Wczoraj po raz pierwszy poznałem mojego biologicznego ojca, który opuścił moją mamę, kiedy ja miałam dosłownie parę miesięcy. Przez cały ten czas nie było z nim kontaktu. Odezwał się dopiero teraz, kiedy ja skończyłam już 26 lat! Mówił, że bardzo chciał mnie poznać, więc z dużymi oporami się zgodziłam.
Spotkanie to było wyjątkowo niezręczne, bo człowiek ten okazał się najbardziej żałosną osobą, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia. Po pierwszych kilku minutach rozmowy powiedział mi, że zawdzięczam mu życie i że oczekuje za to zapłaty w postaci 2 tysięcy złotych. Nie, to nie był żart...
Kiedy byłam mała, nie lubiłam żółtek od jajka. Białko - niebo w gębie, ale żółtko po prostu mi nie smakowało... Mama gotowała mi zawsze jajka na twardo, więc bez problemu mogłam oddzielać jedno od drugiego. Białko rzecz jasna trafiało do żołądka, a żółtko - no właśnie... Chowałam je pod łóżkiem... Na pomysł ten wpadłam błyskawicznie. Wszystko działo się jak miałam jakieś 5 lat. Kiedy rodzice chcieli zrobić remont mojego pokoju, rzecz jasna musieli łóżko odsunąć. Ich miny były nietęgie, gdy zobaczyli mnóstwo zielonych kuleczek... Na początku myśleli, że to jakieś piłeczki, czy gorzej - odchody czegoś...
Dziś się z tego śmiejemy, mama naliczyła wtedy 57 sztuk tego "dobrodziejstwa". W dodatku pomimo długiego leżenia wcale to nie miało brzydkiego zapachu...
Kiedy miałem 4 lata, i chodziłem do przedszkola, pewnego majowego dnia dzień zaczął się tak samo jak każdy w tę porę roku - po śniadaniu całą grupą udaliśmy się na plac zabaw zaraz za przedszkolem. Oczywiście z opiekunkami, ale gdzie tam dzieciaki, ważniejsze są plotki. Tak, że jak to dzieciaki, zorganizowaliśmy sobie sami zabawę.
Zaczęliśmy zbierać patyki i walczyć nimi niczym rycerze Jedi z sithami. Kiedy zabawa się skończyła, (o dziwo nikomu nie stała się krzywda) poszedłem z kumplem na drabinki. Kiedy kolega zaczął mnie tłuc pluszowym misiem, postanowiłem mu go wyrwać. Nic się z nim nie stało, ale to wystarczyło by uruchomić Brajanka - miks ADHD, autyzmu i wielu więcej zaburzeń i chorób. Kiedy Brajanek zaczął płakać i pobiegł do opiekunek postanowiłem uciec - chociaż byłem niewinny. Razem z kolegą postanowiliśmy wyjść, ale furtka była na widoku, więc musiałem znaleźć inny sposób. Okazało się że płot był bardzo wysoki od spodu tak, że się na spokojnie pod nim zmieszczę, wiedziałem także, że nikt nas nie zauważy ponieważ był on za krzakami. Tak jak postanowiłem, tak zrobiłem, bez problemu niczym ninja prześlizgnąłem się pod płotem i wtedy zaczęły się problemy - mój pulchny kolega zaklinował się! Na szczęście udało mi się go wyciągnąć zanim ten wezwał pomoc. Byłem już na wolności, słodki powiew wiatru pozwolił mi rozwinąć skrzydła aż tu nagle widzę Brajanka otwierającego drzwi wraz z panią opiekunką, która raczyła przerwać rozmowę! Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę co mogło się przytrafić, na szczęście pani przedszkolanka zareagowała w porę. Co prawda znałem drogę do domu, ale tyle niebezpieczeństw mogłem natrafić po drodze, że nadal mi głupio.
PS. Żadnej kary nie dostałem, tylko lekki ochrzan.
PS.2 Brajanek, z tego co wiem, skończył w zakładzie karnym.
PS.3 Przepraszam za styl wyznania, ale bardzo chciałem opisać historię, ale mieszkam za granicą i bardzo rzadko piszę dłuższe rzeczy w języku ojczystym.
PS.4 Przepraszam za tyle PS.
Kilka lat temu pakowałam swoje zakupy, gdy podszedł do mnie facet, ok. 40 lat. U mnie w głowie nagle tysiące myśli, które zmierzają do jednego "da pani złotóweczkę?".
Facet zapytał się, czy mam jakieś pieniądze, bo jest bardzo głodny (spojrzałam - widać, że to nie jest żul, w miarę ubrany). Od razu powiedziałam, że pieniędzy mu nie dam, bo ciężko pracuję na to i po prostu nie mam zamiaru finansować komuś alkoholu. Facet już odchodził, ale zapytałam się go, czy chce zupy, bo akurat dzisiaj ugotowałam (chciałam sprawdzić, czy faktycznie zależy mu na jedzeniu), ale on, że nie, nie wypada komuś do domu się pakować. Postawiłam sprawę jasno - albo idzie pan ze mną, albo nie. W końcu się zgodził, wziął moje zakupy i poszliśmy do mieszkania. W domu siedział mój mąż i syn, dlatego bez zawahania zaprosiłam go do domu.
Facet zaczął płakać przy tej zupie, bardzo dziękował za jedzenie. Kiedy się uspokoił, zaczął opowiadać swoją historię.
Żona ciągle narzekała na brak pieniędzy, więc postanowił wyjechać do Niemiec. Co miesiąc wysyłał jej praktycznie całą wypłatę, a sobie odłożył jedynie na bilet powrotny. Kilka miesięcy później dostał telefon, że zmarła jego siostra i pogrzeb odbędzie się za kilka dni. Bez namysłu spakował się i przyjechał do Polski. Przyjeżdża do swojego mieszkania, a tu klucz nie pasuje. Zapukał do sąsiadki, a ona mu mówi, że mieszkanie od kilku tygodni jest sprzedane. Dzwoni do żony, a tu brak odpowiedzi. Szwagier (mąż siostry) nie zgodził się na to, żeby zamieszkał u niego kilka dni. Nie miał nikogo, siostra była jego jedyną rodziną. Tydzień po przyjeździe głupio mu było żebrać o jedzenie czy o pieniądze i chodził przez ten cały czas głodny i bez dachu nad głową.
Po tej historii zaproponowaliśmy mu, żeby przeszedł się do stołówki dla bezdomnych i na pewno tam dostanie jakąś pomoc. Na odchodne dałam mu trochę suchego prowiantu, by miał co zjeść na kolację.
Kilka dni temu zapukał do moich drzwi jakiś facet. Okazało się, że to ten gość z parkingu. Powiedział, że właśnie wrócił z Niemiec. Miał numer do Polaka, który pracował z nim w Niemczech. Sfinansował mu przyjazd do Niemiec i od kilku lat siedział tam i pracował. W życiu mu się poukładało i planuje kupić własne mieszkanie. Przyszedł do nas z ciastem i słodkościami z Niemiec. Podziękował jeszcze raz i zostawił numer telefonu, jeśli potrzebowalibyśmy pomocy.
Do tej pory nie mogę uwierzyć, że pomogłam człowiekowi i dobro wróciło.
O tym, że tak naprawdę z każdego człowieka może wyjść dwulicowa pipa.
Miałam paczkę kilku męskich przyjaciół - jedyna kobitka w grupie nikogo nie dziwiła, było to technikum informatyczne. Znaliśmy się bardzo dobrze, stały skład grupy się wykrystalizował po dwóch latach, codziennie widzieliśmy na lekcjach, w piątki i weekendy imprezki, koncerty, wyjazdy.
No i któregoś razu okazało się, że jestem zakochana w jednym z nich. Chłopak o wielkim poczuciu humoru, który jednak zawsze dziwnym trafem dostawał od każdej kosza. Według jego opowieści, najczęściej po prostu dziewczyna robiła go w bambuko/wykorzystywała/zabawiała się etc. Wobec mnie był naprawdę w porządku, grzeczny, często nie rozumiałam zachowania tych lasek.
Pierwsza, druga, trzecia randka całkiem wzorowe - zostaliśmy parą. I tak się zaczęło.
O ile w grupie jeszcze jakoś się zachowywał, tak jak byliśmy u niego we dwoje, była masakra. Obrabiał każdemu po chamsku dupę, szydził nawet z ludzi z paczki, z którymi codziennie się widział i witał jak z przyjaciółmi (aż zaczęłam się bać, co mówił o mnie, gdy mnie nie było). Nasze niektóre spotkania to było tylko siedzenie i patrzenie, jak ogląda Joe Monstera etc. Randki na mieście, spacery się skończyły. Po jakimś czasie ciężko mu było "znaleźć czas na spotkanie", chociaż, ku**a mać, mieliśmy do siebie dziesięć minut autobusem, piechotą dwadzieścia. SMS-y ignorował, na FB też odpisywał z wielką łaską. Próbował manipulować mną, żebym np. stawiała mu sushi albo bilety na koncert kupiła, a jak odmawiałam, to był naburmuszony i leciał z tekstem "To nie pokazuj, że masz kasę". Najlepsze, że ja wcale tej kasy nie miałam, jedynie tyle, co zarobiłam w wakacje. Potem, gdy go o to spytałam, twierdził, że "Nigdy takiego tekstu nie użył". Gadał przy mnie o tym, jakie piękne koleżanki ma dziewczyna jego brata, z dokładnym studium ich walorów. Wiele razy odreagowywał na mnie swoją złość z jakichś debilnych powodów, typu przepuścił hajs od rodziców i nie ma na grę.
Zbliżeń nie było, byłam dziewicą i chciałam, żeby doszło do tego przynajmniej po roku związku.
Któregoś razu przestał się odzywać, tak z dnia na dzień. Pojechałam do niego wku@wiona po pięciu dniach ciszy. Ochrzaniłam za brak uwagi, mało czułości. Co usłyszałam? "Jestem introwertykiem, nie zmuszaj mnie do bliskości!!!"
On. Introwertyk. Ku##a, chodzący na koncerty kilka razy w miesiącu, mający naprawdę dużo znajomych, z którymi chlał co tydzień. Jedyne, na co było mnie stać, to:
"Nie. Jesteś debilem". Wyszłam.
Siłą rzeczy paczka się podzieliła, bo on znów zagrał pokrzywdzonego przez laskę i okrutny los. Z zewnątrz nikt nie widział problemów z nim.
Tylko jeden przyjaciel zauważył, że skończyłam ten związek będąc w psychicznej ruinie.
No cóż. Młoda, to i głupia byłam... Ale boli po dziś dzień.
Mając 16 lat, byłem najgłupszym dzieciakiem na ziemi. W dodatku myślałem przyrodzeniem zamiast głową. Ale do rzeczy.
Miałem pewną koleżankę Sarę. Znaliśmy się od dziecka. Sara była o rok starsza, ale nie przeszkadzało nam to w tym, że nasza przyjaźń zmieniła się w nastoletnie zauroczenie. Choć dziś uważam, że były to jedynie buzujące w nas hormony. I tak oto pewnego dnia, gdy byliśmy sami w domu, doszło do pierwszego pocałunku, a chwilę później trafiliśmy na kanapę. Wizja odbycia pierwszego razu tak mi uderzyła do głowy, że gdy Sara nagle przerwała mówiąc, że nie możemy nic zrobić, bo nie mamy zabezpieczenia, ja byłem tak "napalony", że na szybko wcisnąłem jej bajeczkę, że na coś tam chorowałem kiedyś i przez to jestem bezpłodny. Nie wierzyła, ale tak bardzo ją przekonywałem, że to prawda, aż w końcu udało mi się ją nabrać. Mój umysł wówczas w ogóle nie połączył żadnych faktów o tym, że jednak to zabezpieczenie po coś istnieje.
I tak oto po naszym pierwszym dwuminutowym razie, miesiąc później przybiegła do mnie zapłakana Sara, mówiąc, że jest w ciąży i pokazała mi test. Nogi się pode mną ugięły. Nie wiedząc co zrobić, kazałem jej nikomu nie mówić, dopóki nie wymyślimy co z tym zrobić. Żadne z nas nie chciało dziecka, a gdyby dowiedzieli się nasi rodzice, kazaliby jej rodzić. Gdy ja przeszukiwałem internet na temat leków lub miejsc, gdzie ciążę można usunąć, Sara zrobiła to na własną rękę. Zabrała jakieś leki swojej babci, wzięła dużą ilość i mimo tego, że była już bliska wzywania karetki, bo tak źle się czuła, ale udało się, następnego dnia poroniła. Gdy tylko powiedziała mi o tym, dodała, że to również koniec naszej znajomości i nie chce mnie więcej widzieć.
Znienawidziła mnie za to kłamstwo, ale wcale się jej nie dziwię. I tak nasze drogi się rozeszły, a ja do dziś sobą gardzę, przez to jak potraktowałem Sarę i ile nas, a przede wszystkim ją, to kosztowało. Jestem żałosny.
Wiele lat temu moja mama miała koleżankę. Anna (imię zmienione) miała męża, który jak twierdziła, znęcał się nad nią. Miała z nim trójkę dzieci. Niemal codziennie przychodziła do mojej mamy i wypłakiwała jej się w rękaw, jaka to ona jest nieszczęśliwa i pokrzywdzona. Mąż ją bije, nie pozwala kupić butów czy kosmetyków. Ogólnie udawała osobę niezaradną życiowo. Moja mama litowała się nad nią i a to jej kupiła bluzkę, a to kosmetyk, woziła do lekarza, pomagała ze sprawami urzędowymi, bo Anna twierdziła, że nie potrafi sama nic załatwić, nie wie jak. Dawała jej obiad, bo rzekomo mąż jej nawet jeść nie pozwalał.
Od początku przeczuwałam, że coś jest nie tak, że ten płacz to jakiś taki sztuczny, wymuszony. Mówiłam o tym mamie, ale ta mi nie wierzyła. Dochodziło do tego, że jej dzieci u nas siedziały całymi dniami, a nawet czasem nocowały, bo rzekomo kłóciła się z mężem i nie chciała, żeby dzieci przy tym były. Przyprowadzała je w połatanych ubraniach, brudne i głodne. Mama oczywiście pomagała, oddawała im nasze ubrania, karmiła, pozwalała się wykąpać. A my musieliśmy im pomagać w odrabianiu lekcji, bo przecież takie biedne dzieci, nie mają w domu warunków do nauki, więc trzeba im pomóc, bo mają zaległości. Dzieci podtrzymywały wersję swojej matki, że tata bije, nie daje jeść.
Praktycznie cała nasza rodzina była zaangażowana w pomaganie Annie i jej dzieciom. Trwało to przez wiele lat i jedynie ja widziałam, że coś jest nie tak i nie chciałam pomagać. Zostałam nawet nazwana egoistką.
Pewnego dnia jechałam autobusem. Była zima, więc miałam na głowie kaptur ze sztucznym futerkiem, który dobrze mnie zasłaniał, no i wysoki kołnierz, więc połowy mojej twarzy nie było widać. Do autobusu wsiadła Anna z koleżanką, nie poznała mnie. Usiadły przede mną, a że był to nowy typ autobusu, silnik chodził w miarę cicho, więc słyszałam całą ich rozmowę.
Otóż Anna chwaliła się, że była w listopadzie w Paryżu z mężem. Że sobie pozwiedzali i ogólnie dobrze się bawili i planują już wycieczkę do Grecji na wiosnę. Koleżanka Anny zapytała skąd biorą na to pieniądze, skoro pracuje tylko jej mąż. Anna z całkowitą szczerością odparła wtedy, że urobiła sobie trzy koleżanki, które myślą, że jest biedna i jej pomagają, biorą dzieci do siebie na kilka dni, karmią, dają ubrania. Dzięki temu mogą sobie oszczędzić na wycieczki i polecieć na parę dni bez dzieci.
Od razu powiedziałam o tym mamie, mama mi nie uwierzyła, ale dla pewności pociągnęła za język dzieci. One nie chciały nic mówić na początku, ale mama przekupiła je obietnicą, że pojadą do dino parku, jeśli powiedzą prawdę. Powiedziały. Mama zerwała kontakt i ostrzegła wszystkich wspólnych znajomych przed tą krętaczką, a nasza rodzina w końcu mogła skupić się na sobie, nie na pomaganiu obcej rodzinie.
Mam przyjaciółkę, Monikę. Monika jest kilka starsza ode mnie, jednak sporo nas różni. Jestem osobą dość ambitną, ciężko pracuję, aby odnieść coś w życiu. Monika to typ włóczęgi. Większość dorosłego życia spędziła w różnych krajach świata, podróżując i chwytając się prac dorywczych, aby zarabiać na kolejne podróże. Te różnice oczywiście w niczym nam nie przeszkadzały. Monia jest świetną dziewczyną, zawsze miałyśmy w sobie oparcie.
Historia właściwa: od jakiegoś czasu pracuję w dość prestiżowej firmie, po wielu staraniach udało mi się uzyskać podwyżkę, która pozwala mi żyć na przyzwoitym poziomie. Monia stwierdziła, że chce coś zmienić w swoim życiu, znaleźć sensowną pracę, usiąść na chwilę na tyłku. Zaproponowałam jej pomoc i dwa miesiące później dostała staż w mojej firmie. Wszystko wspaniale, mam bliską osobę w mieście, w którym nie mam wielu znajomych, pracujemy w jednym miejscu, chodzimy razem na obiady.
Jest jedno ale. Po trzech miesiącach stażu Monice zaproponowano kontrakt. Kontrakt, który jest lepszy od mojego. Będzie zarabiać sporo więcej ode mnie. Wiem, że to złe, ale nie mogę powstrzymać ogromnej frustracji, która mnie opanowała od tego czasu. Staram się udawać, że wszystko w porządku, wspierać ją, ale w środku mnie się gotuje. Powinnam się cieszyć jej szczęściem, a jedyne co czuję, to ogromne poczucie niesprawiedliwości. Wiem, że część z Was stwierdzi, że może po prostu nie jestem tak dobrym pracownikiem jak ona. Nie jest to jednak prawdą. Mam w pracy świetną opinię, przez lata budowałam doświadczenie, które teraz z powodzeniem wykorzystuję w pracy. Osoba, która dotąd "przebimbała" całe swoje życie, dostaje na pstryknięcie palca wszystko, na co ja pracowałam latami.
Nie mogę jej o tym powiedzieć, bo jest to sytuacja, w której ona nie może nic zrobić. Moja zawiść może jedynie pogorszyć nasze stosunki, dlatego to jedyne miejsce, gdzie mogę to z siebie wyrzucić.
To będzie wyznanie o tym, jak mój brat znalazł sposób, żeby się wzbogacić.
Ostatnimi czasy mam mocne migreny, więc za każdym razem, jak wracam z pracy, jestem osłabiona i muszę się położyć spać. Moje osłabienie potęguje fakt, że jak za bardzo nagrzeją w domu, to jeszcze bardziej chce mi się spać i w ogóle mało co kontaktuję.
Okazało się, że kiedy tak śpię, to czasem rozmawiam z rodzinką, która o coś się mnie zapyta i robię albo podaję im rzeczy, jakie są w moim pokoju. A mój brat wykorzystuje okazję, żeby pożyczać ode mnie pieniądze, których oczywiście nie oddaje, bo ja nie pamiętam, żebym cokolwiek mu dała albo rozmawiała z nim...
Tak że mój braciszek szczęśliwy, że ma więcej pieniążków, a ja już nie muszę się teraz zastanawiać, gdzie giną mi drobne.
Ostrzegam - wyznanie może być niesmaczne.
Brzydzę się mojej siostry. Na co dzień nie przyznaję się do niej. Dzielą nas 2 lata i kiedy szłam do 3 gimnazjum, ona zaczynała tę szkołę - w tym samym budynku co i ja.
Moja siostra to osoba, która nie utrzymuje higieny osobistej. Potrafi nie myć się, nie myć zębów, chodzić w przetłuszczonych, rozpuszczonych włosach. Ma bardzo duży trądzik, który ciągle drapie brudnymi rękami. Nosi brudne paznokcie, często nie zmienia ubrań. Odżywia się tragicznie. W domu po obiedzie dojada zawsze jakieś chrupki, chipsy. Puste opakowania wpycha skrzętnie za ramę łóżka. Jest gruba (waży 98 kg, ma 160 cm) i ma ogromny, wiszący biust, a i tak nie nosi biustonosza, nigdy też się nie goliła. Teraz jest w liceum - nie ma żadnych znajomych, chyba nigdy jej nigdzie nie zaproszono. Oprócz szkoły nie wychodzi z domu. Wiem, że klasa za nią nie przepada (dostała mydło na mikołajki). Najgorsze jest to, że podczas miesiączki również nie utrzymuje higieny, chodzi np. w zakrwawionych spodniach do momentu, w którym ktoś z domowników to zauważy i każe jej się przebrać. Kilka razy znalazłam u niej w pokoju podpaskę (zużytą) w pojemniku na kredki (byłam wziąć jakieś mazaki).
Z rodzicami baliśmy się, że coś może jej dolegać (np. depresja, trauma po czymś, o czym nie wiemy), była u lekarza i nic. Nic nie stwierdzono, a byliśmy kilka razy. Siostra nie jest jakoś strasznie leniwa - uczy się bardzo dobrze, wstaje do szkoły, na co dzień jest komunikatywna. Rodzice poświęcają nam dużo czasu i ja nie wiem, czemu ona taka jest.
Z roku na rok jest coraz gorzej. Wstydzę się zapraszać znajomych, bo jeszcze wyjdzie z pokoju i zobaczą ją - jak idzie w dziurawych, bawełnianych majtkach. Lub otworzą szufladę i ujrzą papier toaletowy z jej krwią.
Już moje najlepsze przyjaciółki na jej widok niemal się śmiały i pytały, czy to aby na pewno moja siostra.
Chodzimy do tej samej szkoły i moja koleżanka wysłała mema z jej zdjęciem z korytarza i podpisem „Shrek wyszedł z bagna”. Oczywiście nie wiedziała, że to moja siostra. Nauczyciele wiedzą, ale nic nie mówią. Pamiętam natomiast, że w gimnazjum siostra była u pedagoga - klasa skarżyła się na jej brak higieny.
Próbowaliśmy ją zachęcić do higieny. Kupiliśmy jej ładne żele itp. i nic. Jeśli ktoś ją zmusi, to pójdzie się umyć, ale sama nie ma takiego odruchu. Jak rodzice pojechali na wakacje, to nie myła się 10 dni - latem, w upały. To jest masakra. Jak wchodzę do jej pokoju, to śmierdzi, wszędzie jest syf. Pod łóżkiem są resztki chipsów itp.
Wiem, że to wstyd wyrzekać się własnej siostry, ale mam już tego dosyć. Gdy podchodzi na korytarzu, to unikam jej albo ewentualnie zbywam i patrzę, czy wokół nie idą jacyś moi znajomi.
Raz rodzice zaproponowali mi wzięcie siostry na imprezę - wolałam sama nie pójść, niż z nią iść.
Dodaj anonimowe wyznanie