Nie umiem mówić.
No może nie aż tak, ale mam duże problemy z komunikacją z ludźmi. Często brakuje mi słów, zmieniam wymowę wyrazów, zapominam podstawowych słów i macham rękami jak opętana. Gdy nie potrafię czegoś powiedzieć, to czasem próbuję to pokazać albo po prostu wystawiam język ze zdenerwowania (np. zamiast światła/sygnalizacja mówię czerwony, żółty i zielony I pokazuję dłonią gest migania światła).
Potrafię też mówić bardzo szybko i niewyraźnie, tak że nikt mnie nie rozumie. Często po prostu nie odpowiadam komuś na pytanie, bo nie potrafię ułożyć sensownego zdania.
Mam też specyficzny rodzaj wymowy, nieświadomie akceptuję ą, ę i ostatnie sylaby w wyrazie. Kiedy mówię, to często źle odmieniam przez przypadki albo mówię składnią mistrza Yody. Nigdy nie spotkałam się z tym, aby ktoś się wyśmiewał otwarcie z mojego sposobu komunikacji, ale jest to mega niekomfortowe. Tym bardziej, że chciałabym zmienić pracę, ale boję się, że w nowej nie zdobędę klientów ze względu na to, jak mówię.
Osoby postronne myślą, że jestem nieśmiała albo przygłupia. Mam duże zdolności/wiedzę w wielu dziedzinach I potrafię całkiem dobrze wyrażać moje myśli pisząc, ale co z tego, skoro nie potrafię się komunikować z nikim o podobnych zainteresowaniach.
Od kiedy pamiętam nikt mnie nie lubił, a wszyscy się ze mnie śmiali. Płakałam często. Pewnie dalej by tak było, gdyby nie Eliza (imię zmienione). Wszyscy na około lubili ją, miała poczucie humoru. Była naprawdę ładna i miała piękną figurę. Wiele dziewczyn jej zazdrościło. Ale nie ja. Po prostu myślałam, że to kolejna osoba, która będzie się ze mnie śmiała.
Pewnego dnia, gdy dziewczyny z mojej klasy jak zwykle rano naśmiewały się ze mnie, pojawiła się Eliza. Wykrzyczała, że mają mnie zostawić w spokoju.
Wszyscy przestali się ze mnie śmiać. Pewnie cieszyłabym się, ale zdarzyło się coś jeszcze.
Eliza dwa dni później popełniła samobójstwo. Okazało się, że śmiech był tylko na pokaz. Tak naprawdę dziewczyna potrzebowała pomocy, ale nikt tego nie zauważył.
A ja mam wyrzuty sumienia. Nigdy nie podziękowałam jej za ten drobny gest. Gdyby nie to, pewnie dalej nikt by ze mną nie rozmawiał...
Boję się spać z chłopakiem. I nie chodzi tutaj nawet o seks (mimo, że tego też jeszcze nie było), a o zwyczajne spanie razem pod jedną kołdrą. Dlaczego?
Otóż mam pewną przewlekłą chorobę układu pokarmowego. Często mi się odbija, ale to potrafię jakoś opanować lub zatuszować, natomiast miewam także bardzo częste wzdęcia. Moja dieta nie ma na to większego wpływu (są tylko niektóre rzeczy, które wzmagają dolegliwość, ale nigdy nie udało mi się jej całkowicie zniwelować). W dzień nie jest tak źle, bo się ruszam, a czasem potajemnie uda mi się przemycić coś do powietrza, ale najgorzej jest właśnie wieczorem, kiedy kładę się do łóżka. Wtedy po prostu całe powietrze musi ze mnie ujść, czemu oczywiście towarzyszą zapachy dalekie od fiołków i bratków.
Boję się, że kiedy w końcu nadejdzie ten moment, kiedy będę zasypiać obok mojego chłopaka, nie dam rady opanować moich jelit, a tym samym kompletnie się skompromituję.
Wiem, że nic co ludzkie nie jest nam obce, jednak codzienne zasypianie w takiej ‚nieczystej’ atmosferze to może być za dużo, nawet dla chłopaka...
Przespałem się z własną ciotką.
Jak to się stało?
Moja ciotka, 49-letnia singelka, jest siostrą mojego ojca. Zawsze prowadziła dosyć rozrywkowy tryb życia, jest typową wyzwoloną kobietą. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek była z kimś związana na dłużej. Jej tryb życia oczywiście był dosyć krytykowany przez dużą część naszej rodziny. Już od czasów, gdy byłem dzieckiem, miałem do niej słabość, była bardziej wyluzowana niż reszta moich ciotek, które były dosyć konserwatywne. Ja także nie byłem jej obojętny, zawsze byłem dla niej słodkim szkrabem, który lubił się do niej przytulać. Z czasem, gdy zacząłem dorastać, zauważyłem, że zaczyna mi się nawet podobać jako kobieta (jest atrakcyjna, powiedziałbym, że wygląda jak typowy tzw. MILF).
Niedawno ciotka przyjechała do nas na parę dni (mieszka na drugim końcu Polski). Rodzice pojechali na jakąś imprezę do znajomych i mieli wrócić następnego dnia po południu. Ciotka trochę wypiła i zaproponowała mi, że poczęstuje mnie w sekrecie przed rodzicami (mam 17 lat). Wypiłem parę drinków, alkohol obniżył nasze granice i skończyło się tak, że wylądowaliśmy w łóżku. Dla ciekawskich – ciotka była na pigułce, dodatkowo założyłem jedną z gumek, które zawsze przy sobie nosi w razie w. Nazajutrz oprócz kaca po alkoholu mieliśmy także i kaca moralnego. Uznaliśmy to za błąd i że nikomu o tym nie powiemy. Zdążyliśmy się ogarnąć przed powrotem rodziców, a dwa dni później ciotka wróciła do siebie.
Zastanawiam się teraz, jak bardzo niezręczne będą nasze spotkania rodzinne.
Byłem już w wielu kiblach, ale dzisiejszy zaskoczył mnie zupełnie. Chodzi o oznaczenie drzwi, która damska, a która męska. Na jednych drzwiach był napis „XX”, „XY”. I tu jest jeden z tych momentów w życiu, kiedy wiedza ze szkoły się przydaje, dzięki czemu z dumą, zdecydowaniem i uśmiechem na ustach mogłem wejść do kibla „XY”.
Im dłużej żyję, tym bardziej mój ojciec wydaje mi ewenementem, dziwną osobą.
Wychowałem się na wsi, rodzice mają gospodarstwo, do tego pracują na etacie w fabrykach. Dom jest poniemiecki, ma 150 lat. Wspominam o tym, dlatego że zawsze było coś do zrobienia – a to jakiś remont w domu, a to naprawy, konserwacja sprzętu rolniczego, przygotowanie go do żniw.
Jak były żniwa i wyszło za mało ton z hektara, to narzekał, wszystkich wyzywał.
Jak było za dużo, to też narzekał i wszystkich wyzywał, bo co on z tym zrobi...
Póki coś się nie rozwalało, to on nawet tego nie ruszył. Jak już nie było wyboru i musiał coś zrobić, to robił to z odpadów, bo szkoda czegoś nowego, bo trzeba wydać pieniądze. Co za tym idzie, praca, zamiast zająć godzinę czy dwie, bo po prostu nowe elementy pasują, zajmowała cały dzień. Bo deski spróchniałe, bo stare, wykrzywione, bo mają gwoździe itp.
Robiąc coś, zachowuje się, jakby to była kara dla niego, i wszyscy wokół muszą mieć zepsuty dzień, bo królewicz musi coś zrobić.
W domu kompletnie nic nie zrobił przez całe życie, nie licząc malowania ścian, a i to z wielką awanturą, bo musi coś robić.
Jedno trzeba mu przyznać – ma dar udawania fachowca, eksperta na każdy temat, ktoś mało wprawiony w temat by powiedział, że to majster budowany, świetny mechanik, elektryk itp.
Nigdy nie spotkałem nikogo z podobnym podejściem do życia, ciężko mi pojąć jego tok myślenia.
Mam 13-letnią córkę i… długo nie byłem pewien, czy na pewno jest moja. Na początku w ogóle o tym nie myślałem. Jak była mała, to wiadomo – dziecko to dziecko, trochę podobne, trochę nie, człowiek się nie zastanawia. Ważne, że zdrowa, że się śmieje, że zasypia na rękach. Ale z czasem zaczęły mnie gryźć takie rzeczy, które niby są głupie, ale jednak zostają w głowie.
Ja mam ciemne włosy, ona jasne. Ja ciemne oczy, ona niebieskie. Twarz zupełnie inna, rysy takie, że jak ktoś by zobaczył nas obok siebie, to raczej by nie powiedział „ojciec i córka”. Sylwetka też inna – ja całe życie raczej szczupły, ona od małego miała tendencję do tycia. Ja niski, ona z roku na rok coraz wyższa, jak na swój wiek to wręcz bardzo. Nawet takie drobiazgi – ja leworęczny, ona praworęczna. Do tego charakter i zainteresowania… totalnie inne. Ja spokojny, raczej wycofany, ona głośna, pewna siebie, wszędzie jej pełno. Ja lubię ciszę, ona muzykę na cały pokój. I tak sobie to wszystko zbierałem w głowie przez lata. Najgorsze było to, że czasami widziałem w niej więcej podobieństw do byłego mojej żony niż do mnie. I wiem, jak to brzmi – jak jakaś paranoja. Tym bardziej że oni rozstali się długo przed tym, jak się poznaliśmy. Więc logicznie to się w ogóle nie kleiło. Ale głowa potrafi płatać figle.
Próbowałem sobie to tłumaczyć – że dziecko może być bardziej podobne do matki, że geny się różnie mieszają, że to normalne. Tylko że u nas… nie było praktycznie żadnych podobieństw. Jak bym nie porównał, zawsze wychodziły różnice.
I w końcu nie wytrzymałem. Postanowiłem, że muszę zrobić badania DNA, bo inaczej nie da mi to spokoju. Jak nadarzyła się okazja, to wziąłem butelkę wody, z której ona piła, poszedłem możliwie jak najszybciej do laboratorium i zrobiłem te badania.
Czekanie na wynik było najgorsze. Z jednej strony chciałem wiedzieć, z drugiej bałem się, co wyjdzie. No i przyszły wyniki. Jednoznacznie potwierdzone ojcostwo. Do dziś nie wiem, jakim cudem. Serio. Patrząc na nas, dalej czasami ciężko mi w to uwierzyć. Momentami łatwiej mi pomyśleć, że w laboratorium się pomylili, niż że to naprawdę moje dziecko. Ale z drugiej strony… poczułem ulgę. Ogromną. Jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar, który nosiłem przez lata. Ta niepewność mnie zjadała, nawet jeśli na co dzień starałem się o tym nie myśleć. I w sumie to jest chyba najdziwniejsze, bo nic się nie zmieniło. Ona dalej wygląda tak samo, dalej jest zupełnie inna niż ja. A jednak coś w środku się uspokoiło.
Czasami dalej mam te myśli, nie będę ściemniał. Ale już wiem, że to bardziej moja głowa niż rzeczywistość.
Mam 5 rodzeństwa, tylko brat został w domu rodzinnym z rodzicami.
Ten pasożyt doprowadza mnie do szału, inaczej go nazwać nie można. Ma 35 lat, pracuje na czarno, ale nie było tygodnia, aby przepracował cały. Nie jest ubezpieczony, nawet jako bezrobotny, nawet nie ma dowodu, bo zgubił, a po co wyrabiać?
Do niczego się nie dokłada – ani do rachunków, ani nie kupi niczego do lodówki.
Pije, ćpa, później całą noc chodzi po domu, stuka garnkami, bo przecież trzecia w nocy to najlepsza pora na gotowanie.
Bierze ciągle pieniądze od rodziców, oczywiście nie oddaje. Nie sprząta po sobie, ubrudzona toaleta po wizycie, wszędzie zostawia syf. Jego pokój wygląda jak śmietnisko, tak tam śmierdzi, że nie można wejść. Jak rodzice zwracają mu uwagę, to drze na nich ryja.
Ale mnie korci, żeby mu walnąć w ten pusty łeb...
Gdyby taka sytuacja miała miejsce 10 lat temu, to od razu by go rodzice wyrzucili z domu, ale odkąd pojawiły się wnuki, bardzo zmiękli. Teraz tylko rozkładają ręce, a mama bardzo to przeżywa, jak to mama.
Niedługo pójdą na emeryturę, zamiast się nią cieszyć, będąc użerać się z pasożytem.
Nie znoszę starszych ludzi, takich w wieku od 50 do 75 lat. Kiedyś nic do nich nie miałam, ale od jakiegoś czasu pracuję w obsłudze i jeżdżę do pracy autobusem. O tym, jak wredni są ci ludzie w autobusach, to już każdy wie. Psioczą ciągle w głos na młodych, obrażają ich, głośno niepochlebnie komentują. Jako obserwatorka nigdy nie zauważyłam natomiast złego traktowania ze strony młodzieży. Bywają głośni, gdy rozmawiają i się śmieją, owszem, ale nic nikomu tym nie robią i osobiście zawsze wolę usiąść obok nich niż obok tych zrzęd, które wciąż ich obrażają. Ale to jeszcze nic. Pracuję w firmie, która zajmuje się obsługą miasta, w pewnego rodzaju urzędzie. Tam można poznać drugą twarz tych ludzi. Ci sami, co miętolą różańce w niedzielę, traktują urzędnika jak gówno, rzucają wulgaryzmami jak kasą na tacę, obrażają, jakby było im wszystko wolno, bo płacą i wymagają. Nie mają za krzty wyrozumiałości i cierpliwości, depczą po człowieku. Około 90% rozmów z ludźmi w tym wieku tak wygląda. A kto traktuje mnie dobrze? Tak jest, młodzież. A, no i skrajni staruszkowie, co widzieli wojnę. Oni też mają w sobie pokorę. Wśród takich średnio 5% rozmów jest nieprzyjemna, reszta mówi do mnie jak do człowieka – grzecznie i z szacunkiem.
Ta praca sprawiła więc, że z jednej strony zyskałam jakąś odporność na krytykę. Niewiele co mnie rusza. Z drugiej jednak, gdy wracam do domu autobusem, łapię się na tym, że w myślach wyobrażam sobie, że robię na złość starszym ludziom. Że podstawiam im nogę, zajmuję ostatnie wolne miejsce albo wygarniam wszystko, czego nie mogę powiedzieć ludziom, gdy pracuję.
Są tacy, co powiedzą „miej dla nich wyrozumiałość, dużo przeżyli”. Nie zgodzę się. Nie ma na to chamstwo wymówki. Wszyscy dużo przechodzimy. Sama przeżyłam skrajną biedę, patologię, bezdomność, przemoc fizyczną, emocjonalną, seksualną i wiele innych, ale nie wyżywam się na pani w sklepie, na kierowcy autobusu ani na kurierze. Wszyscy mamy emocje i wszyscy musimy się ogarnąć, żeby innych traktować z szacunkiem. Uważam, że czas skończyć z „wyrozumiałością dla starszych” i nagonką na „niewychowaną młodzież”, bo z mojego doświadczenia wynika, że to tylko starzy okazują braki w kulturze.
Parę lat temu zostałem „gwiazdą internetu”. Powiedziałem parę słów do kamery w jakiejś durnej sondzie ulicznej, a ponieważ wyglądałem wtedy dość nietypowo, ludzie zaczęli cisnąć ze mnie bekę. Przez kilka miesięcy byłem viralem na każdym możliwym portalu. Początkowo się ucieszyłem, moje wyświetlenia szybko rosły, załapałem się do paru reklam, prawie udało mi się nawiązać współpracę ze znanym influencerem.
Niestety, były też minusy. Ludzie kojarzyli mnie właściwie tylko z jednej rzeczy. W tej sondzie dla jaj powiedziałem jakąś totalną głupotę, wobec czego cały internet uważał mnie za debila. Mieszkam w dużym mieście, w turystycznej okolicy. Co chwila ktoś do mnie podchodził, pół biedy, jak chciał zdjęcie czy autograf. Ale większość ludzi, zwłaszcza dzieciaków, po prostu łaziła za mną i wykrzykiwała mój viralowy tekst. Miałem już tego dość. Za pieniądze zarobione na reklamach zafundowałem sobie gruntowną operację plastyczną, nawet rodzina mnie nie poznała. Teraz mam spokój, ten trend też już na szczęście się skończył. Obiecałem sobie nigdy więcej nie wygadywać publicznie bzdur.
Dodaj anonimowe wyznanie