Trudna sztuka wychowania...
Małe dzieci czasem wpadają w histerię, gdy nie mogą czegoś na rodzicach/opiekunach wymusić. Mam takiego w rodzinie. Rodzice młodego (ma 2 lata) starają się dobrze go wychowywać i ogólnie młody jest dość ogarnięty, ale zdarzają mu się czasem „filmy” w miejscach publicznych.
Tak się złożyło, że ja, ciocia, musiałam młodego ostatnio przypilnować... W trakcie zabawy wpadł na jakiś szatański pomysł, którego mu zabroniłam. Młody w ryk (bo to nie był płacz, tylko szantaż), a ja... zaczęłam ryczeć tak samo jak on.
Zgłupiał. Poskutkowało.
Chodzę ze swoim chłopakiem prawie 2 lata. Jesteśmy w tym samym wieku, mamy 23 lata. Moja rodzina go nienawidzi i jest przeciwna naszemu związkowi. Mieszkamy za granicą, więc mają wiele argumentów, dlaczego nie powinnam z nim być. Pierwsza sprawa, że nie umie angielskiego. Drugi argument to, że chodzę na studia i mam ambicje, a on pracuje na budowie i nie chodzi do szkoły na studia. Jeszcze dorzucę, że on nie ma legalnego pobytu w tym kraju i biorąc ślub ze mną, dostałby stały pobyt.
Według nich on nic nie wnosi do tego związku i mnie wykorzysta dla pieniędzy, statusu i wygody, że on nie będzie musiał nic załatwiać, bo nie zna języka. Powiedzieli mi, że miłość w życiu to tak naprawdę nic i to, że ma fajny charakter, nie wystarczy. On nie ma nic do stracenia, a ja mam wiele itd.
Tak szczerze to jest przykre, że własna rodzina nie akceptuje moich decyzji życiowych. Mimo tego, że mówiłam im wiele razy, że nie planuję jeszcze brać z nikim ślubu, nic do nich nie dociera. Czasami naprawdę mam aż ból brzucha, kiedy mój chłopak gdzieś z nami wychodzi, a oni go zabijają wzrokiem. Chłopak pracuje na pełny etat, wynajmuje sam mieszkanie, to jak ma jeszcze chodzić na studia? Studia w USA są bardzo drogie.
Nie mam pojęcia co robić. Oni wszyscy by chcieli, abym go zostawiła już, zanim będzie za późno. Nie chcę zrywać ze swoim chłopakiem, bo naprawdę to jest dobry człowiek z dużym sercem. Ta cała gadka o statusie i tym, że ktoś musi mieć studia, jest męcząca.
Dochodzę pomału do wniosku, że będę musiała w pewnym czasie podjąć decyzję, czy zostawić swojego chłopaka, czy zerwać kontakty z rodziną. Po prostu jest mi przykro.
Cała moja najbliższa rodzina (rodzice i brat) mają grupę krwi 0 i jest to potwierdzone. Ja nigdy swojej grupy krwi nie badałem, bo nie było takiej potrzeby, ale zakładałem, że też mam 0. Niedawno przeszedłem dość poważną operację. Wcześniej zbadali mi grupę krwi, w razie gdyby była potrzebna transfuzja. Wyszło A. Byłem pewien, że to pomyłka (chociaż szpital zapewniał, że nie). Kiedy wyszedłem, to powtórzyłem to badanie prywatnie. Znowu wyszło A. Postanowiłem więc się upewnić, jaką grupę krwi mają rodzice, ale na razie nic nikomu nie mówić. Pojechałem do mamy, kiedy była w pracy (nie mieszkamy już razem, ale to nadal to samo miasto). Wiem, gdzie ona trzyma dokumenty i wiem, że nigdy niczego nie wyrzuca.
Znalazłem stare dowody osobiste rodziców (takie zielone książeczki). Tam na końcu jest wbita informacja o grupie krwi. No i niestety oboje mają jednak 0. Nigdy nie byłem jakiś świetny z biologii, ale nie wydaje mi się, żeby z dwóch „zer” nagle wyszło A. To niemożliwe. Wygląda na to, że nie jestem synem swojego ojca. Na pewno nie jestem adoptowany, bo z wyglądu jestem bardzo podobny do mamy. Wszyscy mi mówią, że ja to „skóra zdarta z matki”. Mój brat z kolei jest bardziej podobny do taty. Nigdy nie widziałem w tym nic dziwnego, bo przecież często się zdarza, że jedno dziecko jest podobne do jednego rodzica, a drugie do drugiego.
Sprawa jest dodatkowo skomplikowana, bo mój ojciec zmarł kilka lat temu. Byłem z nim blisko związany i ciężko to przeżyłem, a teraz znowu taki cios. Nie wiem, czy powinienem w ogóle to rozgrzebywać, czy lepiej zostawić. Nie wiem, czy jest sens. Z jednej strony chciałbym wiedzieć, o co tu chodzi, ale z drugiej boję się prawdy, która może tylko wszystkich zranić. Szczerze mówiąc, to nadal w głowie sam się oszukuję i wierzę, że to jednak jakaś ogromna pomyłka i nieprawda.
Jestem strasznym brudasem. Do tego kobietą, co podobno w połączeniu z moją wadą jest jeszcze bardziej oburzające.
Kilka tygodni temu na mojej klatce zaczęło strasznie śmierdzieć — mówię wam, smród nie do opisania. Po czasie zorientowałam się, że być może to z mojego mieszkania, więc przeszukałam całe, ale nie znalazłam nic, co mogłoby tak śmierdzieć.
Po kilku kolejnych dniach poczułam słaby zapach z mojej szafy — więc... Oczywiście, że jej nie posprzątałam. Ta szafa to po prostu schowek na torby, których nie rozpakowałam i raczej nigdy nie rozpakuję. Po prostu zamknęłam tę szafę, która była otwarta od jakiegoś czasu, bo czegoś w niej szukałam. Po kilku dniach spokoju zaczęło śmierdzieć znowu i to jeszcze bardziej — szczerze mówiąc, chyba pierwszy raz, odkąd się wprowadziłam, wzięłam się za sprzątanie. No i nic, smród nie zniknął. Więc postanowiłam jednak dokładnie przejrzeć szafę. Znalazłam jakąś starą reklamówkę, nawet nie wiem, co w niej było, bo od razu podskoczyłam — ogólnie cała była w jakichś larwach i robakach. Zamknęłam ja w innej reklamówce, szybko wyrzuciłam, a teraz siedzę i zastanawiam się, jak powinnam zdezynfekować szafę.
Wiecie, co jest najgorsze? Że aktualnie mam totalny syf w domu, wszystkie rzeczy z szafy (prawdopodobnie w jakimś stopniu zainfekowane tym robactwem, mimo że tego nie widzę) leżą na środku, ale dalej nie mam ochoty sprzątać. Przypuszczam, że minie tydzień, zanim to jakoś ogarnę. Właściwie gdyby nie zaczęło śmierdzieć, to naprawdę bym nic z tym nie zrobiła.
Byłam bardzo wierzącym dzieckiem, wychowanym w religijnej rodzinie. To głównie zasługa mojej babci, która od małego straszyła mnie piekłem po śmierci. Jej opowieści były takie realistyczne, że nie były przekazywane jako wiara, tylko jako wiedza, zresztą przecież uczyłam się tego w szkole pomiędzy przyrodą a matematyką — Bóg to coś, co bezsprzecznie i obowiązkowo istnieje, koniec, kropka. Byłam przekonana, że słowo „idiotyczny” to przekleństwo, mój codzienny wieczorny pacierz trwał 40 minut, a w wolnym czasie zaczytywałam się w Biblii. I oczywiście co tydzień chodziłam do kościoła. Chodziłam tam sama już w wieku 9 lat, bo kościół był dwie ulice od mojego domu, a rodzice nie praktykowali.
W kościele jak to w kościele — zaduch, wszystkie miejsca zajęte przez starsze panie, którym przecież się należy, bo są starsze, więc ja, młode, zdrowe dziecko, nie miałam prawa usiąść. Na okrągło klękanie, wstawanie i śpiewanie. Za każdym razem po godzinie takiego wysiłku wychodziłam z kościoła cała zielona, wielokrotnie zostawałam po mszy, aby usiąść, bo było mi tak słabo, że nie miałam sił wrócić do domu. Mimo wszystko wiernie chodziłam do tego kościoła, wmawiając sobie, że to efekty przytłoczenia mocą ducha świętego. Aż pewnego dnia zemdlałam na oczach innych ludzi, podczas kazania. Walnęłam głową w betonową posadzkę tak, że na chwilę zagłuszyło to słowa księdza. I wiecie co? Pomogła mi tylko jedna osoba, bo reszta nie chciała opuszczać mszy. Nikt poza jednym, młodym, około 15-letnim chłopakiem nie zapytał nawet, jak się czuję, kiedy już się ocknęłam. Żadna starsza pani nie ustąpiła miejsca. Ksiądz nie przerwał kazania, mimo że całe zajście widział, a ministrant nie przyniósł wody. Bo oddawanie Bogu czci jest ważniejsze niż jakieś tam dziecko, które straciło przytomność.
Miałam wtedy 12 lat i to właśnie wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo Kościół jest zakłamany. Nigdy więcej od tamtej pory nie byłam na żadnej mszy, a teraz mam 22 lata. Jeśli już muszę pojechać, np. na ślub, to przyjeżdżam pod koniec całego zajścia i stoję na zewnątrz kościoła. Nie jestem w stanie słuchać wylewającej się z kazań tony hipokryzji i absurdu. Za każdym razem, gdy wspominam to, jak płytki i wyszlifowany był wtedy mój tok myślenia, łapię się za głowę. Już w wieku 9 lat miałam kompletnie wyprany mózg i teraz, po latach, naprawdę bardzo się cieszę, że wtedy zemdlałam i w końcu przejrzałam na oczy.
Teraz jestem agnostyczką. Ale wyznaję prostą zasadę, którą każdy, wierzący czy też nie, powinien przyjąć jako absolutną podstawę: Bóg i Kościół to dwie zupełnie różne rzeczy i jeśli wierzyć, to tylko i wyłącznie w to pierwsze. Istnienie tego drugiego... nic dobrego nie wnosi.
Od bardzo młodego wieku, podczas gdy inne dziewczynki bawiły się lalkami, ja kochałam grać w piłkę. Nie wiadomo, skąd się to u mnie wzięło. Ojciec oglądał mecze bardzo sporadycznie, tylko gdy były jakieś ważne mecze w Lidze Mistrzów albo grała reprezentacja Polski.
Gdy miałam 11 lat, ku mojej uciesze, padła decyzja o zapisaniu mnie do klubu piłkarskiego. Oczywiście nie było oddzielnych sekcji dla obu płci, ponieważ bardzo mało było dziewczyn grających w piłkę. Byłam jedyną dziewczyną w klubie. Na początku niezbyt mi szło, ale z czasem w wyniku moich dużych starań na treningach przerosłam umiejętnościami moich kolegów z drużyny, odstawałam jedynie motorycznie i fizycznie. Gdy miałam 13 lat, zaczęły się pierwsze zaczepki. Chłopacy śmiali się ze mnie, gdy mi coś nie wyszło, w wyniku czego zaczęłam grać trochę niepewnie, a gdy się wywróciłam czy też potknęłam, to śmiechom nie było końca. Na początku to rozumiałam, OK, hormony buzują, to taki wiek. Dopóki nie przekroczyło to wszelkich granic.
Pierwsze ostrzeżenie, że na za dużo sobie pozwalają, dostałam gdy jeden oznajmił mi jak gdyby nigdy nic, że fajnie mi piersi falują, jak biegam. Takie teksty w wieku czternastu lat... Odfuknęłam mu i wszyscy oczywiście zaczynali się zanosić śmiechem. Potem skręcało to w coraz gorszą stronę. Jakieś „przypadkowe” dotknięcia po pośladkach podczas treningów. Ale najgorzej było w szatni. Z dnia na dzień coraz gorsze sprośne żarty i dokuczania w moim kierunku. Żaden (żaden!!!) z 15 chłopaków nie widział w tym nic złego. Żaden nie powiedział, że tak się nie robi. W końcu zwróciłam się do trenera, ponieważ nie miałam żadnej deski ratunku, żadnego oparcia, a powiedzieć rodzicom się wstydziłam. Ten chwilę pokrzyczał, dał jakieś kary, chłopcy odbiegali swoje dwa kółka wokół boiska, odbębnili swoje 15 pompek i wszystko wróciło do normy. Albo nie. Było jeszcze gorzej. W wieku czternastu lat zostałam zgwałcona. Poszło szybko. Po treningu, gdy trener udał się do swojego domu, nikogo w klubie już nie było, a trening kończył się około godziny 22:00, więc przechodniów raczej również nie było, zwłaszcza że klub był na kompletnym zadupiu, więc nikt nie mógł nic usłyszeć. Na początku zostałam złapana za włosy, zaciągnięta do łazienki w szatni i potwory zrobiły swoje. Gdy już im się znudziło, zwierzęta zostawiły mnie samą, z porwanymi ubraniami, rozpłakaną i bezlitośnie skrzywdzoną. Poszukiwała mnie policja, na szczęście uwierzono w sądzie mi właściwie od razu. Nie wiem, co się stało z tymi bydlętami, czy byli w poprawczaku, psychiatryku, więzieniu... Szczerze, mam to gdzieś. Obchodzi mnie natomiast to, że ja mam trwały uszczerbek na zdrowiu, a oni kiedyś wyjdą na wolność. I może zrobią kiedyś jakiejś kobiecie to samo. Nie wiem, jak to nazwać, ale tak nie wygląda sprawiedliwość.
Nie znoszę faceta mojej matki. Są razem kilka miesięcy, a on traktuje mnie, jakbym była jego córką i miał prawo mnie krytykować. Zawsze mi docina, rzuca wrednymi żartami i w ogóle jest nieprzyjemny. Dodatkowo jest homofobem, rasistą i szowinistą. Mnie nigdy nie udało się mu dobrze odciąć, bo jestem dość wrażliwa i bardzo szybko wybucham, więc czasem wolę się zamknąć.
Pewnego dnia mama wpada do mieszkania, gdzie ja teraz pomieszkuję, oczywiście przychodzi razem z nim i jego czternastoletnim synem. Oni rozwalają się w kuchni, ja sprzątam, a mama pije herbatę. Wtedy zauważa jakąś małą śrubkę od krzesła, więc zaczyna ją dokręcać. Jej facet od razu wykrzykuje z oburzeniem: „Co ty robisz?! Dwóch facetów tu siedzi!”, a ja, nie zastanawiając się, odpowiadam: „A co, do dokręcenia śrubki potrzebny jest penis?”. Koleś zaniemówił, a mama dalej gratuluje mi tej odzywki. To chyba można nazwać sukcesem.
Zawsze gdy jestem u kosmetyczki, fryzjera etc., na fotelu martwię się nie o efekt, ale o to, czy wystarczy mi pieniędzy, które przeznaczyłam na cel, mimo wcześniejszych rozmów co do kosztu usługi.
Jak byłam mała, często nocowała u nas kuzynka. Zawsze „bawiłyśmy się” w lekarza i nawzajem wpychałyśmy sobie np. klocki, udając, że to lekarstwo albo dziecko, które po jakimś czasie wyciągałyśmy...
Raz nocował też kuzyn i kuzynka chciała pokazać mu, jak wygląda cipka, więc ja robiłam za manekina, nogi do góry i kuzynka tłumaczyła kuzynowi, którędy dziewczynki sikają i gdzie może włożyć palca, bo jest dziurka.
Przez okres wieku 12-15 lat myliłam Leonarda DiCaprio z Leonardem da Vinci.
Dodaj anonimowe wyznanie