Pracuję w organizacji pożytku publicznego, a dodatkowo wykorzystuję swoją wiedzę o szeroko pojętym finansowaniu i pozyskiwaniu funduszy i wspieram różnego rodzaju instytucje w poszukiwaniu finansów do realizacji projektów. Wciąż piszę jakieś projekty, przeglądam konkursy, składam oferty, często po nocach, gdy dzieci śpią i nie marudzą.
Ostatnio pro bono pomagam lokalnemu schronisku dla zwierząt zdobyć trochę funduszy na modernizację w nadchodzącym roku. Składałam wniosek elektronicznie, nad ranem. Wszystko ładnie przeszło, a ja zasnęłam na laptopie. Dopiero rano, gdy drukowałam całość, spostrzegam, że jako załącznik dodałam plik z innego projektu, przygotowanego dla PCPR-u, więc zamiast uzasadnić, dlaczego pieskom potrzebne są nowe budy, uzasadniłam, dlaczego potrzebne im jest dofinansowanie karnetów na basen i vouchery do kina.
Po nowym roku czeka mnie złożenie korekty. Może chociaż jakiś urzędnik uśmieje się, czytając wniosek. W fundacji chyba do popełnienia takiego bubla się nie przyznam ;)
Rzecz działa się gdzieś między 5 a 6 klasą podstawówki. Tak jak i w sumie teraz, tak i wtedy były to czasy, kiedy po pytaniu: „Czy mogę do toalety?” odpowiedź padała zwykle taka sama bądź zbliżona, czyli: „Przecież przed chwilą była przerwa”.
Zazwyczaj przed wyjściem do szkoły starałem się wydobyć z siebie wszystko w domu, ale czasem jak się zachciało w trakcie lekcji, to starałem się trzymać do końca, ponieważ fakt, iż byłem nieco wstydliwy, utrudniał mi zapytanie, czy mogę wyjść. Oczywiście nauczyciele puszczali, ale cóż... Trzymałem się twardo swojego wstydu. A na przerwach jak na złość potrzeby skorzystania z WC nie było.
Pech jednak chciał, że raz mi się zachciało. I to porządnie. Dwójeczkę.
Sądziłem, iż wytrzymam, choć minęło dopiero może z 10 minut lekcji. Wierciłem się nieco, ale starałem się też nie zwracać zbytnio na siebie uwagi. Niestety jak się okazało, zwieracze dały za wygraną i cieplutki, nieco miękki klocuszek wpadł z impetem prosto w moje majtasy. Jasne spodnie tego dnia również nie dawały mi powodu do uśmiechu, bo z tych nerwów spociłem się na tyle, żeby starczyło, aby na tyłku ukształtowała się wielka mokra plama. Skupienie na lekcji szybko uleciało, gdyż grzana kupa między moim tyłkiem a krzesłem zaczęła, krótko mówiąc, brzydko pachnieć. „Zapach” ten ulotnił się i grupka uczniów w klasie zaczęła coś wyczuwać i rozglądać się wokół. No to ja razem z nimi, aby podejrzenia od siebie odwrócić.
Kolejną niespodzianką było to, iż po jakichś 20 minutach trwania lekcji mieliśmy gdzieś wyjść, jak się potem okazało, na jakiś spacer do lasu czy coś takiego. Pani kazała ustawić się w dwójki i stanąć przy drzwiach. No to ja wstaję, bluzę naciągam na tyłek jak tylko się da i ruszam w szereg. Byłem blisko drzwi, chyba w trzeciej parze. Fetor kupy znów dał się we znaki. Śledztwo i szukanie winnego zostało kontynuowane. Padła nawet teoria, że to może tak walić przez dziurkę od klucza.
Mimo wszystko dzielnie i szczelnie ściskałem swoje pośladki, czego na szczęście nie było widać przez nieco wiszące spodnie, na których plama tak trochę uschła i przetrzymywałem lekko stwardniały już wytwór moich jelit. Pot na czole spływał mi do oczu, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Owa wcześniej wspomniana grupka doszukiwała się źródła. Ja oczywiście dalej z nimi; żartowaliśmy, śmialiśmy się itp., ale w myślach dziękowałem Bogu, że jakimś cudem nie wyczuli tego ode mnie.
Po spacerze wróciliśmy do szkoły po plecaki i to był koniec dnia szkolnego. Dnia, w którym zostawiłem po sobie smród i mokre od potu krzesło.
I ŻODYN DO TEJ PORY NIE WIE, ŻECH TO BYŁ JO. ŻODYN!
Jestem lekarzem od 10 lat. Dziś przyszedł do mnie pacjent ze swoimi kolejnymi wynikami z laboratorium. Kiedy po zapoznaniu się z jego objawami i wynikami badań przedstawiłem mu moją diagnozę, on ją stanowczo zakwestionował i zażądał kolejnej opinii. Dlaczego? Ano dlatego, że oglądał ostatnio serial medyczny i tam widział osobę z identycznymi objawami, ale nie miała tego, co on. Po czym wstał i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Założyłam dodatkowe konto na Instagramie, żeby podglądać byłą dziewczynę mojego ukochanego. Śledzę dzień w dzień jej aktywność, nawet po kilka razy na dzień. Czy aż tak bardzo ze mną źle?
Od dziecka, w każde wakacje, jeździliśmy rodzinnie do ciotki na tydzień albo dwa. Ciotka miała dwupiętrowy domek, gdzie mieszkała z mężem i córkami.
Miałam około 14-15 lat, gdy znowu tam pojechaliśmy. W tamte wakacje wiele czasu spędzał tam też chłopak mojej kuzynki, trochę starszej ode mnie. Chłopak był zadbany, opalony, miał ładnie zrobione włosy, obcisłe ubrania, ciągle się śmiał i do wszystkich był bardzo przystępny. Taki wiejski amant. Ale ja się go bałam. Gdy zwierzyłam się tacie, że nie chcę chodzić na górę domu (nasza rodzinka spała na parterze), bo ten chłopak jest jakiś taki straszny i się go boję, powiedział tylko: „To nie chodź tam”. No więc nie chodziłam. Wakacje spędzałam z moim aspołecznym tatą w pokoiku na dole, gdzie on grał w Heroes 3 na laptopie, a ja czytałam książki. Gdy szedł robić kawę, to robił mi herbatę. Wychodziłam tylko wtedy, gdy tego chłopaka nie było.
Pewnego razu usłyszałam, że ktoś wyszedł, ale nie byliśmy pewni kto. Chciałam iść po herbatę, ale nie byłam pewna, czy na tego typa nie trafię. Tato powiedział, żebym cicho poszła posłuchać, czy jest na górze, czy może jednak to on i kuzynka wyszli gdzieś na miasto. No więc poszłam. Zakradłam się po schodach, uchyliłam drzwi i słuchałam. Będzie jego śmiech czy nie będzie? Wyglądało na to, że są tam tylko matka z ciotką. Usłyszałam, jak ciotka pyta mojej matki... czy jest pewna, że tato ze mną nie sypia. Cały czas siedzimy tam w pokoju, herbatę mi robi i przynosi, a dzieckiem już nie jestem, że ja nic nie mówię praktycznie. A moja matka jej przytaknęła... Matka powiedziała, że nie jest pewna, ale to możliwe.
Przymknęłam drzwi i wróciłam na dół. Tata spytał o herbatę, ale powiedziałam, że w zasadzie to nie chce mi się pić i nie wiem, po co szłam ją zrobić. On wrócił do gry, a ja się położyłam. Nie wiedziałam, co o tym myśleć, ale matka nie poruszała tematu. Nie powiedziałam mu, co słyszałam, ani im, że słyszałam. Nie sądziłam, że ktoś może ze wszystkich wyjaśnień sytuacji wybrać sobie akurat ten.
Od tamtej pory są dla mnie obie zwyczajnie ohydne. Z matką unikam kontaktów, wciąż jestem córeczką tatusia, z resztą rodziny (nie licząc rodzeństwa) się nie zadaję.
Mam nie lada problem. Moja dziewczyna wpadła na genialny pomysł, by zacząć naukę języka niemieckiego. Wszystko spoko, tylko ona chyba za bardzo się wkręciła. O ile mówienie w tym języku podczas gotowania mnie jakoś nie razi, to szeptanie do ucha sprośnych rzeczy w języku niemieckim w sypialni już tak.
Po pierwsze, nie mam pojęcia, co mówi. Po drugie, to strasznie brzmi! To wszystko powoduje, że przestaję być gotowym do miłości rycerzem i czar chwil intymnych pryska w moment. Prosiłem ją, żeby się opamiętała i przestała, ale ona dalej swoje… Obawiam się, że przez tę jej fazę nasze życie intymne umrze na wieki. Jeszcze nie wiem jak, ale będę próbował przekonać ją do nauki francuskiego, może wtedy wrócę do formy.
W okolicy świąt w sieci krążą smutne wpisy, jak to niewdzięczne dzieci nie pomagają na święta swoim rodzicom, zostawiają ich bez serca. Otóż uważam, że komuś, kto całe życie nie miał do mnie szacunku, nie należy się pomoc. Mam pomagać komuś, kto całe życie traktował mnie jak totalne zero, a dopiero na starość jest tak zdesperowany, że szuka u mnie pomocy?
Niektórzy rodzice nie zasługują na to, aby na starość się nimi opiekować. Dopiero na starość budzą się ze swojego letargu i szukają winnych, a sami są sobie winni. To, że ktoś mnie urodził, nie oznacza, że mam oddawać mu pokłony. Szacunek za szacunek, miłość za miłość.
Ciężko jest być normalnym, ale biednym człowiekiem. Wiecie, takim, który stara się jak może, pracuje, oszczędza, a i tak ledwo wiąże koniec z końcem przez pecha w życiu.
Jeśli nie jesteś zapijaczonym żulem, matką piątki dzieci i nie mieszkasz w złej dzielnicy, jeśli jesteś trzeźwą, młodą kobietą, którą stać na internet i jesteś normalnie ubrana, nie masz jakby prawa do tego, żeby mieć problemy, żeby potrzebować pomocy. A niestety człowiekowi czasami świat wali się w najmniej oczekiwanym momencie. Pół biedy, jeśli masz rodzinę. A jeśli nie masz? Ciężko jest pójść do znajomych i wyciągać rękę. Zwłaszcza jeśli pochodzi się z takiego środowiska z ludźmi bez problemów :(
Pozdrawiam wigilijnie z pustego mieszkania, znad bułki z margaryną.
PS Nie wiem, czy się żalę, wiem, że z tego wyjdę, jestem fighterem, ale smutno tak trochę...
Dzisiaj w moim korpo poruszenie, od rana awaria całego systemu, nic się nie da zrobić, a deadline'y cisną mocno. Dział techniczny postawiony na nogi, walczy, żeby ogarnąć ten burdel. Ja (obsługa klienta) staram się, jak mogę, ale klientów przybywa. Przychodzi jakaś szycha z dużym zamówieniem, a ja nie mam jak go obsłużyć, bo inny dział ma opóźnienia. Patrzę przez ramię – manager pokazuje mi, żebym grał na czas, no to ja zaproponowałem klientowi kawę. Zgodził się, próbuję zagaić, żeby przełamać ciszę, ale gość mnie ignoruje i w ciszy popija naszą zajebistą arabicę. Ja czekam na babki z innego działu, słyszę tylko, jak manager wydziera mordę, żeby się pośpieszyły. W końcu jest produkt, pakuję cztery BigMaki i dwa McFlurry w torbę, dorzucam dwie puszki coli i podaję klientowi. Bałem się, że pójdzie na skargę do szefa, ale na szczęście darmowa kawa chyba go uspokoiła i wyszedł bez słowa. Chwilę potem technicy ogarnęli tę awarię dystrybutora do coli i wszystko wróciło do normy.
Uff, co za dzień, nienawidzę pracy w korpo.
Zawsze z moim mężem pragnęliśmy dziecka. Staraliśmy się o nie przez trzy lata. Za każdym razem, gdy zachodziłam w ciążę, to roniłam w pierwszym trymestrze. Gdy w końcu się udało utrzymać ciążę przez pierwsze trzy miesiące, byliśmy przeszczęśliwi. Niestety, nie trwało to długo... W szóstym miesiącu straciłam córeczkę i przeżyłam załamanie nerwowe. A mój mąż niedługo potem rozwiódł się ze mną, bo nie chce mieć „jałowej” żony...
Dodaj anonimowe wyznanie