#72OWA

Do 12 roku życia notorycznie moczyłam się w nocy. Pomimo wielu starań, ciągle oddawałam mocz przez sen. Nikt o tym nie wie oprócz mojej mamy.

Dziś mam 24 lata i wiem dlaczego tak się działo. Ciągłe kłótnie rodziców i mega napięta atmosfera sprawiała, że tak się działo. Po wyprowadzce ojca z domu automatycznie przestałam się moczyć.

#JF4OI

O tym, dlaczego przestałam pomagać obcym ludziom.

Mój stały klient (MK) chodzi o kulach. Kiedyś opowiedział mi jak to się stało, że stał się niepełnosprawny. Pewnego razu MK chciał pomóc jakiemuś typkowi, który jeździł na wózku. Nie było windy ani takiego chodnika do wjeżdżania, a jedynie strome schody, więc MK zniósł tego faceta ze schodów, a ciężar był tak wielki, że w plecach MK coś się uszkodziło i przez kilka miesięcy czy nawet lat nie mógł chodzić. Po latach rehabilitacji chodzi o kulach i zostanie mu tak już na zawsze.

Inna historia. Siedzę sobie w domu i słucham radia coś tam gotując. Nagle komunikat, że poszukuje się osoby, która dnia takiego a takiego na ulicy takiej a takiej udzieliła pomocy ofierze wypadku. Ofiara jest nosicielem wirusa HIV, więc osoba pomagająca proszona jest o zgłoszenie się do szpitala, bo mogła się zarazić.

Pod moim akademikiem siedział zawsze taki bezdomny. Byłam z nim na "dzień dobry" i tyle. Któregoś razu zagadał, czy nie miałabym drobnych na jedzenie. Powiedziałam, że nie, ale właśnie idę do sklepu, więc jak zaczeka 30 minut, to mu zrobię zakupy. Wydarł się na mnie, że co ja sobie myślę, że on będzie teraz na mnie nie wiadomo ile czasu czekał?! Kazał mi spier...

Innym razem zaczepił mnie jakiś facet na dworcu (bezdomny). Od razu mówił do mnie na ty i per "koleżanko". Spieszyłam się, więc już zaczęłam sięgać po portfel, ale stwierdziłam, że zapytam, czy będzie chciał ode mnie pieniądze, bo nie mam czasu na gadki-szmatki. Zwyzywał mnie.

Na chodniku natknęłam się na klęczącą kobietę. Nie była to żebraczka, tylko taka zwykła babcia, która wyglądała jakby właśnie przeżywała zawał albo dowiedziała się o śmierci kogoś bliskiego. Cała była zapłakana, więc zapytałam, czy mogę jakoś pomóc. Opowiedziała, że wybrała wszystkie pieniądze z konta (w bankomacie), ale ktoś jej wyrwał pieniądze z ręki i teraz nie ma za co żyć. Była na policji, ale co z tego, jak nadal nie ma kasy, a rodzina nie pomoże, bo nie ma z nimi kontaktu. Z przejęcia zrobiło jej się słabo, ale nie chce karetki. Pomogłam jej wstać, poradziłam, by poszła do księdza, może on pomoże, ale coś pomarudziła. Zapytałam, czy przyjmie pieniądze. Bardzo płakała, ale przytaknęła głową. Ledwo stała na nogach, musiałam ją podtrzymywać. Dałam jej co miałam przy sobie, a ona nagle dostała takiego powera w nogach, że w minutę już jej przy mnie nie było.

Walę to, chcą pomocy - niech idą gdzieś indziej. Jak chcę pomóc, to kupuję koce i zanoszę do schroniska albo zabawki do domu dziecka, ale nigdy nie udzielam już żadnych prezentów ani pomocy ludziom na ulicy (no poza wezwaniem karetki/policji, bo jakoś często nikt inny się nie kwapi).

#PCxGB

Uwielbiam męski krzyk. Taki poprzez zdenerwowanie i taki spowodowany bólem. Choć ten drugi chyba bardziej na mnie oddziałuje. Kiedyś trafiłam na pewien kawałek, którego jedna wersja zaczynała się właśnie takim pełnym cierpienia i strachu krzykiem mężczyzny. Później chyba ta wersja została usunięta, gdyż nigdzie już nie mogłam jej znaleźć. W jakiś sposób mnie to jara.

#PA3oN

Historia może nie anonimowa, ale wydaje mi się na tyle ciekawa, że warta opisania.

Jestem z zawodu monterem i wiele lat temu pracowałam w firmie robiącej rzeczy. Na początku wymagano zrobienia 2 rzeczy na godzinę, jednak jako nowa osoba musiałam dojść do wprawy i początkowo robiłam 1 rzecz na godzinę. Po kilku miesiącach doszłam do takiej wprawy, że wymagana ilość nie sprawiała mi problemu. Łatwo policzyć, że na 8 godzin pracy wychodziło 16 rzeczy. Z doświadczenia wiedziałam, że jak zacznę robić więcej, to będą większe wymagania, a płaca zostanie ta sama. Poprosiłam więc o podwyżkę, szef się zgodził, ale pod warunkiem podniesienia wydajności do 18 rzeczy na dzień. Pracowałam już 2 lata, bez problemu robiłam nową normę.

Po prawie trzech latach pracy szef przyszedł i powiedział, że jeżeli chcę mieć przedłużoną umowę, to mam robić 20 rzeczy na dzień, bez żadnej podwyżki czy premii, jedynie łaskawe przedłużenie umowy. Powiedziałam mu, że podziękuję, a on na to, że ma pełno ludzi na moje miejsce. Życzyłam mu powodzenia w znalezieniu osoby, która na początek zrobi chociaż 16 rzeczy, bo jednak trzeba dojść do wprawy i nauka wyrobienia normalnego tempa trwa prawie rok.

Szef zwolnił mnie oraz wszystkich innych, którzy nie zgodzili się na cudowne nowe warunki, czyli wszystkich, którzy pracowali dłużej niż 2 lata i pracowali sprawnie. Firma została z pracownikami, którzy byli nowi, a największe osiągnięcia miała osoba, która robiła 10 rzeczy na dzień. Pół roku później firma już nie istniała.

#N402E

Ostatnie święta przypomniały mi o tym, co stało się 10 lat temu, a dokładnie w gwiazdkę.

Pamiętam, że odwiedził nas wujek z USA z prezentami i że dostałem od niego zdalnie sterowany samochód na benzynę i akcesoria. Pamiętam, że rodzice rozmawiali z nim, że następnego dnia mi go dadzą, ale ja jak tylko wujek wyszedł późną nocą wybiegłem z pokoju i pytałem o swój prezent. Tata gdy mnie zobaczył posmutniał, lecz poszedł do drugiego pokoju i przyszedł z moją paczką. Gdy wrócił dał mi ją, a ja od razu ją otworzyłem, lecz tata był jeszcze bardziej smutny, więc zostawiłem paczkę i podszedłem do niego pytając, czemu się nie cieszy jak ja. On na początku milczał, lecz potem powiedział, że zabawkę miał zamiar sprzedać, bo przez to, że w zimie miał mało zleceń, nie starczy nam na jedzenie i prąd. Po usłyszeniu tego co powiedział zapakowałem prezent z powrotem i mu go dałem. Ucieszył się i przysiągł, że kiedyś dobro do mnie wróci.

Po kilku latach, gdy tata założył firmę i stanęliśmy na nogi, w moje 18 urodziny wręczył mi kluczyki od auta, które chciałem sobie kupić. Powiedział mi "Pamiętałem, synu, oto mój prezent dla ciebie". Rozpłakałem się i przytuliłem go, bo nie musiał tego robić, a mimo to pamiętał.

#zsPSX

Odwiedziłam w święta babcię i podczas kąpieli przypomniała mi się dość obrzydliwa historia.

Gdy byłam mała, w domu mieliśmy prysznic. Dla mnie zawsze "logiczne" było załatwić się pod prysznicem, a potem normalnie umyć. Gorzej było, gdy jeździłam do babci, która nie dość, że miała oddzielnie ubikację i łazienkę, to jeszcze miała wannę zamiast brodzika. Jako mała dziewczynka zapomniałam wysikać się w tradycyjny sposób i stwierdziłam, że zrobię to po umyciu się, do wody, którą sobie napuściłam. Jak postanowiłam, tak zrobiłam.

Babcia potem oznajmiła mi, że mam tej wody nie wypuszczać, bo ona umyje sobie w niej nogi... Nie wypuszczać to nie wypuszczać. Umyła te nogi w wodzie połączonej z moimi sikami :')
Żeby tego było mało, sytuacja kilkukrotnie się powtórzyła.

#iafG3

Jestem młodą kobietą, która cierpi na silny ból, ale boi się pójść do lekarza...

Obecnie mam 22 lata, a połowę swojego życia spędziłam na korytarzach przechodni i szpitali. Nie mogę zliczyć ile pieniędzy wydali moi rodzice, aby postawiono mi prawidłową diagnozę. Cierpię na silny ból bioder, który występuje u mojej rodziny co drugie pokolenie. Ja cierpię, moja babcia cierpi, jej babcia również na to cierpiała... Ból jest tak silny, że niekiedy nie mogę wstać z łóżka.

Czasami zastanawiam się, co bardziej boli, biodra czy znieczulica lekarzy, którą zdążyłam zaznać w tak krótkim żywocie. Wielu z nich twierdziło, że ból jest tylko w mojej głowie i że inni mają gorzej, bo nie mogą wejść z poczekalni do gabinetu. Nie dostrzegali moich łez i łez moich rodziców, którzy nie mogli patrzeć jak z każdym krokiem cierpi ich nastoletnia córka.
Jedyny lekarz, który nie wątpił w moją chorobę był pediatrą, który nieustannie zlecał kolejne badania i podsuwał najlepszych ortopedów w Polsce, robił to, bo miał córkę w tym samym wieku co ja.

Już od 4 lat nie byłam u lekarza, mimo że czuję się coraz gorzej, ból trzyma coraz dłużej i coraz mniej rzeczy mi pomaga... Boję się po raz setny zostać zlekceważona przez lekarzy, którzy przysięgali pomagać innym w potrzebie...
Nie wiem ile jeszcze wytrzymam.

#ul04V

Mówi się, że muzyka działa cuda, leczy rany.

Ze mną było tak samo. Miałam 13 lat, kiedy zaczęłam słuchać pewnego polskiego zespołu.

Przeszłam z nimi przez wszystko - rozterki miłosne, alkoholizm ojca, agresywną matkę, szykanowanie przez rówieśników, zmagałam się ze śmiercią ukochanej babci i molestowaniem przez kolegów ojca.

Gdy skończyłam 18 lat i odłożyłam w końcu trochę pieniędzy, pojechałam na ich koncert, ściskając w ręku list, który chciałam im wręczyć po koncercie - opowiadający moją historię, podziękowania.

I co? I nic. Wokalista widząc mnie, zapytał, czy nie nazywam się przypadkiem X, po czym wyśmiał mnie i przez następne 30 minut rzucał głupie żarty, aż w końcu wyszłam z lokalu zaryczana.

Ich "manager" był ojcem jednej z zakłamanych manipulantek z mojej szkoły, która mnie szykanowała. Najwyraźniej wokalista również miał z nią świetny kontakt.

#LiyeV

Jak chodziłam do podstawówki, miałam koleżankę, która zawsze zabierała mi kanapki, opowiadając przy tym historyjkę jak to jej w domu nie karmią i ona od paru dni nic nie jadła. Nie chciałam jej nic dawać, ale byłam wtedy bardzo nieasertywna, więc pozwalałam, by wyciągała mi kanapki z ręki albo co gorsza czasami wyjmowała sobie z mojego plecaka. Doszło do tego, że na długiej przerwie szłam do ubikacji i tam jadłam, żeby nie mogła mi zabrać kanapek.

I to jej chyba zostało do dorosłości, bo jak miałam 25 lat, zatrudnili ją w sklepie, w którym pracowałam. Wtedy zaczęły się od nowa próby zabrania jedzenia i historyjki, że ona nic nie jadła od wczoraj itp. Kilka tygodni z rzędu próbowała namówić mnie na oddanie jej mojego jedzenia, oczywiście odmawiałam, ale miałam już serdecznie dosyć. Ileż można?

Pewnego dnia naszykowałam sobie w pudełku obiad, kotlety, ziemniaki, surówkę i jak przyszła moja kolej na przerwę, odgrzałam sobie to w mikrofali i jadłam na zapleczu. Ona nagle tam wpadła i bez pytania ani ostrzeżenia po prostu szybkim ruchem zabrała mi kotleta z pudełka, twierdząc, że jest bardzo głodna i już nie wytrzyma, znów historyjka o tym, jak to ona głoduje od paru dni. Na głodną i niejedzącą od paru dni nie wyglądała, wręcz przeciwnie, miała wyraźną nadwagę, co oczywiście wystarczyło, żebym wiedziała, że kłamie.
Tym razem nie byłam głupiutką zahukaną dziewczynką z podstawówki, która boi się powiedzieć, co myśli. Powiedziałam, że tak się nie robi, że jest bezczelna i ma mi chociaż za tego kotleta zapłacić, bo ja nie jestem fundacją charytatywną, żeby ją karmić. Oczywiście efekt był taki, że się obraziła i na parę dni miałam spokój z próbami wyłudzenia jedzenia.

Ale po tygodniu jej przeszło i znów się zaczęło "dej, bo nie jadłam dwa dni". Tymczasem nie raz, nie dwa widziałam, jak na zapleczu po kryjomu pałaszuje jakieś batoniki czy kanapki.

Wściekłam się i na drugi raz naszykowałam sobie obiad, pulpety w sosie, do którego napchałam środków na przeczyszczenie. Gdy znów sprzedała mi bajeczkę o głodzie, chętnie oddałam jej obiad (oczywiście miałam drugi dla siebie, który potem zjadłam ukradkiem). Zjadła, a ja czekałam na efekt, próbując ukryć uśmiech.

Po paru godzinach środki zaczęły działać i dostała takiej s***ki, że nie schodziła z kibla, aż w końcu szef pozwolił jej iść do domu, bo była blada jak ściana. I nie, nie mam wyrzutów sumienia, że to zrobiłam.

Po paru dniach wróciła do pracy i już więcej nie tknęła mojego jedzenia.

#3ATfS

Cała rodzina ma do mnie i męża "problem", bo "wymigaliśmy" się od Wigilii.
Dlaczego uciekliśmy od świąt? Bo mieliśmy po dziurki w nosie tego, jaki cyrk się tam odprawia.
Sytuacja z zeszłego roku:
Ciotka stwierdziła, że pierogi są stare, teściowa w płacz, teść za nią biegnie, a szwagierka kłóci się z ciotką o te nieszczęsne pierogi.
Teściowa zaczyna podgadywanie kiedy w końcu wnuki, a ja zirytowana w przypływie złości mruknęłam "nigdy", na co ciotka z teściową zawiązały szybką koalicję i cyk obie namawiają mojego męża do rozwodu.
Ciotka przyuważyła bombki na choince... i daaawaj się kłócić z teściową (a jej siostrą), bo to przecież bombki po babci Lusi i jej się należą!
Później szwagierka zaczęła płakać, bo teść kupił żywego karpia i na pewno on biedny męczył się w reklamówce i konał w męczarniach (teść karpia żywego kupił, ale na miejscu go ubili). Teść obrażony, szwagierka obrażona.

I tak rok w rok. Cyrk na kółkach. Jak nie wojna o jakąś potrawę, to o bombki, o rodzinną biżuterię, o wnuki, o to, która ma "lepszych" synów czyt. której synowie lepiej zarabiają.

W tym roku wyłączyliśmy telefony, upiekliśmy pizzę i po prostu spędziliśmy czas razem. To były najlepsze święta w moim życiu. Ciche, spokojne, w ramionach ukochanej osoby. Czego chcieć więcej?
Dodaj anonimowe wyznanie