#ouwll

Wczoraj wracając z imprezy widziałem, jak jakaś pijana dziewczyna upuściła swoją torebkę. Podbiegłem więc, podniosłem zgubę i zaniosłem ją niewieście. Ta, zamiast mi podziękować, zrobiła raban na pół miasta, wyzywając mnie od złodziei i męskich prześladowców. Na koniec wyraziła głośne przypuszczenie, że jestem też gwałcicielem, a może nawet i mordercą.
Zanim jednak zdążyłem zaprotestować przeciw tym błędnym osądom, kobieta opanowała się i zaczęła mnie wylewnie przepraszać. Przytuliła mnie, pocałowała w policzek, a następnie obficie narzygała mi na koszulę...

#L5oG1

Przeraża mnie perspektywa posiadania dzieci. A jeszcze bardziej karmienia ich piersią. Co w tym anonimowego?

Ano to, że jestem lekarzem. Mało tego - uwielbiam kobiety w ciąży! Zawsze jak spotkam jakąś znajomą, która jest w ciąży, pytam jak się czuje, jak dziecko, jak wyniki badań itp. Zachęcam też do karmienia piersią, uspokajam przed porodem, tłumaczę jak wygląda. Dzieci też kocham. Lubię się z nimi bawić, nosić je, patrzeć jak rosną i się rozwijają. A jednak przeraża mnie myśl o ciąży, karmieniu piersią, zmianach zachodzących w organizmie.

Nie wiem skąd mi się to wzięło, bo kiedyś tak nie było (przypuszczam, że zajęcia na ginekologii miały w tym swój udział :)). Nie jest tak, że nie chcę mieć dzieci - chciałabym je mieć i myślę, że byłabym dobrą matką. Ale póki co chyba się trochę z tym wstrzymam. Przynajmniej dopóki nie minie mi faza na brak dzieci :)

#s7SzX

Tydzień temu się przeprowadziłam. Zza ściany, którą mam przy łóżku słyszę w nocy jakieś dziwne stuki. Nie przejmowałam się tym zupełnie, bo nie pierwszy raz mieszkam w bloku, tak że zdaję sobie sprawę z niedogodności wynikających z tak bliskiego sąsiedztwa innych.

Dopiero wczorajszej nocy uświadomiłam sobie, że mieszkam przecież w zewnętrznym mieszkaniu… I właśnie ta ściana stoi „wolno”.

Mam racjonalną naturę, więc podejrzewam jakieś ptaki czy coś w ten deseń, ale… I tak odczuwam pewien dyskomfort i jakoś (piszę to wyznanie w nocy) nie mogę zasnąć.

#8NEHc

Niedziela 6:00. Idę po krowy, żeby zgonić je na dojenie mleka. Po drodze mijam mężczyznę ok. 50 lat. Skręcam w leśną drogę. Coś mi mówi, że ten gościu za mną idzie. Odwracam się. Stoi przyczajony na zakręcie tak, że prawie go nie widać. Przestraszyłam się. Bez zastanowienia powiedziałam stanowczy głosem "Proszę za mną nie iść, bo ja teraz krowy będę gonić". Podziałało, zawrócił...

#Xx5LL

Nie cierpię swojej rodziny. Są po prostu okropni. Cale życie podcinali mi skrzydła, przez co zaprzepaściłam życiową szansę na pracę w wymarzonej branży, wszystko im nie pasuje, wszystko wiedzą najlepiej. Święta to koszmar, awantury i krzyki, ciągłe oskarżanie się o plotki i pomówienia. Wizyta rodzicielki w moim domu to jeden wielki maraton wytykania mi każdej drobiny kurzu i nieumytego kubka, z którego dopiero skończyłam pić. Babka terroryzuje wszystkich, mam wrażenie, że jeszcze trochę i rozkaże, by się przed nią kłaniać.
I wiecie co jest najśmieszniejsze? Myślałam, że to normalne, że tak jest wszędzie... póki nie poznałam swojego narzeczonego.

Jego rodzice to cudowni, ciepli ludzie, którzy pomagają wszystkim jak tylko mogą, jego rodzeństwo dosłownie wskoczyłoby w ogień za sobą. Święta z nimi wyglądają jak z reklamy coca-coli (tylko coli nie ma). Wszystko załatwiają na spokojnie, bez krzyku i wyzwisk, a ja odkryłam, że wooow, tak się da? Bez podnoszenia głosu i trzaskania drzwiami? Dla osoby, która wychowała się z wariatami był to szok. Uwielbiam jego rodzinę, gdy co tydzień wszyscy się spotykają przy jednym stole. Nieważne, czy ktoś mieszka daleko czy blisko, jego brat specjalnie przemierza 150 km, by być w ten jeden wieczór razem z rodziną.
Jakiś czas temu odważyłam się powiedzieć do teściowej "mamo" i odkryłam, że da się to zrobić z miłości, nie ze strachu czy obowiązku.

Kocham narzeczonego, ale jestem chyba jeszcze bardziej zakochana w jego rodzinie. Zależy mi, by być jej częścią i nawet gdy się kłócimy czasem wolę odpuścić - ze strachu, że stracę tak cudownych ludzi.

#c7gQV

Drodzy faceci, trochę powagi i samokrytyki.

Dwa lata temu zerwałam z facetem po długim, poważnym związku, około roku temu samotność zaczęła mi mocno doskwierać, a że jestem raczej temperamentna, to stwierdziłam, że mogę sobie zaszaleć póki nie znajdę kogoś odpowiedniego do kolejnego, długiego związku. Dawałam się podrywać jak i sama podrywałam zarówno na mieście i imprezach, ale używałam też na przykład pewnej aplikacji.

Moje wnioski są takie, że większość facetów to łóżkowe niedojdy. Spora część z was wytrzymuje za krótko, żeby zadowolić kobietę. W tym jest odsetek takich, co potrafią skończyć w mniej niż minutę. Rekord to facet, który skończył w gumkę zanim w ogóle włożył.
Dalej jest spory procent takich, którym po prostu "konar nie płonie". To naprawdę robi się jakaś plaga... I nie ma tu żadnej reguły, fajny, wysportowany, młody i pewny siebie facet też może mieć takie problemy. Tylko wiecie jak beznadziejnie się czuje kobieta, kiedy leży i czeka, a facet próbuje "wstać", a potem i tak nic z tego?
Rozmiar ma znaczenie i cóż... Średnia to średnia, więc wiem, że ktoś musi mieć mniej, żeby ktoś mógł mieć więcej. Ale jak facet ma taki rozmiar, że ledwo go czuć, to zaczyna się trochę problem. I tak, wiem, to niczyja wina, że komuś poskąpiło, ale wtedy wypada się nauczyć jakiś pozycji albo sztuczek, żeby swój feler zamaskować.... A kiedy poprosiłam, żeby spróbował innej pozycji, to "tak mi nie wygodnie", więc kolejnej randki nie było.
Dalej jest totalny łóżkowy egoizm. Jeden przykład był akapit wyżej... Ale kiedy oczekujesz, że dziewczyna będzie robiła głębokie gardło jak w pornosach i pozwoli Ci skończyć sobie na twarzy, a sam nie robisz minety, bo "to obrzydliwe", to nie licz na cokolwiek.


Tak że zanim znowu ktoś napisze, że wszystkie dziewczyny to kłody albo coś w tym stylu, powinien zastanowić się, czy sam jest takim ogierem, za jakiego się uważa, bo z moich doświadczeń jak na razie wynika, że może z 2-3 facetów na 10 można uznać za dobrych w łóżku ;)

#fx2cH

Kojarzycie piosenkę dla dzieci "Puszek Okruszek"? Zaczyna się słowami "Mój dziadek dał mi psa".

Kiedy miałam pięć lat, również bardzo chciałam mieć pieska, ale był jeden problem - obaj moi dziadkowie już nie żyli. Z tego powodu zamiast męczyć o niego babcie czy rodziców, postanowiłam, że po prostu dziadek musi zmartwychwstać (skoro Jezus dał radę, to czemu by nie dziadek?) i mi tego pieska załatwić. Grób jednego z dziadków znajdował się w mojej miejscowości, więc za każdym razem, kiedy babcia szła go odwiedzić, chętnie się z nią zabierałam. Na szczęście nigdy się nie dowiedziała, że nie wynikało to z jakiegoś przywiązania do przodka, którego nawet nie poznałam, po prostu za każdym razem stawałam nad grobem i prosiłam dziadka, żeby wyszedł, bo ja tak bardzo chcę zwierzaka.

#pb7p5

Wnerwiają mnie rodzice/opiekunowie uważający, że skoro mają dziecko to im się wszystko należy, we wszystkim mają pierwszeństwo i każdy musi im ustępować.
Jakiś czas temu w tramwaju pani staranowała mnie wózkiem "bo ona musi wejść i już" nie mogła zaczekać kilku sekund aż ja i inni pasażerowie wyjdziemy z tramwaju. Skończyło się rozcięciem na łydce i wielkim siniaku.

Innym razem mój chłopak został wyzwany od najgorszych(padło kilka przekleństw) bo nie pomógł kobiecie wnieść wózka do tramwaju. Czemu nie pomógł? Otóż był to tramwaj do którego wchodzi się po schodkach, stary z naklejką że nie można do niego wnosić wózków. 

Sytuacja sprzed dwóch dni. Wraz z przyjaciółką wybrałyśmy się na zakupy. Stanęłyśmy przy kasie. Podeszła do nas kobieta z masą ubrań i tekstem "ja mam dziecko więc mam pierwszeństwo i wejdę przed wami". Faktycznie miała ze sobą około 3-letnią dziewczynkę, ale w czym to niby ją upoważnia żeby tak chamsko wcinać się w kolejkę? Na naszą odpowiedź, że każda ma tylko po dwie rzeczy i nie zajmie to dużo czasu, wyzwała nas od niewychowanych gówniar(mamy po 25 lat). 

Dziecko było spokojne, a ta kobieta chodziła już po sklepie kiedy my do niego weszłyśmy, czyli jakoś bardzo jej się nie śpieszyło(kiedy wychodziłyśmy z galerii 1,5h później minęłyśmy tą samą kobietę wchodzącą do innego sklepu odzieżowego. 

Rozumiem w aptece albo gdyby poprosiła kulturalnie o przepuszczenia czy gdyby dziecko płakało i chciała jak najszybciej wrócić do domu ale nieee...tu chodziło jedynie o to, że ona ma dziecko i jej się należy. 

Kolejna sytuacja, wracałam z pracy po 16. Tramwaj pełen ludzi(wracających ze szkoły, uczelni i pracy), tłok okropny. Otwierają się drzwi przy jednej z galerii i kobieta z wózkiem wpycha się w ten tłum ludzi, krzycząc że ona ma wózek i mamy jej ustąpić. Część z ludzi wyszło, ona się jakoś wepchnęła i wyszła po 2 przystankach, przejście tej odległości zajęło by jej z 10 min, pogoda była ładna...ilu ludzi zmęczonych po swoich zajęciach musiało wyjść i czekać na kolejny tramwaj, którym będą jechać 30 min, żeby ona mogła przejechać 2 min....przecież to jest chore...

Innym razem, pan wyglądający na typowego nieroba zwyzywał ludzi wychodzących z tramwaju. Czemu? bo on ma wózek i ma pierwszeństwo. To nic że stał w środku tramwaju, ludzi było dużo i nie miał jak wyjść póki tam stali, on chciał wyjść pierwszy...nie mam pojęcia jak, może chciał przejechać po innych pasażerach...

Podobnych sytuacji była masa i nie rozumiem co niektórymi ludźmi kieruje żeby przyjmować tak roszczeniową pozycję względem reszty społeczeństwa tylko dlatego, że mają dzieci. Mają to mają, ich sprawa, odpowiedzialność i ich decyzja. Dlaczego inni mają im ustępować, słuchać chamskich rozkazów typu "wnieś mi wózek", "ustąp miejsca", "puść mnie przodem"?

#DQVLq

Boję się pracować. Mówię tu o pracy w zatrudnieniu, z umową itd. Żeby robić coś w domu, pomalować płot, pomóc komuś przy remoncie, nie ma problemu. Postawić budę dla psa - chętnie, skosić trawę - jasne, posprzątać samochód - spoko. Takie czynności nawet mnie odprężają. A w pracy w zatrudnieniu ni cholery nie wytrzymam. Bez znaczenia, czy to magazyn, produkcja, kontrola jakości, obsługa klienta, wszędzie kończy się tak samo. Nawet jak robota jest naprawdę w porządku, ludzie życzliwi, ja się ciągle boję, nawet sam nie potrafię określić, czego dokładnie. Ludzi? Zadań? Odpowiedzialności? Pewnie wszystkiego po trochu.

Przepracować 8 godzin to dla mnie katorga, z nerwów aż mnie brzuch boli. Zaraz pojawiają się myśli, czy dam radę to zrobić, pewnie się nie uda, o matko, jeszcze 6 godzin, a ten pracownik to mnie chyba nie lubi, o nie, wszyscy widzieli, jak mi to upadło itd. Już wiele razy było tak, że szedłem do nowej pracy, pracowałem przez 4 godziny i pod jakimś dokładnie zmyślonym i dopracowanym w każdym szczególe pretekstem uciekałem do domu, by potem rozwiązywać umowę z pracodawcą. Zdaję sobie sprawę, że to zwykłe oszukiwanie pracodawcy, ale za każdym razem, gdy uda mi się opuścić zakład, czuję taką ulgę, jakbym uratował się z tonącego statku.

Czasami udaje mi się dłużej wytrzymać, tak trzy miesiące maksymalnie. Wolę nie myśleć, jak się z PIT-em rozliczę. Boję się też tego, że się okaże, iż po prostu jestem jakiś chory. Znając moją rodzinę, nawet gdyby postawiono mi jakąś diagnozę, uznaliby mnie za zwykłą pipę. "Nie wydziwiaj i do roboty! Nikt cię utrzymywał nie będzie!" Ano właśnie. Trzeba z czegoś żyć. A ja się boję zapracować na chleb.

#N2vHv

Mam dość, po prostu dość. Całe życie udaję przed wszystkimi, a przede wszystkim sama przed sobą twardą kobietę. Pochodzę z rodziny patologicznej, ojciec od kiedy pamiętam pił, a matka mimo że miała gdzie pójść, była w niego tak zaopatrzona, że była na każde jego skinienie. Nasza czwórka wychowywała się praktycznie sama. Od zawsze byłam nauczona, że jeśli chcę coś mieć, to muszę sama sobie to ogarnąć. Nie prosiłam ojca ani o ubrania, ani o książki. Kupowałam je ze stypendiów za naukę albo z zarobionej kasy, robiąc na drutach lub szydełku różne cuda. Tak bardzo chciałam wyrwać się z domu, w którym ojciec był wiecznie pijany, że sama wcześnie założyłam rodzinę. I grałam taka silną babkę, aż do teraz.

Ogarniam dom, pracę, chore dziecko, ale mam dość takiego życia. Mimo tego, że mam partnera, wszystko robię sama. Dziś spadły mi klapki z oczu. Jestem praktycznie od wszystkiego, bez prawa do zmęczenia, do choroby. Dziś usłyszałam, że do niczego się nie nadaję, bo mój partner był zły, że musiał zostać z naszym dzieckiem, gdy ja byłam w pracy. Mniejsza z tym, że po pracy musiałam zrobić zakupy, ogarnąć dom i zrobić obiad. Gdy muszę iść z synem do szpitala, tak samo ma pretensje, że biorę wolne w pracy. Jednym słowem opieka nad młodym przypada tylko mnie. Jeśli on raz na jakiś czas z nim zostanie, zawsze kończy się kłótnią. Mam ochotę po prostu z tym wszystkim skończyć, zamknąć oczy i już nie mieć żadnych problemów. Gdyby nie młody, chyba bym to zrobiła, ale nie mogę go zostawić, dla niego, mimo że mam dość, zaciskam zęby i udaję dalej.

Uciekając przed jedną patologią wplątałam się w drugą, wiem, że muszę to zakończyć, ale nie wiem, czy znajdę na to siły. Trzymajcie za mnie kciuki, bo naprawdę jestem bliska zamknięcia się w łazience i skończenia z tym wszystkim.
Dodaj anonimowe wyznanie