Niedawno skończyłam 30 lat, a dopiero teraz postanowiłam zapisać się pierwszy raz na wizytę kontrolną u ginekologa.
Moją motywacją nie jest jakieś złe samopoczucie czy choroba, tylko to, że u mamy wykryto guza szyjki macicy w zaawansowanym stadium, w związku z tym, że właśnie unikała ginekologa.
Boję się o mamę, boję się, że przez moją głupotę sama zaniedbałam zdrowie, a nie mam komu o tym opowiedzieć, bo jedyną osobą, która by mnie teraz pocieszyła, jest były przyjaciel, z którym nie rozmawiam od roku...
Jestem tatą, mam syna, który ma autyzm.
Od jakiegoś czasu syn wykazywał zainteresowanie sportem...
Nie mówił o tym, bo wypowiedzenie kilku słów na tydzień jest jego górną granicą, ale gdy zauważył w TV np. reklamę, w której ktoś biega albo robi pompki, to też próbował. Dla mnie to był szok, to jak stumilowy krok w nawiązaniu kontaktu.
Ostatnio byłem z nim na siłowni, bałem się że ktoś może wytykać palcami, albo że będzie panikował i ostatecznie narobimy tylko hałasu, lecz spotkałem tam mnóstwo wyrozumiałych ludzi, byłem w szoku jak wszyscy byli tolerancyjni, ktoś nawet wytłumaczył jak robić poprawnie ćwiczenia, syn był wyjątkowo spokojny, zachowywał się tam jakby był tam codziennie.
Nie skłoniło by mnie to do wyznania, skłoniła mnie ostatnia minuta, gdy już wychodziliśmy mój Syn spojrzał w moją stronę i powiedział "dziękuję tato".
Gdy w domu opowiedziałem o tym żonie, oboje płakaliśmy chyba z pół godziny... Coś czuję, że na siłownię będziemy uczęszczać regularnie.
Mało anonimowe, ale chciałem żebyście wiedzieli.
Od piątego roku życia wyplułam może z dziesięć razy gumę do żucia, zawsze zjadam.
Nie powoduje to zatkania kiszek, boleści czy czegokolwiek podobnego.
Za to jeśli spożyje się odpowiednio dużo miętowej gumy, efekt, ekhm, "odświeżenia" występuje również przy stawianiu klocka, który czasem ma woń spalonej gumy zamiast standardowej.
To tyle, dziękuję.
Jestem prawnikiem.
Jeszcze do niedawna chciałam "zmienić świat" i zająć się tymi dziedzinami prawa, które uważałam za najbardziej szlachetne. Uważałam, że uda mi się zrealizować moją chęć pomocy innym w tym zawodzie. Może i idealistyczne podejście, ale dla mnie to naprawdę miało duże znaczenie. Muszę również nadmienić, że jestem feministką, która wierzy, że w naszym społeczeństwie nadal istnieją sytuacje, w których kobiety są na gorszej pozycji. Jak tylko mogę, staram się wspierać inne kobiety i cieszę się, kiedy odnoszą sukcesy i dobrze im się powodzi.
W czasie studiów odbyłam wiele różnych praktyk (nie mieszkam w Polsce), w tym roczny wolontariat w sądzie rodzinnym. To, co tam zobaczyłam, sprawiło, że straciłam zapał nie tylko do niesienia pomocy w moim zawodzie, ale także zauważyłam zachwianie mojej wiary w feminizm i pewnego rodzaju "solidarność jajników".
Niekiedy wracałam z sądu i chciało mi się wyć. Bo jakaś klientka znowu (tak, nie były to jednostkowe sytuacje) radośnie mnie informowała, że z premedytacją mści się na byłym, byleby tylko nie miał kontaktów z dzieckiem. Najczęściej było to w ramach kary za zdradę, bądź po prostu zwykłe wystąpienie o rozwód. Do tego dochodziły sprawy, gdzie kobiety posądzały swoich byłych o tak wstrętne rzeczy jak pedofilia względem dzieci, przemoc, narkotyki, alkoholizm. Nigdy nie zapomnę twarzy jednego pana, kiedy w końcu cała intryga jego byłej małżonki wyszła (całkowicie przypadkowo) na jaw - tej ulgi, że rzucane w niego oskarżenia o pedofilię były bezpodstawne. Tej twarzy, na której było widać cały horror, który zafundowała mu była żona, tylko dlatego, że ją zostawił.
Oczywiście, zdarzali się też i wątpliwi klienci płci męskiej - szczególnie zapamiętam jednego, który wydawał się być niesamowicie opanowanym gentlemanem, a który jak się potem okazało, w atakach furii topił żonę w muszli klozetowej.
Po tym wszystkim zwątpiłam w ludzi, zwątpiłam w kobiety, zwątpiłam w wymiar sprawiedliwości. Zobaczyłam, jak bardzo zaślepienie i nienawiść prowadzą niektórych do naprawdę przerażających czynów. Niejednokrotnie wracałam po wolontariacie do domu przeorana psychicznie.
To było trzy lata temu. Obecnie jestem na aplikacji w dużej firmie technologicznej, zajmuję się biznesową stroną prawa, dzięki czemu omija mnie cały ten emocjonalny balast. Trochę mi wstyd, ale w tym czuję się bezpieczniej - idę do pracy, robię swoje i wracając do domu mogę się swobodnie odciąć od pracy, nie muszę przetrawiać każdego dnia.
Nadal staram się pomagać ludziom w inny sposób, głównie przez organizacje charytatywne. Ale kiedy ktoś z dawnych znajomych pyta się mnie, czemu porzuciłam ideały i pracuję w mniej społecznie utylitarnym dziale prawa, to jednak nie mogę przyznać, że do dzisiaj przepracowuję traumę związaną z tamtymi praktykami.
Mieszkam w okolicy lekko mówiąc patologicznej i bardzo niebezpiecznej. To takie miejsce, gdzie każdy normalny człowiek gdy tylko się w nim znajdzie z miejsca zaczyna odczuwać niepokój, a nawet lekki strach.
Budynki od zewnątrz wyglądają koszmarnie i są pozarastane bluszczem do tego stopnia, że więcej jest zieleniny od kamienia. Całe szczęście budynki mocno przedwojenne to też porządnie wykonane i w środku - nie licząc okazyjnego syfu - wszystko jest jak najbardziej okej.
Ludzie stąd są wulgarni, czasami nieco zapuszczeni. Taka nietypowa patologia, bo o ile kilka karyn się znajdzie, to zazwyczaj mieszkają tu ludzie w mocno różnym przedziale wiekowym, a o ich nietypowych zwyczajach mogłoby powstać osobne wyznanie). Mimo niskiego czynszu, nawet studenci uciekają stąd jak psy z podkulonymi ogonami po kilku dniach mieszkania.
Ja mimo młodego wieku i bardzo dobrze płatnej pracy, nie myślę nawet o przeprowadzce. Wszystkim swoim znajomym oraz rodzinie wmawiam po prostu, że nie mam pieniędzy na przeprowadzkę.
Prawda jest taka, że po prostu lubię ten klimat i to, że nikt nie wchodzi mi w drogę. Wszyscy tu znają wszystkich, a żyją jak chcą. Mam ochotę puścić głośno muzykę o nienormalnej godzinie? Nikt nawet nie zwróci na to uwagi. Pójdę do sklepu ubrana jedynie w szlafrok, piżamę i papcie w króliczki? Nikt się nie odwróci. Nie będę wychodziła z domu ponad tydzień i nie będę dawała znaków życia? (Czasami tak wychodzi, gdy wkręcę się mocno w jakiś projekt). Nikt nie będzie mi zawracał głowy.
Poza tym uważam, że życie tutaj jest bezpieczniejsze nawet od życia na strzeżonych osiedlach. No bo kto wpadnie na np. próbę okradnięcia czegoś co od zewnątrz wygląda jak rudera?
Ostatnio przyjechała do mnie koleżanka z innego miasta. Na przenocowanie. Pech chciał, że tego akurat wieczora zadźgali takiego jednego, akurat na moim korytarzu, niedaleko drzwi. (Był to koleś, który przyszedł "odwiedzić" dwunastoletnią córkę sąsiadów, na pewno nie stąd bo bym go kojarzyła. Jej brat się o tym dowiedział. On i jego koledzy zapłacili mu tym na co zasłużył. Facet wykrwawił się od wielokrotnych pchnięć w krocze i okolice. Kiedy to się działo, ja byłam akurat na stacji po koleżankę, potem wszystko dało się usłyszeć przez ściany).
Policja przyjechała, ale winnych nie znaleźli, bo nikt nie potrafił im pomóc ich wskazać, a facet oficjalnie był na wyjeździe służbowym.
Koleżanka od tamtej chwili jest kompletnie przerażona i proponuje mi nawet, że zapłaci mi za jakąś kawalerkę bylebym była "bezpieczna" i się stąd wyniosła.
Nie przyjmuje mojego "Nie, dzięki" i ostatnio zadzwoniła nawet do mojego brata i mu o tym opowiedziała. Teraz wszyscy skaczą dookoła mnie i próbują wymusić przeprowadzkę.
Mój dziadek był alkoholikiem. Takim z prawdziwego zdarzenia, który bił babcię i przed którym trzeba było uciekać po nocy.
Mój tato był alkoholikiem. Postawiony przed wyborem: my albo picie - odszedł. Następny mąż mojej mamy też okazał się alkoholikiem. Moja młodsza siostra niedługo wychodzi za mąż. Już większość rodziny widzi, że jej chłopak jest uzależniony, ale ona póki co nie dopuszcza tej myśli do siebie. Mojej starszej siostry mąż - cóż, jest co najmniej synem alkoholika, a to nie wróży dobrze. Ja, mimo wszystkich postanowień z młodości, też nieświadomie wyszłam za alkoholika. Na szczęście od 2 lat z własnej woli nie pije, poszedł na terapię..
Jedyna pociecha w tym wszystkim, to że od tego pokolenia już jest w naszej rodzinie trochę świadomości na ten temat. O alkoholizmie, ale też o współuzależnieniu i wszystkich tych mechanizmach.
I że moje dzieci wychowują się w domu, w którym nikt nie pije, więc może uda się kiedyś przełamać ten schemat.
Mam pewną fobię, która została mi po pewnych zdarzeniach z dzieciństwa.
Zacznę od tego, że mieszkałam wtedy na wsi z rodzicami i młodszą siostrą, ja miałam wówczas 10 lat, ona 6. Zwykły parterowy dom rodzinny. Okno od mojego i siostry pokoju miało widok na bok domu, gdzie w zasadzie znajdowało się jedynie trochę krzaków, ścieżka i las.
Pewnego wieczoru bawiłam się z siostrą, gdy nagle ona popatrzyła przez okno i powiedziała, że tam stoi jakiś pan. Podeszłam bliżej i faktycznie, za krzakami stał jakiś facet, który patrząc w nasze okno, onanizował się... Zawołałam rodziców, tata wybiegł do niego, ale ten facet zaczął uciekać w momencie, gdy zobaczył tatę w oknie, więc ojciec nie miał już szans go złapać. Natomiast zadzwonił na policję. Funkcjonariusze pojeździli po okolicy, ale nie znaleźli ani jego ani niczego podejrzanego. Warto też dodać, że podczas zajścia było już prawie ciemno, więc z siostrą nie widziałyśmy dobrze twarzy ani niczego kluczowego. I co gorsza, sytuacja się powtórzyła jakiś tydzień później, tyle że przebywałyśmy na podwórku.
Podobnie robiło się już ciemno, rodzice kazali nam wracać do domu, ale ubłagałyśmy jeszcze 15 minut zabawy. I wtedy usłyszałyśmy szelest w pobliskich krzakach wokół domu. Pomyślałam, że to pies sąsiadów, który często do nas przychodził, przyszedł się pobawić. Siostra zresztą też, więc podeszła do płotu, wychylając się i wołając psa, ale po chwili spanikowana zaczęła biec w moją stronę, mówiąc, że tam znów jest ten pan i robi coś dziwnego. Zawołałam rodziców, ale ten facet zniknął. Znów wezwaliśmy policję, ale tata tym razem wraz z sąsiadem postanowili, że przeszukają okolicę, bo facet daleko by nie zdążył uciec. Niestety go nie znaleźli, ale we wsi rozniosła się już wieść o tym podglądaczu. Okazało się, że córka jednej z sąsiadek też go widziała podczas wiadomej czynności, ale nic z tym nie zrobili.
Natomiast apogeum zdarzyło się jakoś kilka tygodni później, gdy ów mężczyzna porwał z podwórka 7-letnią dziewczynkę, a następnie zgwałcił. Na całe szczęście właśnie wtedy go złapali, dzięki szybkiej reakcji rodziców, którzy zobaczyli, że ich córka nagle zniknęła z podwórka. Tym potworem okazał się psychicznie chory syn jednej z mieszkanek wsi. Podobno zawsze były z nim problemy, ale jego matka, schorowana 80-latka, nie była już w stanie go pilnować.
I od tamtej pory mam fobię. Cały czas prześladuje mnie myśl, że on mógł porwać wtedy mnie albo siostrę, miał okazje. Do dziś mi został ten lęk, boję się zostawać sama w domu na noc, mimo że mam 28 lat. Po prostu przypomina mi się wtedy ta historia, a co gorsza, mieszkam na parterze i zawsze mam w głowie myśl, że nawet w miejscach, gdzie pozornie jest bezpiecznie (ta dziewczynka na swoim podwórku), nadal może nas spotkać coś bardzo złego.
Zdradził mnie mąż… Jesteśmy ze sobą od 15 lat, małżeństwem 7, dwoje małych dzieci, mój jedyny mężczyzna. Przyszedł, płakał, przepraszał, prosił o wybaczenie. Nie układało się miedzy nami od 2 lat, kłótnie, ciche dni, mało seksu, gdzieś nawet zrozumiałam tę zdradę, potrzebę bliskości i atrakcyjności w oczach innej kobiety, potrzebę dowartościowania się. Tyle, że ja też potrzebowałam czułości, zrozumienia, bliskości i jakoś nie zdecydowałam się na „skok w bok”.
Ten jego szczery żal i dobro dzieci, chęć posiadania pełnej rodziny sprawiły, że zostałam. Myślałam, że dam radę, inne kobiety dają, ale ja nie potrafię. Widzę, jak mąż się stara, jaki jest cierpliwy, wyrozumiały, jak cudownie zajmuje się dziećmi. A mnie szlag jasny trafia!!!! Potrzebował zdrady, żeby znów taki być, potrzebował innej kobiety, żeby docenić mnie. Ja nigdy nie miałam innego mężczyzny, a teraz ten mnie obrzydza. I choć powrócił mój ukochany, charakter i zaangażowanie sprzed 10 lat, mnie tutaj już nie ma. Nie mogę go dotknąć, nie mogę mu zaufać, nie potrafię przestać sobie wyobrażać, jak dotykał tamtej kobiety. I wiem, że nas już nigdy nie będzie. I szkoda mi tego kretyna, bo widzę jak bardzo się stara, jak mu zależy. Ale ja czuję się pusta w środku, wykańcza mnie to po prostu.
I teraz taki dylemat… Wyprowadzę się, będę sama, ale zgodna z własnymi uczuciami, z możliwością szczęścia gdzieś tam kiedyś, ale rozbiję rodzinę, zabiorę dzieci, życie dla nich na dwa domy. Albo zostanę, zacisnę zęby, dla dzieci, dla ich szczęścia, dla mojego czystego sumienia. Ale to pieprznie prędzej czy później, bo nikt z królową lodu sypialni nie chce dzielić.
A teraz część najbardziej anonimowa.
Znam tą dziewczynę, poznałyśmy się na babskim wieczorze u mojej przyjaciółki, złapałyśmy super kontakt, rozmawiałyśmy o związkach, ona właśnie rozstała się z chłopakiem, ja mówiłam o kryzysie w moim małżeństwie. Ona stwierdziła, że mój mąż na pewno mnie zdradza, ja stanowczo zaprzeczyłam. Powiedziała: „założę się, że poderwę go przy pierwszej okazji”. To było takie głupie gadanie, „tak tak, już to widzę” - powiedziałam. Kur**!!!!!!!!!!!!! Później sama powiedziała mojej przyjaciółce, że nie sądziła, że wylądują w łóżku, tak jakoś wyszło, bo w sumie to niezły ten mój mąż. To od niej wszystko wiem…
Zerwałam ze swoim chłopakiem w, powiedziałabym, pokojowej atmosferze.
Nie mam do niego żalu, ani nic z tych rzeczy, można by było nawet powiedzieć, że uczucie po prostu wygasło, ale... nie do końca.
Jego nowa dziewczyna dodaje dużo zdjęć na instagrama, również takie z nim.
Często nawet wrzuca jakieś krótkie filmiki, a że jest bardzo atrakcyjna, to z przyjemnością zaglądam na jej profil i przeglądam jak tam prezentują swój związek.
I "z przyjemnością" jest tutaj bardzo adekwatnym wyrażeniem, bo nierzadko masturbuję się do nich wyobrażając sobie jednocześnie, że uprawiamy seks w trójkącie.
Mnóstwo osób uważa, że feministki to zło wcielone i walczą o coś, co już mają. Ja się z tym nie zgadzam. I nie chodzi mi o żadne dodatkowe prawa czy przywileje, a o zwykły stosunek społeczeństwa do kobiet. Tu już zaczyna się masa problemów.
Ale przechodząc do rzeczy - miałam nieprzyjemną sytuację w pracy, mianowicie szef składał mi dwuznaczne propozycje. Na owej pracy szczególnie mi nie zależało, więc po prostu z niej odeszłam. Potem kilku osobom wyjawiłam powód. Od męskiej strony usłyszałam, że pewnie chciałam zdobyć awans łóżkiem (jak to kobiety), ale mi nie wyszło, więc uciekłam. Na tym się nie kończy. Pewien "kolega" ze studiów strasznie mnie napastował, gdy odrzuciłam jego zaloty. Na jednej z imprez studenckich strasznie się upił i i zaczął próbować mnie obmacywać. Ledwo miałam siłę, aby go odpychać, a męskie towarzystwo wokół tylko mu kibicowało. Byłam przerażona i chciałam jak najszybciej wyjść stamtąd, na co jeden z "kolegów" stwierdził, że przecież jestem kobietą i jak raz "dam dupy" to przecież nic mi się nie stanie, a jedynie zrewanżuje się oprawcy za to, że go odrzuciłam. I nie chcę tutaj obwiniać jedynie mężczyzn, bo kobiety miewają podobne podejście.
Przykładowo moja kuzynka, 25 lat, piątka dzieci, przy każdym rodzinnym spotkaniu nie oszczędza się w komentarzach, których treść skupia się na tym, że jestem egoistyczną paniusią, bo nie mam dzieci w wieku 23 lat, powinnam siedzieć w domu i gotować chłopakowi obiadki, a nie jakieś studia i kariera, przecież jestem kobietą i to nie dla mnie. A rodzina przyklaskuje. I można uznać, że przypadki, które opisałam są przyziemne, pokwitować to słowami "zmień towarzystwo, ogranicz kontakt z rodziną", mam nie przesadzać czy cokolwiek. Tylko, że to nie wszystko.
Dziś jakiś stary facet na przystanku podszedł do mnie i bez cienia skrępowania złapał mnie za tyłek. Krzyknęłam na niego, co siedzący obok pan podsumował tym, że nic dziwnego, że ludzie mnie dotykają, skoro się tak ubieram. Bo przecież kobieta w sukience swoim ubiorem zaprasza do dotykania... A nie wyglądałam wyzywająco, po prostu miałam na sobie sukienkę. Dlatego sądzę, że wszelkie ruchy działające na rzecz szacunku do kobiet (mężczyzn również) są bardzo potrzebne. Ale uprzedzam, że nie chodzi mi o żadne dodatkowe prawa. Chciałabym po prostu przestać być postrzegana jako przedmiot albo płeć gorsza, która coś osiągnąć może jedynie łóżkiem, a niestety ciągle się z tym spotykam.
Dodaj anonimowe wyznanie