#hsvOl

Koleżanka z pracy opowiadała nam historię swojej siostry. Musiałem zachować powagę i przytakiwać, że "jakie to smutne", bo w tym towarzystwie za cokolwiek innego by mnie zjedli. Ale wewnętrznie pękałem ze śmiechu.

On i ona. Dwoje młodych ludzi poznało się, zakochało. Postanowili wziąć ślub. On chciał małej kameralnej imprezy dla rodziny. Ona stanowczo powiedziała NIE. Tyle się nasłuchała o wspaniałych weselach i w ogóle... Postawiła na swoim. Walnęli wesele na 300 osób. Impreza gargantuiczna. Co najśmieszniejsze - na kredyt. Na ich wiosce to było wydarzenie roku.

1,5 roku po ślubie ona stwierdziła, że to już nie TO, bo on nie obsypuje jej ciągle prezentami, nie jeżdżą ciągle na wycieczki, po prostu przeszli do normalnego życia dzień po dniu. A on musi prowadzić firmę, żeby mieli co jeść, bo ona nie pracuje. "Zajmuje się domem" (nie mają dzieci).
Jeszcze lepsze jest to, że jak wybrała się z koleżankami na wycieczkę, to tam poznała jakiegoś typa, który się do niej zalecał. I opowiada koleżankom, że to jest TO. Znowu poczuła "motylki w brzuchu". Tłumacząc na polski - jest atencyjną pindą, która wymaga żeby partner ciągle wokół niej skakał, a ona tylko leżała i pachniała. No i zdecydowała - rozwód.

Co jest w całej sytuacji śmieszne? Nie spłacili jeszcze kredytu za wesele :)

#eJAZe

Kiedy byłem studentem, jedną z dziewczyn należących do mojej grupy była Andzia – utleniona niewiasta o inteligencji przeciętnego gupika. Nie mam pojęcia jakim cudem ta biedna istota dostała się na uczelnię i zdawała egzaminy. Jej głupota była wręcz legendarna.
Pamiętam pewne wydarzenie z zajęć psychologii. Mieliśmy takie ćwiczenie, którego częścią było podzielenie się z grupą swoimi marzeniami. Kiedy padła kolej na mnie powiedziałem, zgodnie z prawdą, o moich planach podróży i uwiecznienia na zdjęciach Antarktydy.
Mój wywód przerwała jednak Andzia, która zaczęła ostentacyjnie śmiać się ze mnie. Uderzając swoją otipsowaną łapką w blat ławki, z trudem łapiąc oddech i dławiąc się rechotem, wysapała: „Co za głupek z ciebie! To ty nie wiesz, że Antarktyda nie istnieje? Przecież to tylko legenda!”.

Pomylić Antarktydę z Atlantydą, będąc na drugim roku studiów, no to faktycznie trzeba mieć już wybitny talent...

#oRjfQ

Zdarzyło się to w pociągu. Dawniej jedzenie w wagonach WARS-u nie cieszyło się najlepszą opinią, ale teraz to się zmienia.

Zjadłem potężną porcję i jak to po obfitym posiłku, poczułem lekki niepokój w końcowym odcinku przewodu pokarmowego. No, ale jeszcze kawa gratis! Wypiłem cały kubek i poszedłem... a właściwie pobiegłem w kierunku ubikacji. Kilka osób z walizami stało na wąskim korytarzu - nie był to łatwy slalom. W ostatniej chwili dobiegłem po WC...
I pewnie myślicie, że było zajęte i narobiłem w spodnie?
Nic z tych rzeczy! Ubikacja była wolna i całkiem czysta. Był nawet papier toaletowy. Sedesik nieduży, więc narobiłem, jak to się mówi, prawie pod korek. Ktoś puka do drzwi, chcę spuścić wodę i wtedy... zgasło światło. Ale przecież tak tego nie zostawię! Po omacku jakoś znalazłem spłuczkę, pociągnąłem i wtedy poczułem gwałtowne szarpnięcie i usłyszałem potworny zgrzyt metalu o metal.
To nie była spłuczka, tylko hamulec bezpieczeństwa...

PS Dobrze, że opuściłem klapę, bo jakby zawartość wyskoczyła przy hamowaniu, to byłby temat na kolejne wyznanie.

#hYysW

Zdradzam męża. Tyle razy mówił, że to robię, że w końcu to zrobiłam. Trochę mu na złość, a trochę z samotności.

Mąż pije bardzo często i szczerze mam go dość. Jak wrócę do pracy, to uwolnię się z tego życia. Przynajmniej po części. W końcu są dzieci. Ale wynajmę mieszkanie i będę zależna tylko od siebie. Już marzę o tym momencie, kiedy powiem, że się wyprowadzam. O niczym innym nie myślę od wielu lat.

#kW8dX

Jakiś czas temu nocowałam u znajomej z innego miasta. Sprawy potoczyły się trochę niefortunnie i musiałam wracać do siebie, zostawiając przy tym niedużą walizkę z moimi rzeczami - trochę ubrań, bielizna i kosmetyki. Kilka dni po powrocie upomniałam się o swoje rzeczy i poprosiłam, żeby przesłała mi je kurierem. Zrobiło się naprawdę dziwnie, zaczęła wściekać się na mnie, że traktuje ją jak jakąś złodziejkę... ogólnie z jakiegoś powodu zrobiła się z tego niezła awantura.
Po kilku dniach darcia kotów w końcu dostałam swoje rzeczy z powrotem - ubrania w strzępach, podobnie jak poszycie walizki, kosmetyczka zalana szamponami, żelami pod prysznic i kolorowymi kosmetykami.

Kobiety potrafią być niezłymi psychopatkami.

#S2Sm5

Jestem dziewczyną i oglądam filmy dla dorosłych. Oglądam dość często i szukam coraz to nowszych i dziwniejszych. A teraz do rzeczy: ostatnio mój tata chciał zamówić gałkę zmiany biegów zza granicy. Nie zna angielskiego, więc poprosił mnie o pomoc. A ja nawet nie musiałam zaglądać do słownika, od razu wpisałam mu po angielsku całą frazę. Usłyszałam od niego: no, córcia, ty chyba naprawdę dobrze po angielsku mówisz, skoro takie nieoczywiste słowa znasz.

Prawda jest trochę inna. Po prostu kiedyś wyszukiwałam filmy z udziałem gałki zmiany biegów (tak, są takie) i to słowo jakoś utkwiło mi w pamięci.

Dzięki, tato, że jesteś dumny, ale nie jestem pewna, czy masz powód.

#1u9Qx

Marcina poznałam, kiedy miałam 24 lata, a on 32. Jeszcze jak go poznałam byłam w związku, ale że od dłuższego czasu wszystko się w nim waliło, więc postanowiłam rozstać się z moim partnerem. Wtedy też zaczęłam spotykać się z Marcinem, w którym bardzo szybko się zakochałam, z wzajemnością zresztą. Było nam ze sobą cudownie, nigdy w życiu żaden facet nie traktował mnie tak jak Marcin, czułam się z nim wyjątkowo. Świetnie się dogadywaliśmy, mieliśmy bardzo podobne poczucie humoru, a w łóżku było mi z nim jak w niebie.

Z racji sporej różnicy wieku wszystko u nas dosyć szybko się potoczyło. Po roku zamieszkaliśmy razem, po następnym wzięliśmy ślub i już w wieku 27 lat zostałam matką. Dla mnie było to trochę za wcześnie, ale po rozważeniu wszystkich za i przeciw stwierdziłam, że nie ma na co czekać, bo z biologicznego punktu widzenia im wcześniej urodzę, tym lepiej, miałam dobrą pracę i uczciwego szefa, który powiedział, że praca będzie na mnie czekać, a przede wszystkim - byłam z mężczyzną, którego kochałam i chciałam z nim założyć rodzinę, poza tym on miał 35 lat i chciał już zostać ojcem (co doskonale rozumiałam).

Urodziłam syna, pokochałam najbardziej na świecie, Marcin był wspaniałym ojcem, widziałam, jak rozpierała go duma z syna. Rok później urodziłam córkę, bo stwierdziliśmy, że syn powinien mieć rodzeństwo, a im szybciej, tym lepiej. W wieku 28 lat byłam już matką dwójki dzieci. Było ciężko. Maluchy, a zwłaszcza córka, były z rodzaju tych wymagających ciągłej uwagi. Marcin cały czas siedział w pracy (własna działalność), wracał do domu późno. Pomagał mi mimo swojego zmęczenia, a ja czułam, że gasnę. Zawsze byłam bardzo towarzyską osobą, kochałam podróże, koncerty, imprezy, wypady. Doszło do mnie, że za szybko dorosłam, kiedy zadzwonił do mnie znajomy, że udało mu się ogarnąć wejściówki na koncert jednego z moich ulubionych DJ-ów i producentów, ale musiałam odmówić, bo nie było z kim zostawić dzieci. Moi rodzice mieszkają w USA, a rodzice Marcina są zbyt starzy, żeby zostawić im pod opieką dwójkę małych dzieci.

W wakacje pojechaliśmy w czwórkę nad morze, oczywiście z wypoczynkiem miało to niewiele wspólnego, bo musieliśmy z Marcinem biegać po plaży za uciekającymi 2- i 3-latkiem.

Kiedy udało nam się uśpić dzieci i w końcu mogliśmy w spokoju napić się piwa, zobaczyłam grupę ludzi (na oko w moim wieku), którzy bawili się w najlepsze. Strasznie mnie to ukłuło, bo zdałam sobie sprawę, że na własne życzenie skróciłam sobie młodość. Przepłakałam pół nocy, drugie pół przesiedziałam na tarasie w hotelu, wypaliłam paczkę fajek i schlałam się whiskey. Kocham mojego męża i dzieci najmocniej na świecie, ale dobija mnie myśl, że na własne życzenie pospieszyłam się z dorosłością.

#fuDlb

Mam w korpo znajomego. Typowy nerd (tak jak ja). Kocha fantstykę, komputery. Ma kilka kilogramów za dużo. Dba o higienę, ale ubiera się niespecjalnie modnie. Ot, tak żeby było czysto i wygodnie. W pracy nie wykazuje się niczym szczególnym. Ot, dobry, przeciętny pracownik. Tajemnicą jest to, że często piątkowymi albo weekendowymi wieczorami wybiera się do klubów. Jesteśmy przyjaciółmi i sąsiadami, więc parę razy poszedłem z nim. A co tam się dzieje, to legenda.

Nie wiem jak on to robi, ale laski do niego lgną jak zaczarowane. Bezproblemowo wyrywa około 20-letnie laski, i to takie 9-10/10. On, facio 30+ z brzuszkiem, w okularach. Wychodzi z klubu z zapatrzoną w niego laską o wyglądzie modelki. Idą do niego. I o dziwo on im prosto z mostu mówi, że on się przyszedł tylko pobawić i nie szuka nikogo na stałe. A one nie robią z tego żadnych problemów. Z kilkoma się przyjaźni i czasem go "odwiedzają". Raz jak z nim byłem, to wrócił do domu z dwiema naraz.

To jest jakaś pierdzielona magia. Słyszałem czasem ich rozmowy - nie wciska im żadnych kitów, że jest księciem incognito. Żadnych ściem. A i tak ma branie jak rasowy donżuan. Nie mam bladego pojęcia, jak on to robi. Fajnie jest czasem zobaczyć miny tych super samców alfa, ziomków w markowych ubraniach z rolexami na rękach, których jakaś laska zbywa i poświęca czas okularnikowi z brzuszkiem.

Najśmieszniejsze jest to, że w pracy czasami go żartobliwie pytają: "kiedy sobie znajdziesz dziewczynę?", z takim lekceważącym uśmieszkiem pod tytułem "nie masz na to szans". Nikt nie wie.... a ja ich nie oświecę. Za dobrze się bawię widząc to.

#JQbrh

Jestem neonatologiem. Codziennie badam i leczę wcześniaki i noworodki, zachwycam się tym maleńkim cudem natury. Naprawdę uwielbiam moją pracę, choć jest bardzo wymagająca. Jednocześnie co najmniej raz dziennie nachodzi mnie myśl "upuść je na ziemię", "rzuć nim o ścianę" albo inny nakaz ciężkiego uszkodzenia dziecka, może nawet więcej.

Natychmiast odpędzam te myśli. Nie dają mi jednak spokoju, byłam z tym u psychologa. Powiedział, że takie myśli jako takie są normalne, niepokojąca jest natomiast częstość ich pojawiania się.

Być może niedługo będę musiała zmienić pracę, bo boję się, że naprawdę coś zrobię małemu pacjentowi. Boję się też samej siebie.

#ovc9S

Postanowiłem oświadczyć się mojej kobiecie po dwóch latach związku. Bardzo długo wybierałem pierścionek, chciałem, żeby spodobał się mojej ukochanej i żeby nosiła go z dumą. Nadszedł ten wielki dzień - postanowiłem, że oświadczę się jej tradycyjnie - u nas w domu, bez żadnej publiki, podczas kolacji przy świecach. Uklęknąłem przed nią, wyciągnąłem pierścionek, zadałem jej to magiczne pytanie, a ona zrobiła kwaśną minę i jak powiedziała "kocham cię i chcę być twoją żoną, ale ta szopka, a ten pierścionek zwłaszcza, były zbędne. Pieniądze, które wydałeś na ten badziew, mogłeś przelać jakiejś fundacji, wtedy byłabym najszczęśliwsza na świecie".

Zatkało mnie i zastygłem w bezruchu. Iza powiedziała, że pierścionek mam zwrócić i jeżeli będę chciał, to mam wpłacić te pieniądze na cele charytatywne. Zrobiło mi się strasznie przykro, bo czekałem na ten moment, kiedy wsunę jej na palec "ten badziew" i zobaczę radość w jej oczach. Zamiast tego zostałem zjeb*ny i usłyszałem cały wykład na temat konsumpcjonizmu i materializmu. Pieniądze na fundację wpłaciłem i dopiero wtedy Iza tak naprawdę zaczęła się cieszyć z tych zaręczyn.

Moja narzeczona jest minimalistką, do tego bardzo oszczędną, ale uważam, że przesadziła. Ten pierścionek miał być symbolem mojej miłości do niej, a zamiast tego jest przelew na schronisko dla piesków...
Dodaj anonimowe wyznanie