Ostatnio mój brat robił wieczór kawalerski, pomysł aby go urozmaicić był taki, że każdy przebiera się za jakiegoś znanego wokalistę / aktora. Mój wybór padł na Michaela Jacksona.
Zbliżał się wieczór kawalerski, a ja poszedłem kupić biały garnitur, białe laczki i słynny kapelusz w stylu Jacksona. Po wydaniu grubej sumki na ten oto strój, wróciłem do domu i zacząłem się ogarniać. Wiadomo, kąpiel w wannie często zamiast 15 minut może trwać 2 godziny, tak było w moim przypadku. Zasiedziałem się, a wychodzić musiałem już za chwilę!
Zabrałem się za ogarnianie, szybko włosy na żel, woda kolońska, tylko założyć ciuszki i można wychodzić. Będąc w połowie drogi przypomniało mi się, że zapomniałem wziąć z domu szampana i portfela! Więc biegiem na klatkę i z powrotem.
Byłem już grubo spóźniony, więc zacząłem biec. Lecz mój sprint przerwał niebywały upadek! Ślizg na psim gównie, wielkim jakby było krowie! Umazałem sobie wszystko, dosłownie - buty, garnitur na plecach był cały brązowy, a kapelusz zatrzymał się na innym psim gównie, do tego rozbiłem szampana i wstając skaleczyłem się o szkło.
Było mi tak wstyd, że zadzwoniłem do brata i powiedziałem, że dostałem biegunki. Do dziś każdy myśli, że tak właśnie było.
Moja córeczka od jakiegoś czasu nieustannie bawi się sama. Pójdziemy na plac zabaw, chodzi sama na drabinkach. Pójdziemy na czyjeś urodziny, sama skacze w kulkach. Celowo odłącza się od grupy dzieciaków, choć wcześniej normalnie się z nimi bawiła. Po kilku dniach takiego zachowania spytałam Hanię dlaczego nie bawi się już z innymi dziećmi.
Odparła, że teraz wybiera sobie tylko ciekawe towarzystwo, dlatego najbardziej lubi bawić się ze sobą.
Trochę się boję co z niej wyrośnie.
Będąc kelnerem i obsługując stolik pewnej rodziny, wylałem całe piwo... na ich 3-miesięcznego bąbelka.
Może mnie zlinczujecie, ale no trudno.
Od jakiegoś czasu ta strona zmieniła się w stronę do wyżalenia się itp. OK, rozumiem, każdy ma swoje problemy, no ale jakoś średnio chce się czytać o czyichś problemach, mając masę swoich. Według mnie ta strona powstała w innych celach niż pomoc psychologiczna, są do tego inne strony, gdzie otrzymacie pomoc od profesjonalnych ludzi lub poznacie kogoś z tymi samymi problemami.
Nie piszę tego dlatego, że jestem nieuczuciowa, ale chciałabym czytać tutaj wyznania takie jak kiedyś, czyli jakieś głupie historie, które odmóżdżą mnie po pracy.
W mojej rodzinie od zawsze ceniło się dwie rzeczy - ciężką pracę i naukę.
Ojciec pracował na budowie od rana do nocy, nie raz widziałam, jak wraca wykończony do domu. Mama pracowała "tylko" jeden etat, czyli 8 h dziennie, ale za to cały dom był na jej głowie, gotowanie, sprzątanie, pranie, zakupy itd.
Ja razem o rok starszym bratem mieliśmy się uczyć, to była nasza praca, zawsze czerwony pasek, a brat miał jeszcze wygrane olimpiady z matematyki. W wakacje z bratem pracowaliśmy przy zbiorach truskawek, wiśni i ogórków.
I teraz obecny czas: ojciec nie żyje, zmarł na zawał w czasie pracy.
Mama jest tak schorowana, że potrzebuje mojej pomocy przy codziennym życiu.
Brat jako pan profesor matematyki pracuje na pewnej uczelni.
A ja mam wykształcenie, życie mi się ułożyło i zawodowo, i prywatnie, mam męża i dwoje dzieci.
Ale mam tajemnicę, o której wie tylko mąż: chodzę na terapię, ponieważ nie umiem odpoczywać. Nie potrafię cieszyć się z czwórki córki, bo mam wrażenie, że jest leniwa, bo to powinna być szóstka.
Dobrze, że mąż jest tym wyluzowanym rodzicem i mnie strofuje, bo inaczej dzieci czułyby, że nie są dla mnie wszystkim. Mówię im, że je kocham, ale okazać to jest mi trudno.
Nie mogę o tym powiedzieć mamie, bo ona uważa, że to dobrze, że nie jestem leniwa, a dzieci przecież mają się uczyć, brat uważa tak samo. A ja się wstydzę.
Mam nadzieję, że terapia pomoże, nie chcę się kiedyś obudzić z wiedzą, że życie mi przeciekło między palcami.
Opowiem wam dziś o psich madkach. Moja sąsiadka jest przedstawicielką tego cudownego gatunku.
Jej pimpuś (mały piesek) musi wejść absolutnie wszędzie, bo inaczej jest awantura. Chodzenie z nim do sklepu spożywczego czy galerii to już standard. Ostatnio próbuje go brać do muzeów na wystawy, żeby "sobie pooglądał" (na szczęście z tego co słyszałem nie wypuścili go). Słyszałem, że w pracy naciska na szefostwo, żeby pozwolili przyprowadzać psy do pracy, bo ona tęskni za pimpkiem.
Do tego jej pies jest zwyczajnie niewychowany. Skacze i szczeka na wszystkich. Gdy tylko zwróci się uwagę, że pies powinien chodzić na smyczy czy że nie wszyscy chcą być atakowani przez niego, sąsiadka wywołuje okropną szopkę. Bo przecież każdy musi pimpusia kochać i uważać za kolejny cud świata. Jeśli tego nie robisz, to jesteś ZŁYM człowiekiem.
Skąd się biorą tacy ludzie?
Przez 6 miesięcy pracowałem w średniej wielkości B&B w Irlandii. Znalazłem to cudo poprzez agencję pracy (nie rób tego). Pracowałem sam, po 70h tygodniowo, z grubsza pokazano mi jak przygotowywać śniadanie, a jak czyścić pokoje, w ogóle to miało tylko wyglądać na czysto. Szefa praktycznie nie było, bo sam pracował na pełen etat, więc jako 18-letni gówniarz praktycznie prowadziłem hotel, byłem czasami odpowiedzialny za ponad 30 osób naraz. Robiłem tam dosłownie wszystko: pranie, prasowanie, przygotowywanie śniadań, zmywanie, zastawa, zmienianie całej pościeli, sprzątanie wszystkiego. Nie miałem żadnego doświadczenia zanim zacząłem w owym hotelu, coś mnie przekonywało, że to norma. Dopiero z perspektywy czasu widzę, jak bardzo byłem wykorzystywany.
Szef to był skąpiec jakich mało:
- Musiałem zbierać z wszystkich koszy puste buteleczki po szamponach i odżywkach i nalewać do nich zawartość z dużych butli, wylewając przy tym połowę, bo nie miałem lejka ani nic, no co za oszczędność!
- Patelnie na kuchni miały luźne uchwyty i w każdej chwili mogłem się po prostu poparzyć gorącym olejem. Wspominałem o tym, ale brak reakcji.
- Wyposażenie kuchni było co najmniej amatorskie, a cała chemia najtańsza jaka jest, która nawet nie działała.
Wziąłem się do pracy, ustaliłem, że mam dwie szmaty, jedną do łazienek, gdzie zawsze na końcu myłem kibelek, a drugą do powierzchni w pokojach, odkurzałem codziennie, dezynfekowałem powierzchnie. Na kuchni jak zmywałem, to najpierw myłem talerze w jednej wodzie, a potem płukałem w świeżej, wszystko standardowo, do czasu...
Rozkręcił się sezon, gości znacznie więcej, nie miałem fizycznie czasu wykonywać wszystkich moich obowiązków do końca. Mówiłem o tym mojemu managerowi, ale on uspokajał mnie, że mamy znikome negatywne komentarze i że jest w porządku. O dziwo, rzeczywiście opinie na bookingu były prawie zawsze dobre.
Z dwóch szmat teraz w użytku była tylko jedna, do wszystkiego, w dowolnej kolejności, na 10 pokoi. W łazience przecierałem ślady po paście na lustrze i umywalce, spłukiwałem toaletę, nowy papier i gotowe, nie było czasu odkurzać. Szmata prosto z kibla lądowała na biurko oraz tackę, na której był czajnik, odwrócone do góry nogami kubki oraz bezpośrednio na niej łyżeczki. Czasami nie zmieniałem pościeli na kilku ostatnich łóżkach, bo goście już dzwonili do drzwi, sprawiałem tylko, że wszystko tylko wyglądało na czyste. Czułem się obrzydliwie, przy wprowadzaniu gości starałem się nadrobić najlepszą obsługą klienta jaką potrafiłem, rozmową i żartami, przez co nieraz dostawałem napiwki i czułem się jeszcze gorzej. Nie potrafiłem tak po prostu oszukiwać ludzi.
Wiem, że to nie moja wina, robiłem co mogłem, chciałem sobie tylko trochę dorobić.
Gdy sezon jeszcze bardziej się rozkręcił, nie wytrzymałem ze zmęczenia i stresu i się zwolniłem.
Mam kuzynkę, ma 26 l. Odwiedziłyśmy ostatnio babcię i tak siedzimy i pijemy herbatkę.
Babcia przynosi pomarańcze, żebyśmy się poczęstowały. Kuzynka jeść nie będzie, jeśli jej się nie obierze. Ja w szoku, babcia zaczyna obierać, ja w jeszcze większym szoku.
Jakiś czas później babcia przynosi jabłuszka. Kuzynka jeść nie będzie, jeśli nie będą obrane i pokrojone. Ja w szoku, babcia obiera i kroi, ja w jeszcze większym szoku.
Nadchodzi wieczór, czas spać. Ścielę sobie łóżko, kuzynka stoi i czeka, aż ktoś to za nią zrobi. Patrzę, nie dowierzam. Babcia (mimo moich uwag) pościeliła łóżko kuzynce.
Ranek. Kuzynka nie wstanie, jak nie dostanie śniadania do łóżka. Babcia przyniosła herbatkę i kanapeczki.
Po obiedzie kuzynce zachciało się czipsów. Oczywiście sklep tak daleko... (200 metrów), babcia poszła.
Ja rozumiem, że babcie lubią rozpieszczać wnuki, ale czy to nie jest już lekka przesada?
Ostatnio trafiłam na szpitalny oddział ratunkowy w jednym z większych polskich miast. Selekcja wstępna i wydanie opaski. Dostałam zieloną (podejrzenie skręconej kostki, jak się potem okazało - jednak pękniętej). Stwierdziłam, że to zrozumiałe, jak by nie patrzeć nic mojemu życiu nie zagraża.
5 godzin później, kiedy wciąż czekałam na przyjęcie, koło mnie na korytarzu odstawiono kobietę z otwartym złamaniem na nodze. Dosłownie widziałam jej kość. Raz, że myślałam, że zaraz zwymiotuję na ten widok, dwa - ona też miała zieloną opaskę. No to był dla mnie szok, ale pomyślałam - OK, może mają jakieś poważniejsze przypadki.
Minęły kolejne 3 godziny i już prawie byłam u lekarza, kiedy znów przywieziono pacjenta, tym razem chłopca, który miał wbitą gałąź czy patyk w policzek. On również miał zieloną opaskę.
Ja naprawdę nie wiem, co człowiekowi w Polsce musi się stać, żeby była choćby ta pomarańczowa.
Dość wcześnie straciłam matkę, która zmarła w tragicznych okolicznościach. Po tych wydarzeniach moje dzieciństwo się skończyło. Już nic nie było takie jak wcześniej. Musiałam być silna dla siebie, młodszego brata i ojca, który całkowicie się załamał.
Dziś mam 28 lat, jestem po ślubie i planuję wraz z mężem dziecko. Bardzo się ekscytuję na samą myśl o tym, że będę mogła bawić się z dzieckiem tymi wszystkimi klockami, jeździć na hulajnodze, czytać mu te kolorowe książeczki, chodzić z nim na zajęcia sportowe i wspierać na zawodach.
W skrócie mam wrażenie, że chcę przeżyć z moim dzieckiem to, co mnie ominęło. Nie wiem, czy to dobrze, czy lepiej odłożyć macierzyństwo na później i wcześniej samej dojrzeć, chociaż mam już swoje lata, męża oraz stałą pracę w zawodzie.
Dodaj anonimowe wyznanie