kupując markowe ciuchy, bez trudu przekonuję go, że są z promocji lub lumpeksów. Nie narzeka też, gdy dostaje ode mnie droższe prezenty i nie dopytuje. Dzięki temu nie mam wyrzutów sumienia.
Nie rozumiem tych facetów i brzydzę się tymi, którzy kupują za takie pieniądze używane majciochy, ale pieniądzem nie gardzę.
Nie umiem "napić się" wody.
Chodzi po prostu o to, że zwykła woda nie zaspokaja mojego pragnienia. Dla przykładu - wezmę dwa duże łyki soku/mrożonej herbaty/jakiegoś smakowego tworu to już mi się, że tak powiem nie chce więcej. Czuję, że wypiłam tyle, by no, nie chciało mi się już pić. Tymczasem z wodą to mogę pić niewyobrażalne ilości i dalej czuję się nienapita. Moim rekordem były 2 i pół butelki (1,5l), kiedy chciałam właśnie sprawdzić czy moje pragnienie ma koniec. Podczas picia miałam tylko kilkusekundowe przerwy i jedną na kibelek. Po tej ilości dalej czułam, że chce jeszcze pić.
No oczywiście byłam z tym u lekarza - jestem zdrowa. Badania w kierunku cukrzycy, tarczycy, trochę myślenia również w kierunku np. boreliozy (bo czasami daje dziwne objawy), skan całego ciała rezonansem i nic.
Próbowałam też różnych wód - mineralne, kranowa, źródlana, filtrowana - nie ma zupełnie różnicy.
Staram się nie pić samych napoi z dodatkami, ale to trochę trudne jak pragnienie jak było tak jest. Nie wiem skąd u mnie taka przypadłość, w rodzinie nikt podobnie nie ma.
Może nie historia o kupie, ale chciałam się podzielić dosyć niecodziennym problemem.
Dodaj anonimowe wyznanie