#rQEko

Nienawidzę swojej matki. Zdaję sobie sprawę, jak to brzmi, dlatego już spieszę z wyjaśnieniem.

Od zawsze byłem niechcianym dzieckiem, o czym dosyć często mi przypominała, usłyszałem od niej więcej razy "ty chu.. je..ny żebyś zdechł" lub "mogłam cię wyskrobać i miałabym spokój" niż "kocham cię, synu". Jestem "kochanym dzieckiem" (mam ponad 25 lat) tylko kiedy coś dla niej zrobię, np. wyślę e-mail, bo tego zrobić nie potrafi mimo wielu prób nauczenia jej.

Doprowadziła do rozpadu swojego małżeństwa, bo ile można słuchać ciągłych wyzwisk i narzekań, sama dążyła do awantur i kłótni, niejednokrotnie z rękoczynami. Doskonale pamiętam, kiedy podczas kłótni z moim ojcem szarpała się z nim, a mi, małemu dziecku, kazała iść do kuchni i przynieść nóż. Do kuchni poszedłem ze strachu, ale noża nie przyniosłem. Każdą awanturę odreagowywała na mnie. Byłem jeszcze w podstawówce, kiedy pewnego wieczora mój ojciec po kłótni wyszedł do sklepu, a ona po prostu mnie popchnęła i zaczęła kopać dla odreagowania, a po wszystkim powiedziała "tylko nie rycz, bo ten chu.. wróci i będzie się mnie czepiał", więc nie miałem innego wyjścia, jak tylko tłumić wszelkie emocje, przecież gdyby się wydało co zrobiła miałbym jeszcze gorzej.

Oparcie znajdowałem w moich dziadkach, jej rodzicach. Próbowali przemówić jej do rozsądku, żeby się uspokoiła, dziadek nawet groził, że pozbawi ją praw rodzicielskich, jak nie przestanie mnie bić i wyzywać. Poskutkowało na jakieś 2 tygodnie, później było tak jak wcześniej. Niestety dziadek zmarł, kiedy byłem jeszcze w podstawówce, a babcia nie miała siły sama walczyć w sądzie. Jedyne co mogła zrobić, to pozwalać mi spać u siebie i bronić słownie, co później poskutkowało tym, że moja matka zaczęła robić z siebie ofiarę, płacząc, że ona jest niekochana, a babcia woli mnie od niej i z zazdrości ją wyzywała i życzyła śmierci.

Kiedy już dorosłem i się przeprowadziłem do innego miasta, za namową mojej dziewczyny postanowiłem udać się do psychologa. Kiedy moja matka się dowiedziała o tym, zaczęła się litania, że po co ja tam chodzę, opowiadam obcym ludziom o prywatnych sprawach i co najlepsze z tego wszystkiego, jak powiedziałem jej, że przez jej traktowanie mam problemy emocjonalne, to stwierdziła, że "już nie jesteś dzieckiem i cię nie biję, to z czym ty masz problem, a poza tym w beczce cię nie trzymałam, to nie miałeś tak źle".
Kochana mamusia, bo mnie nie trzymała w beczce, no po prostu szok.

Wiem, że całe to wyznanie brzmi jak fejk, ale uwierzcie, chciałbym, żeby to wszystko było zmyślone. Nie wiem jak dobrze zakończyć to moje narzekanie, więc napiszę tylko tyle, że życzę wam, żebyście byli lepszymi rodzicami niż moja matka.

#K0O2P

Od dziecka fascynuje mnie... sikanie w majtki.

Gdy w przedszkolu któreś z dzieci posikało się, nie mogłam wręcz oderwać od niego wzroku.
Gdy któreś zrobiło kupę, brzydziło mnie to, ale posikanie się to co innego! Sama nie miałam odwagi tego zrobić, bo w końcu w przedszkolu czułam się taka "dorosła".

W podstawówce odkryłam potęgę internetu i zaczytywałam się w historyjkach o toaletowych wpadkach. Trafiałam m.in na fora dla fetyszystów, jednak historie np. o piciu moczu odrzucały mnie. Zdecydowanie wolałam historie, jak ktoś nie wytrzymał i zrobił siku w majtki.

Bardzo miałam ochotę zsikać się, ale mieszkam z rodzicami i nie wiem, jak bym im to wytłumaczyła. Zaczęłam wstrzymywać siku. Potrafię wytrzymać cały dzień w szkole bez sikania, by w drodze do domu pędzić na złamanie karku i w ostatniej chwili usiąść na toalecie.

Ostatnio trafiła mi się prawdziwa okazja. Rodzice musieli wyjechać służbowo na kilka dni, a ja zostałam w domu sama. Z pełnym pęcherzem poszłam do szkoły i trzymałam przez wszystkie lekcje. Udało mi się wytrzymać, ale w drodze powrotnej już nie dałam rady i posikałam się. Po powrocie do domu resztę dnia chodziłam w mokrych spodniach i "podziwiałam" plamę. W wilgotnych majtkach poszłam spać. Spodobało mi się to i nikt o niczym się nie dowiedział. Niedługo mam zamiar znowu to powtórzyć, zwłaszcza że moi rodzice wyjeżdżają na weekend. Teraz chcę to zrobić przy większej ilości osób, bo jestem bardzo ciekawa ich reakcji.

#kspIB

Mój dziadek był rybakiem. Takim jak ze starej pięciozłotówki, tylko bardziej barczystym i z brodą. Łowił zarówno w wodach śródlądowych, jak i morskich, trzymał się starych tradycji, zasad, bardzo kochał i szanował wodę oraz wszystko, co w niej żyło. Nigdy nie zadawał łowionym przez siebie zwierzętom więcej bólu, niż to było konieczne.

Całe dzieciństwo spędziłam w drewnianym domu dziadków, bo mój tata zmarł bardzo wcześnie, a mama pracowała w mieście i szczerze mówiąc, byłam jej potrzebna jak piąte koło u wozu. Pamiętam każdą babciną koronkę, garnek, ziółko w ogródku. Wiecznie pałętałam się po całym gospodarstwie ze stadem kotów, które dziadek powyławiał z worków w pobliskim jeziorze.

Moim ulubionym jedzeniem były ryby. Zawsze gdy babcia pytała mnie, co zjem na kolację, mówiłam, że "rybkę!", na co dziadek wzdychał, że niby ma dość, ale natychmiast brał wędkę, która zawsze stała w przedpokoju, wychodził na molo i w mniej niż 20 minut wracał z tłustą rybką dla wnuczki. Potem siadał przy mnie i podkręcając wąsa z zadowoleniem patrzył, jak wcinam, przy okazji wyciągając mi resztki ości spod nosa.

Pewnego razu dziadek nie wrócił. Przyszedł niespodziewany sztorm i fala po prostu zmyła dziadka. Znaleziono go 60 kilometrów dalej. Wszystko się skończyło. Babcia zmarła ze zgryzoty i tęsknoty, mimo że starała się ogarniać wszystko, a zwłaszcza mnie, do ostatniej chwili. Moja matka sprzedała ich dom, nie pozwoliła mi zabrać nic na pamiątkę, koty olała i zabrała mnie ze sobą. Nie było już ciepła, miłości, rybki na kolację, bajek, mycia w balii, koronek, kotów, ziół i pachnącej krochmalem pościeli. Moją jedyną relikwią, pamiątką po dziadkach, została PRL-owska pięciozłotówka z rybakiem.

Do domu dziadków udało mi się wrócić dopiero niedawno. Szukałam tamtego miejsca przez 20 lat, od kiedy stałam się pełnoletnia. Moje dzieciństwo przypadało na lata 80. Dziadek zmarł, gdy miałam 8. Nic tam nie zostało, tylko zarośnięte fundamenty i zgniłe pale z pomostu. Do dziś nienawidzę ryb i samej siebie, bo gdyby nie to, mój dziadek by żył, babcia by żyła i wszystko byłoby zupełnie inaczej. Matce nigdy nie wybaczyłam tego, że chociaż miała pieniądze, wszystko to zmarnowała, porzuciła te biedne, cudem ocalone zwierzęta, a mnie zrobiła z życia piekło tułania się po internatach, bo ona mnie nigdy nie chciała. Na grób dziadków nigdy nawet nie pojechała.

#46q44

Pewnego dnia wprowadziłam się do uroczego domku na zapyziałej wsi, odziedziczonego po ukochanej babci. Tuż pod płotem wielki, ogrodzony ogród, stawik, sad, grządki, łąka... żyć nie umierać. Dom piętrowy, odnowiony, ma prąd, łazienkę, ogrzewanie, żaluzje antywłamaniowe, alarm i kamery dookoła. Przymierzałam się też do adopcji/kupna psa typu wilczarz irlandzki. Stawiałam na przygarnięcie fafika, dlatego przez jakiś czas robiłam za dom tymczasowy dla jednego - dwóch psów. Niestety, z żadnym nie przypadliśmy sobie nawzajem do gustu na tyle, by zostać przyjaciółmi na zawsze.

Po oddaniu w dobre ręce ostatniego psa, przygarnęłam dwa śmietnikowe, czarno - białe mruczki, Francisa i Napoleona-Kafla. Do tego siostra podarowała mi kociaka Mainecoona, który dostał na imię Imperius. Z czasem wyrósł na OGROMNEGO kocura.

Pewnego dnia listonosz spotkał mnie pod sklepem we wsi i zrobił potworną awanturę, że moje piekielne zwierzaki gonią go i po 300 metrów od posesji, on życia przez nie nie ma! Tłumaczę mu, że psów nie ma u mnie od dawien dawna, a nawet jak były, to zawsze zamknięte za solidnym płotem, więc to nie moje. Pan oznajmił, że to moje KOTY. Szczęka mi odpadła.

Przejrzałam monitoring. Rzeczywiście, gdy listonosz zbliżał się do murowanego słupka ze skrzynką, Imperius i jego dwaj kumple rzucali się na niego jak stado lwów, po czym gonili biednego faceta aż do głównej drogi. Zobaczyłam też, że panowie przeganiają również dziki, lisy (trzymam kilka kurek i przepiórki) oraz wydry znad stawiku. Byłam w szoku, bo przy mnie to kocie pierdoły i przytulanki, Kafel na dodatek jest leniwym grubaskiem, który jeśli nie śpi, to drzemie albo odpoczywa.

Zrezygnowałam z psów. Koty mi wystarczą.

#hfM8a

Gdy miałem 17 lat, złamałem OBIE ręce... Jadąc na rowerze, miałem drobną kolizję z samochodem, przeleciałem przez maskę i poza złamanymi rękami praktycznie nic mi się nie stało.

NAJGORSZEMU WROGOWI TEGO NIE ŻYCZĘ...

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę czy też nie, jak upokarzające jest proszenie tatę lub mamę, by w tym wieku wytarli tyłek po dwójce, jak upokarzające jest to, że nie potraficie samemu się ubrać lub rozebrać. O ile golenie nie było problemem (mimo młodego wieku musiałem golić twarz), to mycie zębów było istną komedią.
Moje ręce były usztywnione praktycznie od ramienia do nadgarstka pod kątem, tak by łokieć też się odpowiednio zrósł.

Wtedy też wyszło, kto jest moim prawdziwym przyjacielem, a kto nie...

Nie okazała się nią być moja najbliższa przyjaciółka, która w ramach przyjacielskiej przysługi, jak to ujęła, "pomagała mi rozładować napięcie, skoro moje ręce są niedostępne". Okazała się być moją przyszłą żoną, a nie tylko przyjaciółką.

Od tamtego wypadku wiele wody w Wiśle już upłynęło, ale niekiedy nadal wspominamy z uśmiechem na ustach, że dopiero złamanie obu rąk popchnęło do wyjścia z obustronnego friendzona, mimo że miętę czuliśmy do siebie od zawsze.

PS W miesiąc nauczyłem się obsługiwać telefon palcami u nóg do tego stopnia, że napisanie kilkuzdaniowego SMS-a zajmowało mi max 15 min.

#YayHB

Jak byłam mała myślałam, że przeżegnanie się po modlitwie działa jak "rozłączenie" się z Bogiem i jak tego nie zrobię, to będzie dalej słuchać tego co mówię, a jak się "rozłączę", to straci ze mną kontakt i będę mogła "legalnie" przeklinać.
Dodatkowo myślałam, że śmierć działa na zasadzie: kładziesz się na plecach i Bóg widząc to, zabiera Cię do siebie. Dlatego jak kładłam się na wznak mówiłam "jeszcze nie umarłam, Panie Boże, nie zabieraj mnie".
Dziwne, ale prawdziwe.

#w2sS8

„Jestem w ciąży...” - powiedziałam parę lat temu do chłopaka, z którym się spotykałam. Zbladł, coś tam mruknął, że nie może rozmawiać, że mleko na gazie, że musi szybko do domu, bo coś tam. I poszedł. Od tego dnia już go nie widziałam. Podobnie jak nasi wspólni znajomi. Facet spakował manatki i ponoć już następnego dnia wsiadł w samolot. Wyjechał w bliżej nieokreślone miejsce, paląc za sobą mosty. To miało miejsce jakieś sześć lat temu.
Pewnie byłabym wściekła i nie spoczęłabym, zanim gnojek by się nie znalazł razem z alimentami na moje dziecko. Problem w tym, że… z tą ciążą to żartowałam. Nie zdążyłam mu się nawet do tego przyznać. W sumie to nie żałuję.

#X1EEk

Spotkałem ostatnio kumpla. Zdołowany, kręgi pod oczami, cień człowieka. Po pracy wyciągnąłem go na browara, żeby dowiedzieć się co się stało. Co się okazało? Narzeczona zerwała zaręczyny i odwołała ślub. Ślub, który miał się odbyć za 5 dni w sobotę. Dlaczego? Bo jego zaręczyny (kilka miesięcy temu) były nieromantyczne i on jej z pewnością nie kocha i ona po wielokrotnych rozmowach z psiapsiółami dorosła do tej decyzji. Bo on jej poważnie nie traktuje. Bo oświadczył się jej pierścionkiem nie za milion dolarów, tylko za kilkaset PLN (bo nie lubi wydawać kasy na biżuterie/ozdóbki, kupił prosty, ale gustowny), i to w domu, podczas wieczoru filmowego z pizzą. Bo uważał, że są sobie tak bliscy i tyle razy, dzień w dzień, okazywał jej miłość, że nie ma co robić szopki pod publiczkę, żeby się miała czym chwalić, bo oni już praktycznie są małżeństwem, trzeba to tylko w urzędzie przyklepać.
Ale nieeeeee, on jej nie kocha i mu na niej nie zależy. WTF?!

Wymienię, co z nią przeszedł przez 6 lat związku:
- wyciągnął ją z długów po tym, jak były chłopak na jej kredytach rozkręcił interes, który padł, facet zniknął (prawdopodobnie do UK)
- śmierć jej matki w wypadku - depresja, z której ją wyciągnął
- jej problemy z sercem - zapalenie mięśnia sercowego, 1 miesiąc na OIOK-u + 2 lata leczenia farmakologicznego (depresja, stany lękowe)
- depresja po tym, jak jej siostra - gdy ojciec po utracie żony podupadł na zdrowiu - starała się wysiupać ją z ewentualnego spadku po śmierci ojca - ciąganie się po sądach, wyszukiwanie brudów o niej - kumpel pomagał jej, stał przy niej twardo i ją wspierał.
- harował jak pojebany, wybudował im dom, w którym mieszkali, ona pracowała jako sekretarka w jego firmie (i się specjalnie nie przemęczała, jak słyszałem).

I ona zerwała zaręczyny, bo kuźwa nie przyjechał do niej na białym koniu ani nie zeskoczył ze spadochronem. Bo kuźwa to jest ważniejsze od tego, że JĄ KOCHAŁ I SIĘ O NIĄ TROSZCZYŁ. I NIE, nie brak w nim było romantyzmu. Tylko on wierzył w romantyzm nie na pokaz, intymny, tylko dla nich dwojga, nie miał problemu z wręczeniem jej kwiatów, zabraniem na kolację czy do kina.

W dzisiejszych czasach się niektórym kobietom (w szczególności jej psiapsiółom) popierdoliło w głowach od oglądania wszystkich tych filmów z USA i instastory z neta. Bo liczy się, czym się można pochwalić, a nie uczucia.

Pocieszyłem go na ile mogłem, bo nie mogłem znieść jak mi szlochał, roztkliwiał się nad tym, co razem robili, jak się bardzo kochali, ale szczerze - jednak cieszę się, że zerwali, nawet nie chcę myśleć, jakie on by miał z nią szopki potem, jakby jej odbiło po ślubie. Tylko żal mi gościa, bo facet to naprawdę głęboko przeżył.
Dodaj anonimowe wyznanie