Gdy miałam kilka lat, to zawsze jak wracałam do domu z pobliskiej budki z lodami jeden z pracowników pobliskiego zakładu mówił "Daj polizać" i przy tym rechotał, a ja za każdym razem zawstydzona wracałam do domu z płaczem.
Któregoś dnia mama powiedziała mi, co mam odpowiedzieć - znaczenie tych słów zrozumiałam wiele lat później.
Kolejnego dnia znów wracam z lodem do domu i słyszę:
- Daj polizać!
Na co odpowiadam:
- Nie chce mi się gaci ściągać...
Wybuch śmiechu jego kolegów pamiętam do dziś, a chłopak nigdy więcej mnie nie zaczepił.
Strasznie dużo się podniecam, więc poszedłem do lekarza. Spytał, kiedy to się dzieje, a ja mu na to, że no normalnie, czuję mrowienie tam na dole i po prostu mi się od tego chce. 15 minut później wyszedłem od niego z receptą na preparat na wszy łonowe.
Nie jestem polakiem nie umiem uzywac polskie znakow.
Moja mama jest w polowie polka w polowie z mongolii. Urodzila sie w polsce i wyglada jak azjatka i byla wysmiewana za swoje pochodzenie, wiec szybko po 18 urodzinach uciekla z kraju i wziela slub z obcokrajowcem. Zaczela nienawidziec polski i kiedy sie urodzilem nie wiedzialem nawet ze jestem polakiem. W rodzinie nigdy nie bylo polskich ksiazek, polskiego mowienia czy polskiej szkoly. Kiedy wyrazilem zainteresowanie nauki jezyka mama mnie wysmialawa i wyzywala polske mowiac ze wszyscy tam sa rasisci ktorzy nie lubia innych od nich. Zaczalem nauki sam z internetu ogladajac polskie vlogs i nauczylem sie mowic prawie Okay. Jest ALE - nie umiem pisac z polskimi znakami od reki albo na komputerze. Kiedy uczylem sie pisac nie uczylem sie tych akcentow śśćć i teraz nie umiem ich uzywac. Wiem gdzie zmienic klawiature zeby miala akcenty i gdzie wcisnac klawisz zeby akcent sie wyslal ale jak tylko probuje to zastosowac to pisze jak bardziej analfabeta niz teraz. Nie umiem wytlumaczyc to podam przyklad:
ala maluje plot - wiem jak to wymowic i ze 'l' w plocie czyta sie jak ł ale jak probuje dodac akcenty to nigdy nie pamietam gdzie i wyjdzie cos jak 'ąła maluję plót'. Rozumiem roznice miedzy ala i ałą i ze to nie jest ten sam wyraz ale i tak nie umiem tego zrobic.
Zeby zrobic moj polski lepszym pisze komentarze pod postami na facebook czy innych media ale tez zeby nabrac pewnosci siebie. Lubie jak ludzie poprawiaja moje bledy w sposob mily ale od takiego czasu dostaje tylko wyzwiska od idiotow jacy nie potrafia nawet wlaczyc glupiego akcentu i po co mnie komputer jak nie umiem go uzywac. Kiedy zrobie blad ortograficzny albo zle odmienie koncowki to nazywaja mnie wsiokiem albo tepakiem. Kiedy spedze 30 minut piszac akcenty i poprawiajac skladnie ale napisze cos nie tak to wyzywaja mnie ANALFABETOW i glabow kapuscianych ktore spaly w szkole i nie wiedza ze UBIERA SIE DZIECI a buty sie 'wzuwa' (?) a TĄ PATELNIĄ moge sie walnac w ten pusty dzban bo mam zapytac o te patelnie.
Im wiecej korzystam z polskiego internetu tym bardziej rozumiem czemu moja mama uciekla z tego kraju. Z kazdym dniem mniej chce mi sie starac pisac po polsku. Chcialem objac moje polskie dziedzictwo i byc z niego dumny ale chyba dam sobie spokoj.
Nie wiem po co to pisze bo zaraz ktos mi napisze ze mam se wlaczyc akcenty albo ugotowac obiad mojej zonie-kozie. Albo jedno i drugie.
Tylko boli mnie serce ze ludzie z kraju mojej matki traktuja mnie jak kosmite bo nie umiem pisac po polsku.
OD ADMINA: to wyznanie nie było w żaden sposób poprawiane.
Kupiliśmy z żoną lustro do przedpokoju. Wieszałem je sam, pod mój wzrost było idealne, ale dla niej okazało się za wysoko. Kiedy ustaliliśmy wysokość, lustro zostało przykręcone na właściwe miejsce, po poprzednim zostały dziury. Chciał nie chciał trzeba zaszpachlować i pomalować, żeby jakoś to wyglądało.
Przygotowany w odpowiednie narzędzia wziąłem się do roboty. Kiedy zacząłem mieszać szpachlę wlało mi się za dużo wody i mieszanka był za rzadka, a więcej szpachli nie było, i wpadłem na najdurniejszy pomysł w moim życiu. Przypomniało mi się, że na makijaż mocno pomalowanych kobiet mówi się szpachla. Otworzyłem szafkę w łazience i przeszukałem żony kosmetyki. Znalazłem to czego szukałem - puder do twarzy. Wsypałem trochę do mieszanki, a że jeszcze było mało, to wrzuciłem całą zawartość. Mieszanka jak się patrzy, dziury zaszpachlowane, ale cóż, trzeba odkupić kosmetyk, coby dziewczę się nie zorientowało i żeby nie było rozwodu. Chwyciłem opakowanie i pędzę do laptopa, żeby sprawdzić w jakim sklepie dostanę ten puder... i doznałem szoku, jak można za takie małe opakowanie dać tyle kasy. Nic, popędziłem do drogerii, kupiłem z zaskórniaków ten przeklęty puder. I była to najdroższa szpachla, która - uwaga - kosztowała mnie 400 zł za 66 gramów. Oczywiście nie było tak kolorowo, luba i tak się zorientowała, bo nie zdjąłem zabezpieczenia.
Za żadne skarby się nie przyznam jakim osłem jestem i że mamy najdroższą szpachlę wszech czasów. Powiedziałem, że puder spadł, jak szukałem kremu do rąk.
Zacznę od tego, że mam alergię na większość zwierząt futerkowych. W naszym domu nigdy ich nie było (właśnie z tego powodu), a gdy szłam w odwiedziny do ludzi, którzy mieli psy i koty, musiałam uzbroić się w zapas chusteczek. W czasie napadu łzawiły mi oczy, kichałam, czasami puchła mi twarz. Według lekarzy nie istniały idealne leki na taką przypadłość i najlepszym remedium było unikanie alergenu. I tak robiłam, aż do czasu, gdy poznałam Marka.
Oboje mamy po 22 lata i mieszkamy w jednym mieście, tu pracujemy i studiujemy. Marek ma psa - dużego owczarkopodobnego Alexa. Jeszcze zanim zaczęliśmy chodzić ze sobą na poważnie, poinformowałam go o mojej przypadłości. Niby zrozumiał o czym mówię, ale machnął na to ręką - trochę sobie pokicham i będzie cacy. Zawsze gdy do niego przychodziłam, cierpiałam katusze związane z tym psem. Żeby nie było - jest to urocza, spokojna psinka, ale przez niego nawet godzinne spotkanie w mieszkaniu Marka zamieniało się w koszmar. Pobijałam wtedy rekordy we wstrzymywaniu oddechu i łez, które ciekły mi z czerwonych oczu. Wielokrotnie prosiłam go, byśmy spotykali się u mnie albo gdzieś na mieście, bo przy Alexie ledwo mogę wytrzymać. Czasami się zgadzał, czasami nie. Uważał, że przesadzam, bo zna mnóstwo alergików i żaden tak nie reaguje na zwierzaki. To był początek naszego związku i taka byłam w nim zakochana, że zgadzałam się na towarzystwo Alexa.
W końcu, po jakichś sześciu miesiącach związku, zgodziłam się u niego nocować. Przed tym wielkim wydarzeniem zaopatrzyłam się we wszystkie możliwe środki zaradcze, w tym jakieś krople do oczu, nawilżane chusteczki itd. Kiedy przyjechałam do Marka poprosiłam, by tę jedną noc Alex spędził zamknięty w salonie albo innym pokoju - zwykle spał z Markiem na łóżku. Zgodził się, ale gdy wyszłam z łazienki, to pies spał już w nogach łóżka - według Marka bał się spać gdzie indziej. No dobra, pomyślałam, przeżyję jakoś. Koło północy obudziłam się i poczułam paskudne drapanie w gardle. Oczy miałam spuchnięte, rzęsy zlepione od łez. Przeleżałam tak jeszcze godzinę, w końcu, uważając, by nie obudzić Marka, wyszłam na balkon. Teraz już naprawdę walczyłam o oddech. Nie wytrzymałam i poprosiłam, by zawiózł mnie na pogotowie, bo się duszę. Nie uwierzył mi, ale zawiózł do szpitala i wrócił wkurzony do mieszkania. Tam lekarze dali mi zastrzyk i przetrzymali do południa na obserwacji.
Jakiś czas później spotkałam się z naszą wspólną koleżanką. Okazało się, że Marek powiedział innym o mojej sytuacji i wielu z nich uznało to za komiczne. Dodatkowo dali mu kilka wspaniałych rad - jak ktoś nie kocha zwierząt, to nie jest człowiekiem, zostaw ją, niech śmieci się same wyniosą, jestem zła, bo każę mu wybierać między psem a nią.
Jestem załamana - kocham Marka, ale nie będę ryzykować zdrowia dla Alexa.
Mam 16 lat i zawsze bolało mnie to, jak rodzice traktują mnie, a jak mojego brata (nazwijmy go Kamil).
Kamil ma 12 lat i od 8 lat trenuje piłkę nożną, jest mało ambitny, leniwy, arogancki i cyniczny.
Odkąd pamiętam dobrze się uczyłam, miałam koleżankę, z którą rywalizowałyśmy o oceny (była to zdrowa rywalizacja, przyjaźnimy się do dzisiaj), poprawiałam każdą 3 czy 4, żeby mieć lepsze świadectwo (całą podstawówkę świadectwa z paskiem, listy gratulacyjne, liczne konkursy, stypendia).
Za każdą 3 był w domu krzyk, słyszałam od małego, że będę sprzątaczką, fryzjerką, nikim... Zawsze płakałam, bo przecież poprawię ocenę, ale w gimnazjum coś we mnie pękło, zrozumiałam, że nie muszę być ze wszystkiego najlepsza, więc uczyłam się tego, z czym wiązałam przyszłość.
Krzyki o oceny nadal były (miałam 3 z fizyki i chemii, reszta ocen 4, 5, 6), słyszałam, że nie dostanę się do liceum, żebym zaczęła szukać sobie bogatego męża, bo i tak będę nikim, że będę sprzątać kible, dlaczego nie mogę się nauczyć... Często "za karę" nie mogłam jeździć do stajni, bardzo mnie to bolało, siedziałam w domu i użalałam się nad sobą, ale dostałam się do wymarzonego liceum. Rodzice zaczęli mówić, że to ich zasługa, bo mnie MOTYWOWALI, WSPIERALI, POMAGALI. Tak, ciągłe poniżanie, wyzwiska i straszenie to była motywacja.
Mój brat natomiast jest średnim uczniem, mama musi siedzieć z nim po nocach i uczyć się słówek z angielskiego, inaczej nawet nie zajrzy do zeszytu. Ma same złe oceny, ale przecież on nie musi być najlepszy. Nie zależy mu na ocenach, bo on dobrze gra w piłkę i będzie piłkarzem.
Codziennie po 4 godziny gra na konsoli w pewną grę na F, nie pomaga w domu, ciągle robi wszystkim pod górkę.Rodzice mają duży problem zawozić mnie do stajni kilka km od domu i płacić 30 zł za lekcje jazdy, ale jeśli Kamilek ma turniej, jeżdżą z nim do różnych miast i miasteczek, kupują stroje na turnieje, bluzy, plecaki. Dodam, że jeżdżę kiedy mam czas i ze swoich pieniędzy płacę za jazdy, chodzi tylko o dojazd.
Przykładów takich nierówności jest dużo, bo Kamil to beksa, wymusza płaczem na rodzicach. Nie musi sprzątać, wieszać prania, przecież ja to zrobię.
Często podpuszcza rodziców, żeby dawali mi jakieś kary np. Mamo, Ola (ja) nie nakarmiła psa, ona wcale się nim nie interesuje, lepiej będzie, jak oddamy go do babci (piesek jest MÓJ w 100%, kupiłam go za MOJE pieniądze i od zawsze sama się nim zajmowałam). Potem słyszę tylko, że jestem nieodpowiedzialna, oddadzą psa do babci, bo tam będzie miał lepiej. To niesamowite jak 12-letni gówniarz manipuluje dorosłymi osobami.
Dziewczyna, która bardzo mi się podobała, zaprosiła mnie do siebie na wieczór.
Oczywiście byłem bardzo podekscytowany.
Jednak od rana miałem, mówiąc wprost, sraczkę.
Wypróbowałem różne sposoby na tę przykrą dolegliwość i wydawało mi się, że jest w miarę OK.
Miło minęła nam pierwsza godzina. Siedziałem sobie wygodnie na kanapie i pałaszowałem pyszną zapiekankę (wiem, że nie powinienem jeść takich rzeczy na chory brzuch, ale głupio mi było odmówić), kiedy nagle zadławiłem się kawałkiem makaronu. Zacząłem kaszleć i... zwieracze mi puściły.
Tak... Puściłem kleksa w spodnie i niestety konsystencja była tak wodnista, że przeciekło na kanapę. Niby niedużo, ale smród się zrobił straszny...
Co zrobiłem?
Jak każdy odważny facet uciekłem z burakiem na twarzy i gównem w spodniach.
Co na to dziewczyna?
Co tu dużo mówić, już się nie spotykamy. Wszystko opowiedziała koleżankom i teraz jestem znany na swoim roku jako "Pan kleks".
Mając 7 lat usłyszałem rozmowę między moimi rodzicami a dziadkami.
Sprawa dotyczyła spadku - chodziło o niewielki kawałek lasu w miejscowości, gdzie mieszkali moi dziadkowie.
Słysząc tę dyskusję podbiegłem do babci i zacząłem prosić: „Ja też, ja też chcę mieć kawałek swojego lasu”.
Wyobraźcie sobie, że moja babcia spełniła tę prośbę i niedługo potem formalnie przepisała na mnie skrawek lasu.
Minęły wakacje i poszedłem do szkoły.
Pani z nauczania początkowego prowadziła zajęcia z przedmiotu nazywającego się wówczas środowisko: „Kochane dzieci ,musicie bardzo uważać. Lasy są bardzo suche, wystarczy 1 szklana butelka, aby skupić światło i wzniecić pożar. Las to nasze wspólne dobro”.
Tego już nie wytrzymałem - zgłosiłem się i z wściekłością wypaliłem: „A ja to mam swój prywatny las i jak będę chciał, to sobie go spalę”.
Pani osłupiała. Niedługo potem wezwała moją mamę na rozmowę.
Chyba nic nie dała, bo minęło 20 lat i nadal uważam „moje to moje”, ale nie bójcie się - lasów nie podpalam.
Jestem tak samotna, że dziś podczas podróży pociągiem udawałam, że śpię, żeby bezkarnie opierać swoją nogę o nogę pasażera obok.
Chłopak nawet mi się nie podobał... Chodziło o bliskość drugiej osoby.
Ostatnio mój brat robił wieczór kawalerski, pomysł aby go urozmaicić był taki, że każdy przebiera się za jakiegoś znanego wokalistę / aktora. Mój wybór padł na Michaela Jacksona.
Zbliżał się wieczór kawalerski, a ja poszedłem kupić biały garnitur, białe laczki i słynny kapelusz w stylu Jacksona. Po wydaniu grubej sumki na ten oto strój, wróciłem do domu i zacząłem się ogarniać. Wiadomo, kąpiel w wannie często zamiast 15 minut może trwać 2 godziny, tak było w moim przypadku. Zasiedziałem się, a wychodzić musiałem już za chwilę!
Zabrałem się za ogarnianie, szybko włosy na żel, woda kolońska, tylko założyć ciuszki i można wychodzić. Będąc w połowie drogi przypomniało mi się, że zapomniałem wziąć z domu szampana i portfela! Więc biegiem na klatkę i z powrotem.
Byłem już grubo spóźniony, więc zacząłem biec. Lecz mój sprint przerwał niebywały upadek! Ślizg na psim gównie, wielkim jakby było krowie! Umazałem sobie wszystko, dosłownie - buty, garnitur na plecach był cały brązowy, a kapelusz zatrzymał się na innym psim gównie, do tego rozbiłem szampana i wstając skaleczyłem się o szkło.
Było mi tak wstyd, że zadzwoniłem do brata i powiedziałem, że dostałem biegunki. Do dziś każdy myśli, że tak właśnie było.
Dodaj anonimowe wyznanie