#ODszi

Byłem przeziębiony i leżałem w łóżku. Nagle naszło mnie pragnienie, aby zrobić sobie dobrze - i jak pomyślałem, tak uczyniłem. Wyszedłem z łóżka, podszedłem do szafki gdzie ukryte były erotyczne pisemka. Rozłożyłem je starannie na podłodze tak, aby zdjęcia tworzyły półkole. Kucnąłem i zacząłem bawić się kolbą. Jestem już bliski końca, gdy nagle do pokoju wchodzi matka, trzymając w dłoni talerz z kanapkami.

Nasze spojrzenia się spotkały, zamarłem (cały czas trzymając tyczkę w dłoni). Matka przygryzła nerwowo wargę i zapytała:
- A ty co tak z gołą dupą latasz?

Nic nie odpowiedziałem, przeniosłem wzrok z powrotem na rozłożone czasopisma.
Matka zostawiła kanapki na stole i wyszła, a ja po chwili zadumy... dokończyłem swoje czynności.

Miałem 12 lat.
Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, o wstydzie zapomniałem i teraz się z tego śmieję :)

#fnYck

Z mężem mamy ciche dni, bo chcę wrócić do pracy, po urodzeniu dziecka.
On się nie zgadza. Twierdzi, że matka ma siedzieć z dzieckiem w domu.

Obraził się, bo on zarabia wystarczająco na rodzinę i ja nie muszę pracować.
Moi rodzice nie żyją, nie mam rodzeństwa, a historia mojej mamy, o której nikt nie wie, mnie "straszy".

Ojciec pracował, a domem zajmowała się mama. Była od niego zależna w każdej kwestii, czy to finansowej, czy decyzyjnej. Ojciec po siedemnastu latach małżeństwa odszedł do innej i tak mama została sama bez pieniędzy, i bez doświadczenia zawodowego.

Pamiętam jak się męczyła i dorabiała gdzie mogła, a na rentę nie mogła iść, bo nie miała stażu pracy, choć choroby już tak.

Na studiach, oprócz alimentów od ojca, również dorabiałam jak mogłam. Ale to była egzystencja, a nie życie.

Boję się, że historia może się powtórzyć i mąż mnie zostawi samą po kilkunastu latach, a ja co zrobię?

#2rCyL

Moi rodzice zawsze uważali siebie za jedną z takich społecznych "elyt".
Każdy człowiek, który nie miał matury czy uczył się w zawodówce był dla nich śmieciem, od którego trzyma się z daleka. Każdy, kto pochodził ze wsi, nawet jeśli byłby doktorem - cham i prostak.

Kiedy byłam mała, wierzyłam w to co mówiła mama. Nie bawiłam się z dziećmi sąsiadki, bo była po zawodówce, nie rozmawiałam z kolegą z klasy, bo jego rodzice byli ze wsi. Traktowałam wszystkich z wyższością, tak jak mi w domu wpajali od rana do wieczora.

Czas jednak mijał. Miałam jedną tylko koleżankę z podobnych "kręgów", w klasie nikt mnie nie lubił. Mama wmawiała mi, że to przez to, że jestem piątkową uczennicą i wszyscy mi zazdroszczą. Wierzyłam, ale po cichu próbowałam się zaprzyjaźniać z innymi. Niestety kiedy tylko u mnie w domu się dowiedzieli, zaraz znajomości się kończyły.

Tak poszłam do Gimnazjum. Pierwszego dnia okazało się, że chodzi z nami cyganka. Bardzo fajna dziewczyna, ale moja matka jak ją zobaczyła, wręcz 'wyciągnęła mnie za kudły' z grupy i zabrała do domu. Po tym już do końca Gimby miałam w klasie przerypane.

Jednak dzieciaki dorastają i również do mnie w końcu dotarło, że to nie wszyscy, a moja matka jest tym toksycznym "śmieciem społecznym"(jej określenie).

Dodam tu, że mój ojciec umarł jak byłam malutka, a z dziadkami (jej rodzicami) prawie nie utrzymywaliśmy kontaktu. Wychowywała mnie sama 8 lat, a potem znalazła faceta z takim samym światopoglądem. Dziadkowie od strony ojca nie żyją już od bardzo dawna.

Po kolejnej awanturze o "koleżankę wieśniarę dno -TFU- społeczne", trzasnęłam drzwiami i wyszłam. Chodziłam tak kilka godzin, aż w końcu poszłam odwiedzić babcię. Zdziwiła się bardzo, ale wpuściła do domu i zrobiła herbatę. Z tej jednej herbaty zrobiło się 20. Opowiedziałam jej wszystko. Babcia milczała i słuchała. Potem opowiedziała mi jak to jest naprawdę.

1. Ona i dziadek są ze wsi i nie mają szkoły, dlatego matka nimi gardzi.



Matka sama ledwo zdała maturę, a studia powtarzała 2 razy. W końcu dostała upragnioną magisterkę i została wielką Panią Magister, nauczycielką geografii w miejskiej Gimbie.

2. Mój ojciec żyje, a ja jestem owocem przelotnego "jednego razu", kiedy matka pojechała nad morze. Ojciec jest budowlańcem i chciał się z nią ożenić, ale go wyśmiała, że takie dno nie będzie jej dziecka wychowywać. Nie chciała alimentów, zerwała kontakt.

Po tej rozmowie (miałam rok do Matury) odnowiłam kontakt z dziadkami, ku złości matki. Zdałam Maturę i o zgrozo - nie poszłam na studia, bo trafiła mi się fajna praca. No dobra, trochę w tym pomogła jedna ciotka, ale zostałam tam do dziś.
Któregoś dnia jeden z klientów zaproponował mi kawę... no i jesteśmy małżeństwem.

Matki na moim ślubie nie było, bo mój mąż... jest ze wsi. Na odchodnym powiedziała mi, że zostałam szmatą wieśniaka.

Niedawno zadzwoniła, bo dowiedziała się od sąsiadki, że spodziewam się dziecka. Odpowiedziałam, że owszem, ale dziecko szmaty i brudasa wsioka nie będzie jej salonów brukać.

#9kszO

Karma wraca. Przekonałam się o tym, ale w pozytywny sposób.

Pod koniec liceum poznałam fajnego faceta. Byliśmy razem prawie rok. Miałam też swoją paczkę znajomych, w którą wkręciłam też Tomka. Moja przyjaciółka Marta często nastawiała mnie przeciwko mojemu chłopakowi, choć widziałam, że bardzo go lubi, ale byłam w nim zabójczo zakochana, więc każdy jej komentarz wypuszczałam drugim uchem.

Któregoś dnia zrobiliśmy domówkę u znajomych. Tomek musiał wyjść wcześniej do domu, bo musiał uczyć się do jakiegoś testu. Wszyscy się mocno wstawiliśmy, i przyszedł czas na powrót do domu. Chłopak, któremu od dawna się podobałam (wyznał to tej nocy) ledwo trzymał się na nogach i prawie wpadł pod samochód. Udało mi się go złapać, a on wtedy zaczął mnie całować. Szybko go odepchnęłam, powiedziałam, że nic z tego nie będzie, że kocham Tomka. Wróciłam do domu. Rano gdy wstałam na moim telefonie było kilka nieodebranych połączeń. Od Tomka. Gdy oddzwoniłam powiedział, że jedzie do mnie. Okazało się, że dowiedział się, że imprezę spędziłam z Mackiem, że się całowaliśmy i wróciliśmy razem do domu. Gdy zaczęłam się bronić powiedział, że ma dowód i że to koniec. Bolało, żadne tłumaczenia nie pomagały. Maciek się bronił że nic nie pamiętał ale na rękę było mu nasze rozstanie.

Paczka się rozpadła. Po kilku miesiącach doszłam do siebie. Poznałam fajnego faceta. Nie brałam tej znajomości na serio, raczej wakacyjny romans. Jak się jednak okazało, z Adamem działaliśmy na tych samych falach. I tak minął rok, drugi. Dziś jesteśmy po 8 lat po ślubie. Mamy 2-letnią córkę, piękny dom, który wybudowaliśmy dzięki wspólnej ciężkiej pracy. Bardzo się kochamy i wspieramy. Jestem bardzo szczęśliwa.

Wczoraj się dowiedziałam, że "moja przyjaciółka" Marta zniszczyła mój związek z Tomkiem. To ona mu o wszystkim opowiedziała, dodała kilka dodatkowych słów od siebie.., bo była w Tomku zakochana. Kilka lat po szkole byli razem. On zrobił jej dziecko i zostawił samą sobie. Nie płaci alimentów, ona ciągnie kasę z socjalu o jakoś ciągnie od 1 do 1.

A to ja mogłam być na jej miejscu. I po tylu ramach jedyne co mogę powiedzieć to DZIĘKUJĘ - byłaś wspaniałą przyjaciółką, ochroniłaś mnie przed życiowym błędem biorąc go na siebie!

#MJucg

Jestem studentką na jednej z zagranicznych uczelni. Ostatni rok nauki był dla mnie bardzo trudny i niestety muszę go powtarzać.
Na egzaminach, jeden z wykładowców powiedział mi, że wyglądam jak jedna z aktorek znanego serialu, ale nie pamiętał jej imienia. Zaintrygowało mnie to, bo raczej nie jestem podobna do żadnej znanej osoby.

Zaczęłam chodzić na jego zajęcia w tym roku, zawsze zagadał, coś pożartował i po pewnym czasie, znowu powiedział mi, że przypominam mu o tej aktorce. Pamiętał nawet imię! Nie znając tej aktorki, wpisałam jej imię w Google.
To była kolumbijska aktorka porno.

#mJ24H

Mam na imię Kasia i jestem mężczyzną. A przynajmniej tak uważa społeczeństwo.

Sama uważam się za całkiem atrakcyjną, zadbaną kobietę. Przykładam wielką wagę do mojego wyglądu - od makijażu, przez perfumy, fryzurę, po odpowiednie ubrania. Chociaż zdecydowanie wolę praktyczny, wygodny styl, czyli spodnie i koszule, lubię także od czasu do czasu wskoczyć w coś bardziej kobiecego. Jednak jestem notorycznie mylona z mężczyzną. Kasjerka pytająca "co dla pana?", żul pod sklepem mówiący "poratujesz mnie, księciuniu, złotówką?" czy babcia na chodniku wyskakująca z pytaniem "proszę pana, nie wie pan, która godzina?" to tylko niektóre przykłady. Wszystko przez rysy mojej twarzy: spory nos, kości policzkowe i podbródek, z daleka i dla obcych ludzi naprawdę jestem facetem, który ubrał się w babskie ciuchy. Jakby tego było mało, mam niski głos, więc jak odbieram nieznany telefon, to niemal zawsze ktoś po drugiej stronie mówi: "poda mi pan panią Katarzynę do telefonu?".

Mam wrażenie, że im jestem starsza, tym jest gorzej. Momentami sama zapominam, jakiej naprawdę jestem płci. Fakt - moje ciało też nie jest jakieś super kobiecie. Mam bardzo mały biust, wąskie biodra, mikroskopijne wcięcie w talii. Ale staram się to nadrabiać wszystkim innym. Hit sprzed paru dni - założyłam Tindera, pod wpływem impulsu samotności, ale to już inna sprawa, i sparowało mnie z jakimś kolesiem, nazwijmy go A. Okazało się, że polajkował mnie tylko po to, by mnie zwyzywać i napisać, żebym wyp***ła z Tindera. Przeżyłabym to jakoś, gdyby kolejny facet nie zrobił tego samego. Na dowód tego, że jestem kobietą, kazał mi wysłać zdjęcie moich piersi.

Może zabrzmi to głupio, ale rozważam czasami zrobienie jakichś badań pod kątem tego, czy naprawdę jestem stuprocentową kobietą. Reakcje ludzi wzbudziły we mnie obawy, sama przestałam się czuć pewnie. To okropne uczucie, gdy ludzie nie wierzą, że rozmawiają z dziewczyną. Okropne są żarty w stylu: "do jakiej łazienki w galerii chodzisz? Jak jesteś na basenie, to wpuszczają cię do damskiej szatni? Gdybyś miała dziecko, to mówiłoby do ciebie mamo czy tato?". Koledzy już wiedzą, że te dowcipy dawno przestały być zabawne, starają się mnie wspierać, bo widzą, że czasami jest mi ciężko.

Wybaczcie mi ten długi opis, ale musiałam to z siebie wyrzucić. Doradźcie mi proszę, jeśli możecie, co powinnam zrobić, bo jestem w rozterce.

#oct6R

Słowem wstępu - istnieje bardzo popularny filmik na YouTubie o podrywaczach, uwodzicielach wykorzystujących sztuczki, byle zaciągnąć kobietę do łóżka. Myślałam - faktycznie dziwne, ale problem pewnie na małą skale. Dopóki sama nie natknęłam się na takiego "uwodziciela".

Pana M poznałam na aplikacji randkowej, napisał na samym początku, czy byśmy gdzieś najzwyczajniej się nie spotkali. Czemu nie? Nie wiedziałam nawet, czy będzie o czym z nim rozmawiać, ale nie zaszkodzi spróbować.

Pierwszą rzecz zauważyłam niedługo po tym, jak usiedliśmy w kawiarni. Otóż M co średnio kilka minut dotykał to ramienia, to dłoni, kompletnie bez powodu. Gdy ja podpierałam się na łokciu - on robił to samo. Prawienie dosyć mało subtelnych komplementów, by potem stwierdzić, że widzi we mnie "bratnią duszę". Tak samo gadka o zaufaniu też wydawała mi się dosyć nienaturalna. Zgadzał się ze mną prawie we wszystkich kwestiach (akurat w dosyć subtelny i elokwentny sposób, więc całkiem możliwe, że nie było to celowe).

Większość pomyśli w tej chwili, że przesadzam, ale w trakcie rozmowy zaprosił mnie do siebie w celu "poznania jego psa" (gdyż sama jestem miłośnikiem psów i akurat padł ten temat). Odpowiedziałam, że zgoda równa się dla wielu facetów chęcią pójścia z nimi do łóżka. Cóż, potwierdził i dodał, że owszem - chciałby tegoć. Nie mam nic do kobiet, które chcą czegoś takiego na pierwszym spotkaniu, ale najzwyczajniej do tej grupy nie należę. Odmówiłam jeszcze kilka razy na zaproszenia do domu i zaczęłam się zwijać, gdyż spotkanie stawało się coraz bardziej niezręczne, a M coraz bardziej natarczywy.

M nalegał, by odprowadzić mnie na tramwaj. Na początku krótkiego spaceru próbował mnie objąć, gdzie odmówiłam i trzymałam dystans najbardziej jak mogłam. Na przystanku chwycił mnie i pocałował, a ja musiałam odepchnąć go od siebie by przestał. Obok było trochę ludzi, a ja nie chciałam robić afery, dlatego też w miarę "na spokojnie" powiedziałam, że nic do niego nie czuję i jest mi niekomfortowo. W odpowiedzi usłyszałam obrzydliwe "Mi się oprzesz?". Na koniec zapytał jeszcze raz, czy na pewno nie chcę wpaść do niego do domu, zapewniając o swoich *umiejętnościach*.
W dodatku - na przystanku nagle wspomniał, że "M" to nie jest właściwie jego prawdziwe imię, ale to nie ma różnicy, gdyż mogę mówić do niego jak chcę. Z wiekiem zapewne w takim razie też kłamał.

Jeszcze tego samego dnia zablokowałam go na tej aplikacji i upewniłam się, że nie wymieniliśmy się numerami.

#pDBne

Opowiem wam moją wstydliwą historię.

Nigdy nie byłam dobra z matematyki. Z tego powodu brałam regularnie korepetycje i dużo ćwiczyłam w domu. Podczas korków i ćwiczeń w zaciszu pokoju szło mi zadowalająco. Jednak gdy tylko przyszło mi w szkole napisać kartkówkę lub sprawdzian, moja wiedza ulatywała jak z przebitego balonika, na rzecz czarnej dziury w głowie. Brak koncentracji, przypływ ogromnego stresu. Tym sposobem dwójka z matmy była wyczynem.

Utrzymało się to do matury. Mimo podstawowej wiedzy, nie byłam w stanie zdać matury z matmy za pierwszym, drugim, trzecim razem... aż do ostatniej szansy, zanim musiałabym pisać całą od nowa. Dlatego przed ostatnią próbą obiecałam sobie, że nie będę się denerwować. Nawet dałam sobie spokój z powtórzeniami, postanowiłam pójść na YOLO. W miarę spokojnie przespałam poprzedzającą egzamin noc, spokojnie przełknęłam śniadanie i poszłam na autobus.

Co w tym anonimowego? Otóż krótko przed wejściem do sali poczułam ostre rżnięcie w brzuchu. Wystrzeliłam w kierunku łazienki, ale niestety. Załatwiłam się na wodnisto w majtki. Nie mając większego wyboru, starłam co mogłam papierem i wróciłam pod salę. Miałam nadzieję, że nikt nie wyczuje.

Na szczęście nikt nie patrzył na mnie dziwnie ani w sali, ani podczas powrotu do domu. Albo nie było nic czuć, albo udawali.

Ale wiecie co? Zdałam tę cholerną maturę! Gówno przyniosło mi szczęście.

#AuvoQ

Wydarzyło się to jakieś trzy lata temu, jesienią.

Wracałem z moją dziewczyną od rodziny, jedziemy drogą gdzieś między Pcimiem Dolnym a Górnym, późny wieczór, pusto i mgła jak cholera. Jadę wolno, bo na poboczu co i rusz jakiś leśny zagajnik i kto wie, czy jakiś jeleń z niego nie wybiegnie. Dziewczyna zaczyna coś przebąkiwać o horrorze, który ostatnio widziała, ale na razie wszystko w formie żartu, chociaż ta mglista atmosfera zaczyna nam się powoli udzielać.
I nagle słyszę jej krzyk "STÓJ" - myśląc, że coś stoi na drodze, wcisnąłem hamulec i auto zatrzymało się z piskiem.

- Coś tam było, na poboczu, leżało, widziałam! - zaczyna mówić moja dziewczyna, z jakiegoś powodu zniżając głos do szeptu. Nie wierzę w duchy i zmory z czarnymi włosami z japońskich horrorów, więc zupełnie bez lęku opierdzieliłem ją i już chciałem ruszać dalej, ale ona tak nalegała by to sprawdzić, że w końcu jak ostatni idiota z wymienionych wcześniej filmów ruszyłem poboczem z latarką i w kamizelce odblaskowej. Z lubą uczepioną mojego ramienia.
Po chwili światło latarki padło na coś czarnego, co faktycznie leżało na poboczu. Z daleka, przez mgłę, wyglądało na worek na śmieci. Przez chwilę miałem złudzenie, że worek ciut się poruszył, chociaż wiatru nie było, no, ale wiadomo, w takiej scenerii mózg płata figle.

- Worek, zadowolona? - pytam, i wtedy w blasku światła odbiły się dwa ślepia. Moja dziewczyna pisnęła, ja dostałem paraliżu, a worek wstaje i zamienia się w bestię z koszmarów. Gdzieś na asfalcie widać plamę krwi, dwa ślepia jarzą się w zarysie czarnego cienia, wszystko w obłokach mgły, już sam nie wiedziałem, czy to jawa czy sen. Ja już bym po męsku uciekał, ale dziewczyna odważnie zaczyna się zbliżać do bestii, mimo tego, że trzymam jej nadgarstek tak mocno jak tylko mogę. Bestia też się zbliża, widać potargane kudły i pysk, który tylko King potrafiłby opisać.

Tak poznaliśmy Bestię. Psa z pobocza. Istotę z tak szpetnym ryjkiem, że nawet po wyleczeniu obrażeń związanych ze spotkaniem z jakimś samochodem nie wygląda on najlepiej. Mieliśmy znaleźć dla niego dobrą rodzinę, bo nie chcieliśmy mieć psa. I tak "szukamy" od trzech lat. Jest naszym przyjacielem i towarzyszem, chociaż czasem jak się napotka jego ślepia w ciemnym pokoju, to dreszcz człowieka przechodzi. Nikt też się przy nim nie zatrzymuje i nie mówi "och, jaki śliczny piesek, można pogłaskać?", a to wielka szkoda, bo Bestia przywitałaby się z każdym.

Prawie nikt nie wie, że przy spotkaniu tego "miluszka" prawie posikałem się w majty.

#mSZed

W wieku 19 lat poszłam na studia do miasta oddalonego od mojego domu o 300 km. Nikt z moich znajomych nie poszedł tam, większość wybrała studia w rodzinnym mieście lub wcale na nie nie poszła.

Byłam młoda i bardzo głupia, ciężko było mi się odnaleźć w nowym miejscu. Nigdy nie miałam też chłopaka i relacje z mężczyznami były dla mnie trudne. Na moje nieszczęście, poznałam w klubie mężczyznę dużo starszego od siebie, który zdawał się być mną zainteresowany. Mógł mieć z 50 lat. Bardzo szybko pozwoliłam się bajerować, że jestem piękna, że mądra, bo dostałam się na studia i że podobam mu się. Nikt nigdy nie mówił mi tyłu komplementów i miłych słów, więc chłonęłam to wszystko i byłam oczarowana. W mojej głowie zapaliła się czerwona lampka, że powinnam być ostrożna, bo to obcy człowiek, ale ignorowałam to. Do czasu.

W pewnym momencie facetowi skończyły się komplementy i wypytywał o moje życie. Z perspektywy czasu wiem, że za dużo mu powiedziałam, a on praktycznie nic o sobie nie powiedział.

Czas nam jakoś szybko minął, było po drugiej, kiedy zdecydowałam, że pora wracać do akademika, bo mam zajęcia w południe i wypada się wyspać. Powiedziałam mu to, lecz on nalegał, żebym poszła do niego. Dodał też, że nie będzie to nic więcej, tylko sobie zasnę. Odmówiłam mu, tłumacząc, że akademik mam niedaleko uczelni, więc będę mogła dłużej sobie pospać i tak dalej, a poza tym czuję się dobrze na swoim miejscu i go dobrze nie znam. Zaproponował mi, żebym poszła z nim, a na drugi dzień została, zamiast iść na zajęcia i właśnie wtedy zaczęłam być coraz bardziej negatywnie nastawiona do niego. Zapewniał mnie, że on w tym mieście jest szychą i że jak będę potrzebować pomocy ze studiami lub cokolwiek, to on mi to od ręki załatwi. Mówił, że zna władze mojej uczelni i się z nimi dogada. Zachowałam resztki rozumu, by odpowiedzieć na to: "O, to znasz profesora Stasiaka, naszego rektora!". Oczywiście, żaden profesor Stasiak nie był moim rektorem wtedy, po prostu to nazwisko przyszło mi jako pierwsze na myśl. Facet przytaknął, że zna go od dawna, bo z jego synem chodził na ryby. Byłam pod wrażeniem, że potrafi tak płynnie kłamać, ale czułam coraz większe rozczarowanie i strach. Chciałam jak najszybciej wrócić do akademika. Pod pretekstem pójścia do toalety uciekam mu, a potem całą drogę oglądałam się za siebie, czy mnie przypadkiem nie śledzi.

Przez kilka miesięcy bałam się odwiedzić ten klub, a nawet znajdować się w jego pobliżu w obawie, że go spotkam. Słyszałam też, że jakiś starszy mężczyzna wypytuje dziewczyny z mojego akademika o mnie.

Nigdy go już nie spotkałam, mimo że mieszkam w tym mieście od 7 lat. Już się tego nie boję, ale na wspomnienie tamtego wydarzenia ciągle przechodzą mnie ciarki zażenowania, że tak naiwna i głupia mogłam być.
Dodaj anonimowe wyznanie