Lubię kupować sobie markowe rzeczy i nimi szpanować. Wyszukuję przecen i kupuję sobie markowe rzeczy po dużych obniżkach, mimo to i tak kosztują więcej niż przeciętna rzecz z tej kategorii. Potem idę gdzieś z tym albo w tym i cieszy mnie to, że ktoś może zauważy, że to mam. Wyobrażam sobie, że pomyśli sobie wtedy, iż jestem kimś ważnym, albo że mam dobrą pracę. Bardzo poprawia mi to humor. Chciałabym, żeby każda moja rzecz była "z tych porządnych", z wyższej półki. Zaczęłam też zwracać uwagę na markowe rzeczy u innych ludzi.
Wydaje mi się, że wynagradzam sobie dzieciństwo, kiedy miałam bardzo mało fajnych rzeczy, bo rodzice nie uznawali czegoś takiego jak robienie dzieciom przyjemności. Wstyd mi czasami, że taka ze mnie materialistka.
Ponad 10 lat temu byłam w zespole rockowym. Byłam jedyną dziewczyną, grałam na gitarze basowej. Graliśmy tak dla siebie, ale brakowało nam wokalisty. Dodaliśmy więc ogłoszenie na jednej z popularnych w tamtych czasach stronie internetowej. Chcieliśmy się rozwijać, może w końcu gdzieś zagrać.
Po jakimś czasie zgłosił się jakiś chłopak. Nie mogłam jednak uczestniczyć w jego przesłuchaniu. Okazało się, że chłopakom jego barwa głosu się spodobała i przyjęli go do zespołu. Chłopak miał jednak jedno "ale". Chciał mieć basistę. Nie basistkę. Basistę. Tak więc nazajutrz dowiedziałam się, że wywalili mnie z zespołu, a moje miejsce zajmie chłopak, który dopiero odkładał pieniądze na pierwszą gitarę.
Nowy wokalista brał udział w jednym z bardziej sławnych polskich show, gdzie zaprezentował swój głos. Wielu osobom podobała się jego barwa głosu i to otworzyło mu drzwi do kariery muzycznej.
Z prywatnych źródeł wiem, że to wtedy woda sodowa uderzyła mu do głowy. Porzucił zespół na rzecz "bardziej doświadczonych muzyków". Wiem też, że nigdy nie współpracował z żadną kobietą pod kątem muzycznym.
Dzisiaj jest sławny w całej Polsce i poza jej granicami. Gra w reklamach i koncertuje. A mi do tej pory nie przeszedł smutek i rozczarowanie, jakie czułam ponad dekadę temu. Może to zawiść, ale boli mnie, że taka szowinistyczna świnia odniosła tak wielki sukces.
Wracałam ostatnio z uczelni. Był już wieczór, ciemno, byłam strasznie zmęczona, a dodatkowo targałam ze sobą ogromną teczkę na różne prace. Teczka naprawdę duża, rozmiar B1. Idąc ulicą mijałam jakiegoś faceta z dzieckiem. Dziecko biegało wokół ojca, aż w końcu jakoś niefortunnie wbiegło we mnie, gdy ich mijałam i ową teczką przez przypadek uderzyłam je w głowę. To nie mogło być zbyt silne uderzenie, ale dziecko od razu w ryk. Nie zdążyłam nawet dokończyć słowa "ojej, przepraszam", gdy facet bez zawahania zdzielił mnie ręką w twarz, krzycząc, że "co się panoszysz na ulicy dz*wko!". Po czym zabrał dzieciaka z ziemi i odszedł, a mi dłuższą chwilę zajęło pozbieranie się po czymś takim. Dodatkowo ten cios był naprawdę mocny i aż mnie zamroczyło.
Wszystko zgłosiłam na policję, ale dano mi do zrozumienia, że raczej mała szansa, że znajdą tego faceta, bo na tamtej ulicy akurat nie było monitoringu, więc co oni mogą zrobić, tym bardziej, ze ja nie zapamiętałam żadnych konkretnych szczegółów wyglądu jego i dziecka. A ja czuję się beznadziejnie. Nie mieści mi się to w głowie, że ktoś może pobić mnie ot tak na ulicy i pozostać bezkarnym.
Na początku wieku, zaraz po studiach, dostałem pracę. Niby tylko handlowiec, ale w ciągu 5 lat całkiem ładnie się rozwinęła. Umowa o pracę i razem z prowizjami pensja na poziomie ok. 6000 zł miesięcznie.
Poznałem wtedy też Agę. Kobieta wg mnie idealna, wygląd modelki i zero zahamowań w sypialni. W każdym razie wziąłem wtedy kredyt na mieszkanie, niby niedużo, bo 70 tysięcy, część miałem w oszczędnościach. No i nadszedł ten rok...
W mojej korporacji zająłem 3 miejsce w skali kraju za wyniki handlowe i dostałem wtedy mały prezent - limitowaną, specjalną wersję zegarka. Taki tytanowy, wszystko mający (alarm, stopery podświetlenie) elegancki model. Wart około 8 tys. No i w tym samym roku pojawił się nowy dyrektor handlowy na Polskę, goguś zaraz po studiach. I wyliczył, że trzech świeżaków na umowy zlecenie mających zarobek tylko z prowizji zarobi 3 razy tyle co doświadczony handlowiec przy tych samych kosztach. Zarząd zachwycony, bo premie będą itd. A my dostaliśmy info, iż z dniem takim a takim spółka w holdingu Handel 1 zostaje zamknięta, a na jej miejsce wchodzi Handel 2. I możemy dalej pracować, ale musimy założyć działalność i prowizja o 20% wyższa. Kredyt zadecydował i pozostałem w firmie, ale zarobki i koszta okazały się inne.
Spłacałem kredyt i opłaty, ale na życie miałem około 300 zł na miesiąc. Aga mnie opuściła, bo stwierdziła, iż jestem gołodupiec i ona nie dorzuci się do gospodarstwa, gdyż ona zarabia na własne potrzeby, a ja jak chcę mieć dostęp do jej krągłości, to mam obowiązek ją utrzymywać.
I tak 4 lata.
W pewnym momencie, gorszym handlowo, zastawiłem sporo sprzętów z domu, w tym zegarek. Bo paliwo muszę kupić, aby dojechać do klientów.
Kredyt spłaciłem, o czym nikt nie wie, jadąc na produktach z wyprzedaży, mortadeli i chlebie. Czasem cały mój posiłek na dzień to 1 kg ziemniaków i trochę skwarków ze słoniny. A najlepsza wędlina to były skrawki kupowane niby dla pieska.
Ale po tych chudych latach mogłem wrócić na dawne stanowisko z lepszymi warunkami, jako kierownik grupy (gogusia wywalili z firmy z prędkością nadświetlną, gdy podsumowali 3-letni plan jego pomysłu i wyszło, że moje wyniki były porównywalne z pracą 7-zleceniowych, szczególnie przy ich rotacji).
A czemu o tym piszę? Gdy zastawiłem zegarek, dostałem za niego 500 zł, ale nie dałem rady go wykupić. Ale sentyment do niego został. Chciałem mieć chociaż wersję podstawową tego modelu. I znalazłem. Na pewnej stronce jakiś lombard za 50 zł ma taki w ofercie. Jedyny jaki trafiłem przez kilka lat. Ja z Wawy, zegarek za Jelenią Górą.
Zamówiłem i przyszedł... Numer seryjny mojego zegarka. Wrócił do domu.
PS. O Adze wiem, że nie ma za wesoło.
Chciałem z nowym rokiem ograniczyć alkohol – jak zapewne wielu z Was. Przekonałem się jednak, że w moim przypadku to się nie uda.
Miałem spotkanie biznesowe z przedstawicielami dużej firmy. Mój przełożony pokładał wiele nadziei w tym spotkaniu, więc odczuwałem dużą presję, by jakoś zjednać sobie nowo poznanych ludzi i dobić targu – tym samym zarabiając pieniądze dla firmy. Przyszły dwie starsze kobiety, wiecie, takie poważne i zimne hetery. Rozmawialiśmy bardzo zachowawczo i gadka wcale nam się nie kleiła, do momentu, aż zadzwonił mi telefon i rozbrzmiał dzwonek z Wiedźmina. Okazało się, że wszyscy jesteśmy fanami produkcji Netflixa, co więcej, jedna z tych kobiet przyznała, że gra w wiedźmina na PS! Druga powiedziała, że pofarbowała sobie włosy na siwo, bo tak się zafascynowała serialem. Zaczęliśmy gadać, wypiliśmy trochę wina, okazało się, że to świetne partnerki do rozmowy. A na koniec… wylądowaliśmy u mnie w domu na after party.
Powiem tyle: rano miałem kaca, i to nie tylko po alkoholu, ale również moralnego. Nie dotrzymałem mojego postanowienia, ale za to dobiłem targu i szef dał mi awans. I jak tu żyć bez alkoholu, powiedzcie?
Mój mąż postanowił wyszeptać mi romantyczne wyznanie miłosne. Byliśmy na pizzy, piliśmy piwo, i coś go chyba „natchnęło”. Powiedział nagle do mnie:
- Wiesz, Monisia, jesteś jaka jesteś. Masz troszkę nadwagi, jesteś takim troszkę wieśniaczkiem moim, ale wiesz, przynajmniej nigdy mnie nie zostawisz. W styczniu to od co drugiego kumpla żona odchodzi, a ty ze mną jak siedziałaś, tak siedzisz po 10 latach. No i fajnie! Dobrze mi z tobą, wiesz?
Uznaję ten dziwny monolog mojego upośledzonego męża za „kocham cię”.
Zwykle idziemy z narzeczonym spać o tej samej porze - przytulamy się i zasypiamy. Dzisiaj musiałam skończyć dość duży projekt do pracy, więc spędziłam przy komputerze jeszcze kilka dobrych godzin, zanim położyłam się do łóżka. Gdy próbowałam po cichutku wturlać się pod kołdrę, ukochany przebudził się, nawet nie patrząc na mnie, powiedział w pełni przytomnym głosem: "Kocham cię, skarbie... najmocniej na świecie" i natychmiast po tym głośno zachrapał.
Może to głupie, ale dla mnie to coś niesamowitego. Jeszcze nigdy żaden związek nie dał mi tak wielu dobrych i ciepłych uczuć.
Historia dla mnie przykra.
Miałam narzeczonego, którego bardzo kochałam i w zasadzie kocham nadal. Los jednak miał inne plany.
Byłam na urodzinach dobrego kolegi, któremu i ja i narzeczony ufaliśmy. Byłam tylko ja, gdyż narzeczony zajmował się dodatkowym zleceniem za dobre pieniążki po godzinach. Chciałam wypić dwa piwka i spadać, jednak po drugiej puszce urwał mi się film. Po dziś dzień nie wiem, dlaczego, nie byłam głodna, nie brałam leków.
Obudziłam się rano w łóżku z wyżej wymienionym zaufanym kolegą. Miałam rozdarte w kroczu rajstopy, uda w spermie, stanik leżał na podłodze... Jak przez mgłę pamiętałam, że krzyczałam NIE i podduszanie. Musiało to być już po wyjściu gości. Fakt, nie wszedł we mnie, ale zadowolił się wpychaniem ch**a między uda.
Byłam w szoku. Rozpłakałam się i uciekłam, spermę wycierałam na schodach swetrem. Usłyszałam za plecami "kochanie, czekaj...!". Mało się nie porzygałam.
Narzeczony spał jak wróciłam. Umyłam się, ubrania wyrzuciłam do śmieci.
Po paru dniach emocjonalnej huśtawki odeszłam od narzeczonego. Powiedziałam, że doszło do zdrady. Nie pytał. Nie krzyczał.
Do dziś pamiętam jego pełne bólu spojrzenie.
Dlaczego tego nie zgłosiłam? Bo nie miałam pewności, czy naprawdę ja sama czegoś w trakcie "filmowej pustki" nie zainicjowałam. Na imprezie byli ludzie, którzy nigdy by nie oskarżyli tego kolegi o coś takiego, prędzej mnie, bo mnie nie znali.
Odcięłam się od ludzi. Chodzę do pracy, wracam, śpię. O alkoholu nie mam siły myśleć. Kontakt tylko z rodzicami, stwarzający pozory porządku.
Happy endu nie ma.
Od zawsze marzyłam o tym, aby zostać psychologiem. Niestety matura mnie przerosła i nie udało mi się dostać na wymarzone studia. Zajęłam się więc czymś innym, porzucając moje ambitne plany. Przez lata wmówiłam wszystkim dookoła, że dobrze z tym co robię, jednak nie jest to do końca prawda.
W domu zbudowałam sobie ze skrzynek po jabłkach własny gabinet psychologiczny. Ma ściany, pokój z okienkiem. Wchodzę tam w nocy z latarką, wystawiam głowę z okienka i mówię do starych lalek pod ścianą. Robię im wykłady, pouczam i doradzam, daję wskazówki na dalsze życie. Później pobieram opłaty za rady, takie tekturowe krążki udające pieniądze z napisami 10 zł, 20 zł. Wystawiam faktury i stempluję stemplem zrobionym z surowego ziemniaka maczanego w farbie plakatowej.
To jednak nie koniec moich kompetencji. Często bowiem zdarza mi się udzielać w internecie, gdzie pomagam tym, którzy tego potrzebują. Wszyscy są mi zawsze bardzo wdzięczni za rady i doświadczenie, którym chętnie się dzielę. Czuję się wtedy jak prawdziwy psycholog. Tylko wy o tym wiecie, anonimowi.
Kiedy wyjechałam pracować przez wakacje za granicę nie sądziłam, że będę bać się wychodzić z miejsca mojego zakwaterowania.
W kawiarni, w której pracowałam, pracował także mężczyzna, o wiele większy i silniejszy ode mnie, z którym ciężko było mi się porozumieć, bo pochodził z jakiegoś z afrykańskiego kraju. Nie była to tylko kwestia specyficznego zachowania, ale także tego, że typ prawie w ogóle nie gadał po angielsku ani w języku kraju, w którym byliśmy. Na początku pracy byłam bardziej niż wszystko onieśmielona nowym otoczeniem, a on nie wydawał mi się w żaden sposób dziwny. Z czasem zaczął on być jednak coraz bardziej zaczepny, niby dla śmiechu dotykając mnie po brzuchu czy rzucając jakiś dziwny komentarz. Sytuacja pogarszała się do tego stopnia, że jego ręka niby przypadkiem lądowała na moim tyłku czy biuście. Zaczęłam bać się każdego dnia i tego co zrobi, a także bałam się cokolwiek powiedzieć, bo bałam się, że nikt mi nie uwierzy.
Moja bezczynność jednak była chyba motywacją do robienia nawet gorszych rzeczy.
Raz byłam sama w podziemnym pomieszczeniu, które myłam, stałam na drabinie. Ciągle w głowie prosiłam, by się tam nie zjawił, ale tak się właśnie stało. Udając jakąś chorą zabawę ściągał mnie z drabiny, próbował trzymać mnie na rękach, macał mnie i nie chciał odejść. Kiedy wyrwałam się i on sobie poszedł śmiejąc się, schowałam się natychmiast za ścianą i zaczęłam płakać ze strachu. Kilka minut później przyszedł znowu i mnie wołał, ale udawałam, że mnie tam nie ma.
Innym razem poprosił o pomoc w zaniesieniu skrzynek z napojami do innego pomieszczenia, ale będąc już na miejscu zabarykadował wyjście i znowu się do mnie dobierał. Nie wytrzymałam i odepchnęłam go, krzycząc, że ma tak nie robić i co on sobie wyobraża.
Najstraszniejsza rzecz stała się jednak w domku, w którym mieszkałam. Był on zaledwie paręnaście metrów od kawiarni. To był mój wolny dzień, więc siedziałam w swoim pokoju, gdy dom i wszystko dookoła było puste. Nagle usłyszałam go, jak wchodzi do domu (do którego de facto nie powinien móc wchodzić) i zaczyna mnie wołać. Zmroziło mnie, po cichu zeszłam z łóżka i jak najciszej ubrałam się, szykując się na ucieczkę oknem, gdyby miał zamiar wejść do pokoju. On nadal wołał i mówił coś o alkoholu, a gdy nie odpowiadałam, to usiadł na krześle za drzwiami i zadzwonił do kogoś, rozmawiając z kimś w swoim ojczystym języku. W głowie już wyobrażałam sobie, że przyszedł mnie gdzieś wywieźć i cholera wie co zrobić... Siedziałam w pokoju z dezodorantem w dłoni dla obrony i czekałam... W końcu poszedł, a ja resztę dnia spędziłam w panice.
Gdy powiedziałam w końcu komuś o tym co robi, okazało się, że robił tak już wielu kobietom. Nie byłam w stanie nic z tym zrobić i w końcu wyjechałam z powrotem do kraju.
Dodaj anonimowe wyznanie