Kiedyś na anonimowych pojawiło się kilka wyznań o schroniskach. Jeszcze wtedy nie chciałam w nie wierzyć, bo to niemożliwe, by ludzie lubiący zwierzęta zachowywali się w taki sposób itd. Ostatnio zaczęłam wolontariat w jednym z nich i... zwracam honor. Jest źle.
Dostajemy sporo starych koców, kołder, poszewek i jeśli coś jest dziurawe, idzie dla zwierząt. Jeśli jest ładne - idzie do domu. Karmy? Tylko niewielką część dostają zwierzęta ze schroniska.
Niektóre zwierzęta zjawiają się u nas w 100% przyjazne, ale po tygodniu szarpanin i rzucania nimi (!) przez innych wolontariuszy, robią się nieufne i groźne, a wszelkie zwracanie uwagi kończy się klasycznym "jak się nie podoba, to wypad".
Kiedy przychodzą do nas ludzie z pytaniem, czy przypadkiem ich zaginione zwierzę do nas nie trafiło, zawsze odpowiedź brzmi "nie", niektóre zwierzęta nawet są specjalnie chowane, byleby właściciel ich nie znalazł na czas. Powód? Rzekomo właściciele nie zasługują na nie, skoro zdołali je zgubić.
Na naszej stronie na Facebooku czasami pojawiają się grafiki mówiące o tym, czego nie powinno się robić: że nie wypuszczamy kotów, ile zwierząt te zabijają itd. I niby to w porządku, ale statystyki do grafik częstą są... zmyślane, a ludzie, którzy się połapali albo poprosili o źródła, banowani.
Niektórych zwierząt celowo się nie leczy, bo im gorzej wyglądają, tym więcej kasy dostajemy.
Jestem już tym zmęczona. Robię co mogę, ale wszelkie fundacje machają na to ręką, a ludzie w schronisku zaczęli mnie źle traktować.
Tego dnia wracaliśmy z mężem z wakacji. Po 4h jazdy postanowiliśmy zatrzymać się na kawę, więc zjechaliśmy na mały parking w lesie, jakich pełno przy różnych trasach. Mąż odszedł na bok, bo musiał jeszcze gdzieś zadzwonić, podczas gdy ja rozkładałam termos, kubki i kanapki na ławie. Za chwilę podszedł do auta i zawołał mnie, abym przyszła pomóc znaleźć mu płytę z naszą piosenką, bo skoro jesteśmy na parkingu sami, to możemy głośniej czegoś posłuchać. Już wtedy zapaliła mi się czerwona lampka, bo kurczę, ale muzyki w aucie słuchamy tylko z pendrive'a i płyt nie mamy. Lekko zaniepokojona, ale zostawiam wszystko i idę. Wsiadłam do auta, a mąż krzyknął, żebym zamknęła drzwi, odpalił silnik i wcisnął gaz do dechy. Wtedy zza drzew wyskoczyło 5 potężnych mężczyzn, gonili nasz samochód, uderzając w niego pięściami i coś krzycząc.
Zatrzymaliśmy się dopiero na stacji kilka kilometrów dalej. Mąż powiedział mi wtedy, że zauważył ruch za drzewami, ale nie mógł zawołać mnie inaczej, aby nie wzbudzać ich podejrzeń. Prawdopodobnie chcieli nas wtedy napaść i ukraść samochód. Od tego czasu jak ognia unikamy takich zjazdów.
Jestem alkoholikiem.
Wiem o tym tylko ja sam. Nie pozwalam sobie nigdy na pójście po pijaku do pracy - ba, na wyjście w tym stanie z domu. Dzięki temu nigdy nie zdarzyło się pobicie kogokolwiek czy coś w tym stylu. Codziennie jak tylko wracam z pracy, zaczynam pić. Wcześniej jednak zamykam drzwi od środka na klucz i chowam go w miejscu, które w stanie wskazującym jest najwidoczniej nieosiągalne, skoro (chyba?) nigdy nie wyszedłem. Zasypiam gdzieś w trakcie picia i śpię tak, czy to na stole, czy podłodze, aż obudzi mnie budzik do pracy. Widocznie mam słabą głowę i nie piję aż tyle, bo jestem już wtedy trzeźwy. Nawet nie aż tak mocno skacowany. Biorę prysznic, piję sporo wody, przeżuwam kilka ziarenek kawy i przepłukuję zęby płynem do płukania ust.
W pracy jestem lubiany i szanowany, nikt nigdy nic nie wyczuł. Wracam z niej i zaczynam tak od nowa… Trwa to już od jakiegoś roku, od kiedy umarła moja siostra. Innej rodziny nie mam, a bliskich znajomości z nikim nie utrzymuję, więc nikt nie miał okazji zauważyć na przykład przy próbie odwiedzenia mnie.
Dlaczego teraz właśnie o tym piszę? Bo jest wieczór. Niedawno przyszedłem z pracy. Dziś nie piłem. Mam nadzieję, że nie wypiję.
Jestem w kropce i chciałbym prosić Was o radę.
Przyłapałem moją dziewczynę, jak wyrzuca do śmieci tabletkę antykoncepcyjną. Codziennie znika z pudełka kolejna tabletka i Julka udaje, że je bierze, ale już się zorientowałem, że je po prostu wywala.
Nie wiem co w tej sytuacji zrobić – kocham moją dziewczynę, ale nie jestem gotowy na dziecko, mówiłem jej o tym. Mimo wszystko ona chciała zadecydować za mnie. Teraz przestałem z nią sypiać, a ona zaczyna podejrzewać, że mam romans lub coś podobnego.
Nie wiem jak delikatnie powiedzieć jej o tym, że znam jej sekret. A przede wszystkim nie wiem, jak dalej postąpić. Być z osobą, która mnie tak oszukuje? Jestem załamany.
Wczoraj zerwałem z moją dziewczyną, którą wciąż bardzo kocham. „Dlaczego zatem z nią zerwałeś?” – zapytacie. Otóż dlatego, że moja ukochana zmieniła się nie do poznania w przeciągu ostatnich trzech miesięcy.
Wpadła w jakieś dziwne towarzystwo, zaczęła kumplować się z pustymi laskami i dzień po dniu zmieniała się ze skromnej i pięknej dziewczyny w pustą i sztuczną lalkę - dodatkowo uzależnioną od Internetu. Kiedyś nie korzystała z social mediów, a teraz? Nie ma dnia, żeby nie pokazywała swojego tyłka na instagramie. Zaczęły denerwować mnie jej ostre zdjęcia i liczne rozmowy z jakimiś obcymi kolesiami na insta. Ona potrafiła nawet wysyłać tym kolesiom zdjęcia w bieliźnie! A wszystko po to, żeby lajkowali i komentowali jej zdjęcia. Coraz rzadziej się spotykaliśmy, bo cały swój prywatny czas poświęca durnym koleżankom, z którym nie ma tak naprawdę o czym rozmawiać, więc tylko pstrykają sobie zdjęcia. Poprzewracało się tej dziewczynie w głowie.
Jestem zażenowany i załamany tym, co stało się z moją kochaną Klaudią. Próbowałem nawrócić ją z powrotem na dobrą drogę, chciałem z całych sił, żeby znów była normalna, ale ona mnie nie słucha i zachowuje się coraz gorzej. Niestety, nie dam sobą pomiatać i robić z siebie frajera, jest mi wstyd za taką dziewczynę.
Klaudio, jeśli to czytasz, to wiedz, że czekam na Ciebie. Jeśli znów będziesz sobą, zadzwoń. Kocham Cię.
W ubiegłym tygodniu mieliśmy zebranie w pracy. Przyszedł cały zarząd, szefostwo i przedstawiciele różnych korporacyjnych działów. Jednym słowem – poważna sprawa. Mamy taką zasadę, że z racji na utrzymanie kontaktu z klientami, nawet podczas takich spotkań dźwięk w naszych telefonach musi być włączony. Gdy ktoś dzwoni, trzeba po prostu przeprosić i wyjść na korytarz.
W czasie zebrania zachciało mi się lać, więc wymknąłem się do ubikacji, która znajdowała się w tym samym pomieszczeniu. Gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi, zadzwonił mój telefon. Nikt by na to nie zwrócił większej uwagi, gdyby nie to, że moi koledzy z pracy zrobili sobie żart i wcześniej podmienili sygnał mojego dzwonka na spazmatyczne jęczenie szczytującej kobiety…
Parę sekund zajęło mi ściszenie smartfona. Wyszedłem z toalety czerwony jak burak prosto do pomieszczenia, w którym panowała grobowa cisza, a przy długim stole siedziało 20 osób wlepiając we mnie oczy. Teraz wszyscy myślą, że jestem skrytym onanistą, który wykorzystuje każdą chwilę, aby oglądać filmy dla dorosłych.
Od około miesiąca, może dwóch, noc w noc śni mi się, że jestem psychopatą. Zmieniają się tylko okoliczności - czasami latam ze spluwą i morduję ludzi, czasami podpalam ich śpiących w domu, a czasami topię żywcem.
Zaczynam zastanawiać się, czy na pewno wszystko ze mną OK.
Kilka lat temu założyłam kawiarnię w centrum jednego z większych polskich miast. Przed wakacjami zrezygnowała z pracy kelnerka, więc szukałam kogoś na jej miejsce. Chętnych było sporo, zaprosiłam kilka osób z najlepszym CV na rozmowę. Wśród nich była dziewczyna z zespołem Downa. Podchodziłam do niej jak do każdego innego potencjalnego pracownika. Na rozmowie zrobiła najlepsze wrażenie, więc dostała się na okres próbny.
To, co stało się kilka dni temu, trzyma mnie dalej w ogromnym szoku. Klientka poprosiła właścicielkę, czyli mnie, do siebie. Pomyślałam, że coś było nie tak z jej zamówieniem. Kobieta donośnym głosem zapytała, czy tak mało jest chętnych do pracy. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że na to nie narzekam. Klientka ciągnęła dalej: "Dlaczego zatrudniliście TO w mojej ulubionej kawiarni?", zerkając na nową kelnerkę.
Wyprosiłam klientkę mówiąc, że nie tolerujemy tu takich zachowań. Oburzenie oczywiście było, ale nie wiem z której strony większe. Dziewczyna pracuje u mnie dalej, sprawdza się świetnie.
Mieszkam obecnie na osiedlu z wielkiej płyty. Wiadomo, że nie ma co się spodziewać po tego typu miejscu, ale najważniejszym atutem było dobre skomunikowanie z miejscem pracy.
Z tego co zaobserwowałem, na tym osiedlu mieszka więcej osób bezrobotnych niż pracujących. I tak się zastanawiałem - skąd oni mają na to kasę?
Codziennie zasuwam do roboty, a przykładowo grono kilkunastu, a nierzadko kilkudziesięciu kloszardów baluje przed sklepem od rana do wieczora z puszką piwa. Codziennie. A czasami również i w nocy.
Kiedyś spytałem się w sklepie nie o to, czy im to przeszkadza, ale czy wiedzą skąd oni mają na to hajs. Odpowiedź krótka - zasiłek. Dla nich to nawet dobrze, bo już wydali u nich "wypłatę" za kolejny miesiąc. Na zeszyt.
Z ciekawości rozszerzyłem swoją wiedzę o innych sąsiadów, których przykładowo zawsze widzę, jak stoją i się dotleniają na balkonie, puszczając cały dym prosto w moje okno. Również socjal.
I taka moja refleksja na koniec: po co ja właściwie pracuję, skoro starcza mi tylko na życie i opłacenie wynajętego mieszkania?
Ano po to, żeby oni nie musieli pracować, a żyć z socjalu i pobalować za "moje zdrowie". Ja nie baluję, bo mnie nie stać. A nawet gdyby mi coś zostało, to i tak nie miałbym już siły po orce w moim obozie pracy...
Pracuję w jednym z naszych cudownych, polskich szpitali. Mimo przekroczonej trzydziestki w zawodzie jestem dość świeża, decydując się na przebranżowienie grubo po dwudziestce. SOR, mnóstwo obcych współpracowników, nowe miasto i ja - nowa. Szczerze mówiąc, byłam przerażona. Że mimo mnóstwa czasu poświęconego na zajęcia praktyczne i działalność wolontaryjną w ramach przyszłej pracy sobie nie poradzę, że pielęgniarki z SOR-u zjedzą mnie żywcem, a pacjenci na sam mój widok uciekać będą gdzie pieprz rośnie.
Paradoksalnie na samych dyżurach radziłam sobie wręcz świetnie, co niestety nie przekładało się na moją pewność siebie, a wręcz przeciwnie. Kilka ze starszych pielęgniarek kwitowało moją energiczność i zapał do pracy w przykry sposób. "Stara panna chce się wykazać przed doktorem, patrzcie ją tylko". "Teraz zapieprza, ale szybko jej przejdzie". "Robotę zmieniła, bo chłopa sobie pewnie w poprzedniej nie mogła znaleźć". Teksty oczywiście mówione nie wprost, a ja nigdy nie miałam odwagi, by się na ten temat skonfrontować. Udawałam, że o niczym nie wiem, a na dyżurach starałam się ograniczać nasze kontakty do minimum. Miałam wrażenie, jakbym znowu znalazła się w szkole, tylko że to nie koledzy wzięli się za zatruwanie życia, a nauczyciele.
Dlaczego to anonimowe, spytacie zapewne. Widzicie, w jednym miejscu te pielęgniarki niewiele się pomyliły. Moją motywacją, jasnym promieniem wśród wszechobecnego bólu, śmierci i atmosfery obłudy był mężczyzna. Ratownik, jak ja, kilka lat starszy, ale z dużo większym doświadczeniem. Dzięki niemu nabrałam odrobiny pewności siebie, częściej się uśmiechałam i znajdowałam w sobie dość siły, by tu wracać i dawać z siebie 100%. I chciałam mu zaimponować, bardzo. To w dużej mierze dla niego się starałam. Po jakimś czasie zaprzyjaźniliśmy się i zaczęliśmy spotykać na gruncie także prywatnym - jako koledzy, a i tak najczęściej w towarzystwie osób trzecich. Zakochałam się w nim tak, jak mi się do tej pory nie śniło i choć minęły już dwa lata, nadal jest dla mnie tym jedynym.
Nigdy też mu tego nie powiedziałam i prawdopodobnie nie powiem, bo jest w szczęśliwym związku i planuje ze swoją dziewczyną ślub.
Dodaj anonimowe wyznanie