#DDxlD

Moja matka mnie nie chciała. Nie widziała jej się kolejna ciąża z mężem alkoholikiem, dlatego chciała usunąć. Powstrzymała ją rodzina i mój ojciec. Nigdy nie byłam kochana, siostry były faworyzowane, czułam się zaniedbana.

W życiu mi się udało. Poznałam wspaniałego mężczyznę, który został moim mężem, mam dom z ogrodem bez kredytu i dobrą pracę. Mój ojciec zmarł na raka, jak miałam 17 lat. Siostry się wyprowadziły, więc matka mieszkała sama. Na starość dostała udaru. Z wiekiem jej się pogorszyło, nie jest samodzielna.

Nie wytrzymuję już. Mam dosyć opieki nad kimś, kto całe życie robił mi pod górkę, kobiety, przez którą ciągle płakałam. Po prostu jej nienawidzę. Ona jest bezbronna, całkowicie ode mnie zależna. Mieszka ze mną, a ja się nią zajmuję. Czasami mam ochotę jej przyłożyć, uderzyć, nawrzeszczeć. Zemścić się za to, jaka dla mnie była. Nigdy nic złego jej nie zrobiłam, ale przez te myśli nie chce mi się żyć.

#3nl0l

Weszłam do nowego sklepu z ubraniami, znalazłam parę fajnych rzeczy, więc udałam się w stronę przymierzalni. Radosna, zamyślona pędzę, już wbiegam do jednej...
...aż nagle poczułam mocne uderzenie.
Okazało się, że lustra znajdowały się w przymierzalniach, a także pomiędzy nimi, niestety w przymierzalnię to ja nie trafiłam. Rozejrzałam się dookoła, czy nie ma kamer albo śmiejących się ludzi i poprawiając włosy, jak gdyby nigdy nic weszłam przymierzyć ubrania, tym razem do przymierzalni, a nie obok.

Teraz zawsze wyciągam rękę do przodu, żeby najpierw zbadać teren.

#nBNX8

W ostatnie święta Bożego Narodzenia siedziałem sobie przy stole z rodziną rozmawiając i coś tam podjadając. Nagle zza drzwi mojego mieszkania zaczęły dobiegać niepokojące odgłosy.. Podchodzę zdziwiony do drzwi, razem z żoną zaczęliśmy nasłuchiwać. Słyszę: "wpuść mnie, jestem psem sąsiada, umiem mówić, bo są święta"... Zdziwiony otwieram drzwi, a tam pies sąsiada z przymocowanym do brzucha głośnikiem oraz śmiejący się wniebogłosy sąsiad.

Przyszedł przypomnieć, że miałem być u niego już 15 min temu, na umówioną, świąteczną wódkę :)

#odT0Q

Kilka lat temu, w czasach gimnazjalnych, mój chłopak (obecnie narzeczony) miał dość mocną depresję. Jego sytuacja rodzinna była ciężka, matka alkoholiczka, ojciec za granicą udawał, że problemu nie ma, problemy w szkole itp. Jedyne co mógł robić to chadzać do szkolnego psychologa i szukać porad w internecie.

Pewnego dnia pochwalił mi się, że znalazł całkiem ciekawą grupę osób z problemami, które anonimowo na pewnej stronie mogą opisać swoją historię i uzyskać porady oraz wsparcie od innych użytkowników.
Sama stworzyłam tam konto i za każdym razem, kiedy widziałam, że nikt nie odpisuje na jego posty, logowałam się i robiłam wszystko, żeby jakoś go wesprzeć.
Kilka razy potem mój luby opowiadał mi o dziewczynie, która pomogła mu wyjść z dołka (oprócz mnie).

Nigdy mu nie powiem, że to byłam ja :)

#qgBkG

Moja rodzina uważa mnie za hipochondryczkę, bo przed wypiciem napoju w puszce myję każdą puszkę wodą z mydłem, zanim się z niej napiję.

Dziś koleżance w pracy (sklepikarce) puszka z energetykiem wpadła wprost do worka wypełnionego śmieciami z toalety - śmieciami, chusteczkami, zakrwawionymi tamponami, które miałam wyrzucić. Wyjęła ją i odstawiła na półkę sklepową. Smacznego.

#jsEmF

Między 2010 rokiem a 2018 pracowałem w zakładzie pogrzebowym. Ot, nic takiego.
Często jeździliśmy na wezwania policji czy prokuratury, można rzec dzień jak co dzień.

Raz w moim bloku dwa piętra niżej mojego była awantura u młodych sąsiadów. Ktoś wezwał policję. Za jakieś kilkanaście minut dostałem info na telefon (a miałem dyżur całotygodniowy), że na takim adresie jest przewóz ciała policyjny i auto z trumną już wyjechało. Okazuje się, że to adres mojego bloku i mieszkanie, gdzie przed godziną była awantura i interwencja policji. Niby wszystko składa się w kupę, ale z balkonu widziałem, że gość już sobie palił na ławce pod blokiem.

Dojechali chłopcy, schodzę do nich, tam już całą akcja + zbiegowisko dzieci i wszystkie potencjalne klientki w oknach. Ekipa się rozkłada (trumna, worek, rękawice, maski, bo nie wiadomo co tam policja odkryła), ja im mówię, że coś mi nie gra, na to koledzy - no spoko, to ty idź sobie to wyjaśnij, skoro coś ci nie pasuje. Myślę - OK.

Wchodzę na 2 piętro, staram się wyczuć nosem, czy wszystko pachnie jak należy, dzwonię. Otwiera sąsiad. Patrzy na mnie, ja na niego. I wyskoczyłem z tekstem: Witam sąsiada, a u sąsiada wszyscy żyją? Ten patrzy jak na idiotę i mówi, że tak, jeszcze tak, chociaż chętnie by ukatrupił swoją dziewczynę. Mówię mu na poważnie, że policja zgłosiła, że jest u niego zgon. Gość śmieje się strasznie, ale mówi, że nie, u niego wszyscy żywi.

Wracam na dół do kolegów i mówię, że zero trupa, wszystkie żywe. No to za telefon i dzwonienie na policję. Po około 15 minutach okazało się, że były dwie interwencje policji, jedna była ze zgonem, a druga to awantura u sąsiada. No to pojechaliśmy na nowy adres i zrobiliśmy swoje.

Mała pomyłka, ale bardzo długo sąsiad patrzał na mnie wzrokiem pomylonego szaleńca, a sąsiadki miały przez tydzień o czym gadać. :)

#Nun9A

Kiedy skończyłam dwadzieścia dwa lata, padłam ofiarą gwałtu.
Wymawianie tych słów na głos brzmi sztucznie i sztampowo, ale chcę to wreszcie z siebie wyrzucić całkowicie. Historia poprzedzająca to wydarzenie będzie wyglądać przeciętnie, chociaż tylko z pozoru.

Poznałam go kilkanaście lat temu. Zaczęło się niewinnie, od wymiany e-maili. Potem kontakt polegał na długiej wymianie wiadomości, poprzez które staraliśmy się wzajemnie poznać. Krok po kroku budowaliśmy relację, która przerodziła się po dłuższym czasie w związek na odległość. Dalszy etap polegał na spotkaniach, wspólnym spędzaniu czasu na gruncie realnym, aż wreszcie zamieszkaliśmy razem w okresie wakacyjnym.

Felernego lata byłam po dość stresującym roku studiów. Na terenie "polskiej metropolii" wynajmowaliśmy razem mieszkanie położone w jednej ze spokojniejszych dzielnic.

Starałam się budować z nim wspólnie fundamenty zdrowego związku. Jednak była to złudna rzeczywistość. Ów związek zaczął się stopniowo wypełniać dziwną alienacją z jego strony. Próbował mnie stopniowo ustawiać pod swoje dyktando. Coraz częściej narzekał na moje kontakty lub rodzinę. Dochodziła do tego próba alienowania mnie od ludzi, którzy stanowili bliskie mi grono zdroworozsądkowych przyjaciół. Za każdym razem, gdy on wyrażał jakieś niezadowolenie, ja stawiałam na szczerą rozmowę, dyskusję i zmiany dwustronne - czyli coś, co robi dwójka dorosłych ludzi, chcących pójść na kompromis lub przezwyciężać przeciwności losu. Toksyczność tego jegomościa polegała na coraz mocniejszej próbie wmawiania mi, że jestem kimś innym niż w rzeczywistości, natomiast moje fundamenty związane z przyjaźniami lub pasjami - to jedno wielkie gówno. Dalej, w wyniku takich działań, pogłębiało się zdystansowanie między nami. Mimo prób mediacji i jakiegoś szukania wyjścia z owej "toksyczności" oddalaliśmy się od siebie. I tutaj docieramy powoli do kuriozum.

Około 2 miesiące później, podczas wspólnego mieszkania z nim, dostałam jakiegoś zapalenia okolic intymnych. Byliśmy u ginekolog. Dostałam leki, co wiązało się z brakiem "wiadomej cielesności". Po pewnym czasie zauważyłam, że za każdym razem, gdy on robi mi kolację, po jedzeniu jestem zbyt senna. Poranne posiłki robione przez niego dawały efekt osłabienia. W końcu takie regularne stadium zmęczenia, osłabionego organizmu, skończyło się tym, że któregoś ranka obudziłam się po stosunku (dalej byłam na lekach), którego nie pamiętałam. Ten człowiek zgwałcił mnie analnie. Niedługo później, na jego komputerze, znalazłam zdjęcia - przedstawiające mnie w bieliźnie, śpiącą jak śnięta ryba. Nie pamiętałam ani stosunku, ani faktu robienia owych zdjęć.

On wszystkiego się wypierał. Reagował agresywnie. Próbował mnie zgnoić. Zerwaliśmy. Od tamtych wydarzeń minęły 4 lata, a moja trauma wciąż trwa.

#dpTBu

Sytuacja dosłownie sprzed chwili, potrzebuję się wygadać.

Jestem młodą dziewczyną i od kilku lat mieszkam za granicą (w nieistotne jakim kraju). Mam właśnie kilka dni wolnego, więc jadę do Polski do rodziny - tyle słowem wstępu.

Byłam na peronie trochę wcześniej i czekałam na mój pociąg, był totalny spokój. Nagle pojawił się koło mnie starszy człowiek - siwy, z podbitym okiem i kilkoma pozszywanymi ranami na głowie, najwyraźniej lekko nietrzeźwy. Podszedł do mnie bardzo niepewnie i z niepokojem zapytał, czy mówię po polsku.

W mojej głowie w takich sytuacjach zawsze rozgrywa się szybka kalkulacja - czy powinnam się przyznać, że tak, czy może lepiej uniknąć potencjalnych problemów i udawać obcokrajowca.

Jednak coś mnie w tamtym momencie tknęło.. Sama wiem, jak to ciężko na emigracji bywa, jak nieraz trudno się połapać na dworcach za granicą, tym bardziej bez języka.. Wiec się ujawniłam i tak się to wszystko zaczęło.

Pan - całkowicie wniebowzięty, że mnie spotkał - wypytywał najpierw o podróż, czy na dobry peron trafił, czy "tędy do Polski" itp. Na wszystko odpowiadałam zgodnie z prawdą - trafił dobrze, jedziemy razem, nie ma przesiadek. Myślałam, że na tym się skończy (a nawet się cieszyłam, że mogłam być pomocna), ale on się niestety do mnie dosiadł i zaczął opowiadać różne historie, popijając wódkę z gwinta. Wtedy żałowałam, że się przyznałam do polskości; mówiłam, że mnie te rzeczy nie interesują, że nie chcę z nim rozmawiać i zajęłam się telefonem, ale on był nadal natrętny. Gdy pociąg przyjechał, to niestety też się dosiadł. Byłam zła. Oznajmiłam, że nie rozmawiam podczas podróży, włożyłam słuchawki do uszu i miałam spokój. Jakoś to zaakceptował (nadal popijając) i jechaliśmy.

Podczas kontroli biletów stało się coś nieoczekiwanego - konduktor uprzedził mnie, że w pewnym mieście trzeba się będzie jednak przesiąść do innego wagonu, bo kilka ostatnich odczepiają - OK, to nowość. Wiedziałam, ze pan menel tego nie zrozumiał, ale byłby straszny wstyd, gdyby inni pasażerowie się zorientowali, że mówimy w tym samym języku (polscy emigranci na pewno mnie teraz zrozumieją), więc stwierdziłam, że powiem mu o tym tuż przed tym miastem, a potem się szybko przeniosę do innego wagonu i go zgubie.
Jednak dosłownie dwie minuty jazdy przed tym miejscem pan udał się do toalety (nie szczędząc sobie pijackich krzyków).
No i co wtedy? Pomyślałam "gościu, straciłeś właśnie jedyną okazję, żeby się ode mnie dowiedzieć o tej przesiadce"... Zaczęło mnie dręczyć sumienie - jak mam się teraz zachować? Pobiec za nim i mu szybko powiedzieć, bo powinnam? Zignorować ten fakt i siedzieć dalej, ale potem się zadręczać?
Mam w sobie dużo egoizmu, niestety lub stety...
Wzięłam pod uwagę, że nie respektował moich próśb o zostawienie mnie w spokoju i zostałam na miejscu, a że był długo w toalecie, już się przesiadłam.

Teraz jadę dalej... Nigdzie go nie widzę. I trochę mnie dręczy sumienie.
Dodaj anonimowe wyznanie