#dpTBu
Jestem młodą dziewczyną i od kilku lat mieszkam za granicą (w nieistotne jakim kraju). Mam właśnie kilka dni wolnego, więc jadę do Polski do rodziny - tyle słowem wstępu.
Byłam na peronie trochę wcześniej i czekałam na mój pociąg, był totalny spokój. Nagle pojawił się koło mnie starszy człowiek - siwy, z podbitym okiem i kilkoma pozszywanymi ranami na głowie, najwyraźniej lekko nietrzeźwy. Podszedł do mnie bardzo niepewnie i z niepokojem zapytał, czy mówię po polsku.
W mojej głowie w takich sytuacjach zawsze rozgrywa się szybka kalkulacja - czy powinnam się przyznać, że tak, czy może lepiej uniknąć potencjalnych problemów i udawać obcokrajowca.
Jednak coś mnie w tamtym momencie tknęło.. Sama wiem, jak to ciężko na emigracji bywa, jak nieraz trudno się połapać na dworcach za granicą, tym bardziej bez języka.. Wiec się ujawniłam i tak się to wszystko zaczęło.
Pan - całkowicie wniebowzięty, że mnie spotkał - wypytywał najpierw o podróż, czy na dobry peron trafił, czy "tędy do Polski" itp. Na wszystko odpowiadałam zgodnie z prawdą - trafił dobrze, jedziemy razem, nie ma przesiadek. Myślałam, że na tym się skończy (a nawet się cieszyłam, że mogłam być pomocna), ale on się niestety do mnie dosiadł i zaczął opowiadać różne historie, popijając wódkę z gwinta. Wtedy żałowałam, że się przyznałam do polskości; mówiłam, że mnie te rzeczy nie interesują, że nie chcę z nim rozmawiać i zajęłam się telefonem, ale on był nadal natrętny. Gdy pociąg przyjechał, to niestety też się dosiadł. Byłam zła. Oznajmiłam, że nie rozmawiam podczas podróży, włożyłam słuchawki do uszu i miałam spokój. Jakoś to zaakceptował (nadal popijając) i jechaliśmy.
Podczas kontroli biletów stało się coś nieoczekiwanego - konduktor uprzedził mnie, że w pewnym mieście trzeba się będzie jednak przesiąść do innego wagonu, bo kilka ostatnich odczepiają - OK, to nowość. Wiedziałam, ze pan menel tego nie zrozumiał, ale byłby straszny wstyd, gdyby inni pasażerowie się zorientowali, że mówimy w tym samym języku (polscy emigranci na pewno mnie teraz zrozumieją), więc stwierdziłam, że powiem mu o tym tuż przed tym miastem, a potem się szybko przeniosę do innego wagonu i go zgubie.
Jednak dosłownie dwie minuty jazdy przed tym miejscem pan udał się do toalety (nie szczędząc sobie pijackich krzyków).
No i co wtedy? Pomyślałam "gościu, straciłeś właśnie jedyną okazję, żeby się ode mnie dowiedzieć o tej przesiadce"... Zaczęło mnie dręczyć sumienie - jak mam się teraz zachować? Pobiec za nim i mu szybko powiedzieć, bo powinnam? Zignorować ten fakt i siedzieć dalej, ale potem się zadręczać?
Mam w sobie dużo egoizmu, niestety lub stety...
Wzięłam pod uwagę, że nie respektował moich próśb o zostawienie mnie w spokoju i zostałam na miejscu, a że był długo w toalecie, już się przesiadłam.
Teraz jadę dalej... Nigdzie go nie widzę. I trochę mnie dręczy sumienie.
Czekam na nagłówek w prasie. "Pijany awanturował się w pociągu. Krzyczał że chcą go zawieść do Birkenau."
Pociąg jechał do polski a tylko Ty mówiłaś tam po polsku?
Moze nikt inny w tym przedziale nie mowil po polsku, albo, tak jak autorka, wstydzil sie przyznac. Moze nawet wczesniej widzieli jak byl nachalny
Mógł być jeszcze daaaleko od granicy, może przejeżdżać przez inny kraj i większość ludzi wysiadała gdzieś po drodze.
A już myślałem, że pobiegnie za nim a on będzie sobie walił konia. Jednak zakończenie było zaskakująco nudne.
Trzeba było mu powiedzieć od razu, a nie czekać do ostatniej chwili bo potem właśnie takie niespodziewane sytuacje się dzieją. szkoda go trochę, choć żulików zwłaszcza nachalnych nie lubię
Jesteś kochana, że się przejmujesz losem obcego człowieka, ale on na to nie zasłużył. Twoje sumienie powinno być czyste.
Mogłaś po prostu się przesiąść na pojedyncze wolne miejsce otoczone ludźmi
straszne? A co jak pan menel w tym mrocznym pociągu dojedzie do Sosnowca?
Hahahaha ale śmieszne. Pisz do chwili dla Ciebie
Nie czuj się z tym źle i nie zadręczaj. Tak jak wspomniano we wcześniejszym komentarzu "Pociąg jechał do Polski, a tylko ty mówiłaś po polsku?". Było pewnie tam trochę osób, które mogły temu panu na początku pomóc i tego nie zrobiły. Ty zaryzykowałaś, przedkładając jego dobro, nad swoje - pewność bezproblemowej podróży (tak ogólnie, bo człowiek w takich sytuacjach może/powinien się spodziewać wszystkiego i jest to ryzykowne). Ten pan żyje jak żyje, taką ma mentalność, czy jak to nazwać; swoim dalszym zachowaniem każdego by zniechęcił do dalszego pomagania.
Mam tak jak Ty, tak myślę... Pod tym względem, że chcę pomóc, jeżeli widzę, że ktoś ma problem, ale z wiekiem, ustaliłam pewne zasady i nadal staram się ustalać nowe, potrzebne, żeby samemu wiele nie stracić, nie stawiać się w niekomfortowych sytuacjach, tylko przez chęć pomocy. Jest mała granica między zaoferowaniem pomocy, a "przyzwoleniem" na wykorzystanie siebie. Jeśli jesteś człowiekiem (a patrząc na historię, którą napisałaś tak podejrzewam) mało asertywnym (pewnie już bardziej niż kiedyś, dużo bardziej), empatycznym i nie mogącym przejść obojętnie jeżeli komuś dzieje się krzywda lub ma jakiś kłopot; po takich sytuacjach długo masz wyrzuty sumienia i takie rzeczy nie wypadają Ci z głowy, to trzeba nad tym popracować, żebyś niepotrzebnie się nie winiła za czyjeś błędy.
Według mnie postąpiłaś bardzo szlachetnie, w ogóle pomagając człowiekowi, którego najprawdopodobniej każdy omijał (tak jak wspomniałaś - nigdy nie wiadomo, co mogło się stać i czy to tylko tak wygląda), ale jak dojdzie do sytuacji, że Ty coś od siebie dajesz, bezinteresownie, a trafiłaś na człowieka, który "plunie Ci za to w twarz", to zakończ pomaganie i nie miej wyrzutów sumienia.
Pan miał duże szczęście spotykając Ciebie, ale je odrzucił, to teraz niech szuka kolejnego dobrego człowieka, o którego nie tak łatwo.
Może to ta legendarna karma.
i dobrze tak pijakowi
wstyd tylko robi Polakom
Dobrze zrobiłaś