#2fy03

Kupiliśmy z mężem mieszkanie. Z racji tego, że na dzieci nie mogliśmy sobie jeszcze pozwolić, bo tylko mąż miał stałą pracę, a ja pracowałam na zlecenie, stwierdziliśmy, że podzielimy się miłością z psem. Po wszelkim za i przeciw, zasięgnięciu opinii od znawców i nie znawców, uzgodniliśmy, że bierzemy psiaka w przedziale 3-5 lat. Znaleźliśmy suczkę w ogłoszeniu w internecie. Zakochaliśmy się od razu, więc dzwonimy pod podany nr. Odbiera pan i strasznie się cieszy, że chcemy psa, bo on następnego dnia wyjeżdża, a sunia by została pod opieką  jego mamy, starszej kobiety, która już nie daje sobie rady z psem. Dlatego też on nam psa przywiezie już dziś, bo akurat jedzie w nasze rejony (pytał nas gdzie mieszkamy i czy będziemy mieli gdzie chodzić na spacery). Zapaliła nam się lampka, więc dopytujemy gdzie będzie wyjeżdżał, ile lat ma mama, czy nie ma nikogo innego do opieki nad psem, jaki charakter ma itp. Wszystko super, według pana, on nam na potwierdzenie swojego wyjazdu pokaże bilety. No OK, ryzykujemy i się umawiamy.

Pan o ustalonej godzinie zjawia się pod naszymi drzwiami z psem. I tu następuje zwrot akcji i ciąg dramatów. Otwieram drzwi od mieszkania, a pan bez słowa wręcza mi smycz i... znika. Ja szok, mąż szok, pies też szok, ale opóźniony, bo suka stara jak świat i nie zdążyła zareagować. Dzwonię do faceta zapytać co on odwalił, powiedzieć, że ma wracać i zabierać psinę, bo blisko jej do grobu. Telefon oczywiście milczy, a my panika. Zabraliśmy ją do weterynarza, bliskiego przyjaciela, który nam bez ogródek powiedział, że sunia jest tak stara i schorowana, że tylko spokoju jej teraz trzeba, bo to jej ostatni dzwonek. Z racji tego, że poprosiłam o kilka dni wolnego na adaptację nowego członka rodziny, zostałam z nią w domu. Niedoświadczona ja  starałam się jak mogłam (leki, o Boże, jak to podać?!) i patrzyłam, jak suczka powoli gaśnie, by w końcu odejść.

Co w tym anonimowego? Po tym zdarzeniu mąż ode mnie odszedł, rozpowiadając, że skoro psem nie potrafię się zająć, to dziećmi też nie będę umiała. Nikomu się nie przyznam, ale dziękuję za dzień, w którym jeden cham zostawił na progu moich drzwi Minę, by była drogą do uwolnienia mnie od innego chama.

#Fr7li

Nie potrafię znieść marnowania jedzenia do tego stopnia, że potrafię zjeść ser żółty, który ma już biały nalot - odkroić ten fragment i zjeść całą resztę, dziwnie pachnący makaron sprzed kilku dni - przepłukać pod zimną wodą i mocniej przyprawić, żeby mniej było czuć, że coś jest nie tak, wędlinę, która już jest obślizgła - też przemywam pod wodą i jem. Jeszcze nigdy nic mi przez to nie było, nie boli mnie brzuch ani nie mam biegunki. Robię tak tylko sobie. Nie uraczę czymś takim swojego chłopaka ani nawet psa. To też nie tak, że nie stać mnie kupić coś świeżego. Po prostu nienawidzę marnowania jedzenia.

#LtwuK

Lubię się zaśmierdzieć.
Gdy mam jakieś wolne przy świętach albo coś, nie myję się tak długo jak się da. Bielizny też nie przebieram. Lubię zapach przepoconych majtek i odoru spod pachy. Gdy już się tak zaśmierdzę mocno mocno, to biorę długi prysznic i wręcz czuję, jak mój smród ze mnie spływa. To jest mega satysfakcjonujące.

#9Ba7U

Po śmierci babci odziedziczyłam mieszkanie, było mi strasznie smutno z powodu śmierci babuni, ale rekompensata w postaci 70-metrowego lokum w centrum Warszawy jest cudownym prezentem od nieboszczki, z którą miałam zawsze doskonały kontakt.

Wprowadziłam się miesiąc po śmierci ukochanej babci. Mieszkanie mieści się w starej kamienicy, która jako tako przetrwała II wojnę, przeszła kapitalny remont kilka lat temu i stanowi wymarzone miejsce na gniazdko dla mnie i mojego męża. Jako dziecko często bywałam u dziadków, klimat tego miejsca był dla mnie zawsze magiczny, stare mury, wysokie wnętrza, sztukaterie i witraże na klatce schodowej. Wszędzie blisko, dosłownie w kapciach mogę wyjść do kawiarni czy sklepu, okna sypialni wychodzą na podwórko, które jest ciche, salon ma piękny widok na eklektyczne kamienice z naprzeciwka, żyć nie umierać. Mimo centrum Warszawy jest cicho i przyjemnie. Do pewnego czasu...

Pewnej nocy usłyszałam, że ktoś chodzi po mieszkaniu, przeraziłam się, że nas okradają, choć poza stylowymi meblami po dziadkach to tam nie ma co kraść! Obudziłam męża, sprawdził każdy zakamarek i nikogo! Dosłownie nikogo! Sądziłam, że może to piętro wyżej ktoś chodził. Kolejnej nocy znowu obudziły mnie kroki po mieszkaniu, znowu obudziłam mojego ukochanego i razem wsłuchiwaliśmy się w dźwięki dochodzące z naszego gniazdka, ewidentnie dochodziły z salonu! Zapaliliśmy wszystkie światła i okazało się, że nie ma nikogo! Myślę sobie - stara kamienica, to słychać inaczej niż w bloku. Darowaliśmy sobie, mąż uspokajał mnie, że to na górze i właściwie przestałam zwracać na to uwagę.

Którejś nocy włączył się gramofon na winyle, mało zawału nie dostałam w środku nocy, Edith Piaf! Wyłączyliśmy i poszliśmy spać. Apogeum było latem, klnę się, że słyszeliśmy głosy i kroki, nie dochodziły ani z mieszkania nad nami, ani z ulicy.

Byłam przerażona, nawet mój rycerz zbladł. Babcia niejeden raz mówiła, że w tym mieszkaniu zginęło kilku powstańców, ale nigdy nie brałam sobie tego do głowy. Podobno dostali serię z karabinu, kończąc swój żywot na podłodze mojego salonu. Nigdy nie byliśmy specjalnie wierzący ani praktykujący, mimo to następnego dnia pojechaliśmy do pobliskiego kościoła i poprosiliśmy księdza. Po długiej namowie pojechał z nami, pomodlił się, kilka dni później odprawił mszę i albo to pomogło, albo sama jego obecność i msza uspokoiły nas na tyle, że jak ręką odjął, nic, kompletnie nic...
Wierzcie lub nie, nam nie było do śmiechu. Bałam się sama być w mieszkaniu, a teraz? Teraz już nie, czuję się normalnie.

#0GKQZ

Jestem w związku od 9 lat. Mój partner do 29 roku życia był zdrowy. Potem ujawniła się padaczka. Obecnie ma 32 lata i miał 8 napadów. Ostatni z nich zdarzył się przy mnie. Zawsze bałam się osób chorujących na tę chorobę. Po prostu wpadam w panikę i nie potrafię im pomóc. Płaczę, krzyczę i nie wiem co robić. Kilka lat temu koleżanka w pracy też chorowała na padaczkę i miała atak przy mnie. Potrafiłam kogoś tylko zawołać, bo po prostu tak trzęsły mi się nogi, że musiałam się kontrolować , aby nie zemdleć z nerwów.

Atak mojego partnera był zaraz jak przyszedł po pracy i miał wziąć prysznic. W łazience upadł nagi na płytki i uderzył się o umywalkę. Wszędzie było pełno krwi. Gdy weszłam (usłyszałam łomot przewracającej się mydelniczki), to widziałam cały napad. Przytrzymałam mu głowę i płakałam. Mieszkamy sami, więc nie miał mi kto pomóc . Gdy skończył się atak, to ułożyłam go w pozycji bezpiecznej i zadzwoniłam na pogotowie. Gdy go zabrali, aby zszyć ranę na głowie, to puściło mi wszystko. Byłam w kompletnej rozsypce.

Od tego momentu minęło dokładnie 10 miesięcy i 12 dni. Każdego dnia gdy usłyszę jakiś dźwięk, choćby nawet upadającego widelca, biegnę do kuchni sprawdzić, czy wszystko jest OK. W nocy często nie śpię, gdy tylko się poruszy. Cały czas siedzi w mojej głowie to, że zaraz może mieć napad. Do tego dobija mnie to, że nie możemy mieć dziecka. Istnieje duży wskaźnik prawdopodobieństwa, że dziecko urodzi się bardzo chore w związku z lekami, jakie mój partner bierze przeciwko epilepsji. Zastanawiam się nad terapią, ale nie wiem, czy to coś da. Nie mogę z nikim o tym porozmawiać, ponieważ on się bardzo wstydzi swojej choroby i prosił mnie o dyskrecję. Jestem tak przewrażliwiona każdym ruchem, że mam ochotę cały czas sprawdzać, czy wszystko jest OK. Przez to chodzę od pewnego czasu bardzo niewyspana i spięta. Zawalam pracę... Moje myśli (nawet jak jestem w pracy) krążą tylko wokół tego, czy mu nic nie jest lub czy czasem nie dostanę zaraz telefonu, że miał atak. Jestem załamana, a jednocześnie ubieram maskę osoby, która jest silna. Kocham go i nie zostawię go ze względu na chorobę. Ale obecna sytuacja rujnuje moje życie.

#2knQO

W czasach przedszkolnych, miałam może jakieś 5 lat, panie zorganizowały zadanie - starsze dziewczynki miały pomóc ubrać się tym młodszym po leżakowaniu. Podeszłam do jednej z nich, okazało się, że zdjęła też majtki, więc pomogłam jej je założyć i przez przypadek dotknęłam jej waginy (szybki, krótki ruch, ona chyba nawet nie zwróciła na to uwagi). Pamiętam, że poczułam skrępowanie, ale chyba też jakąś ciekawość, bo powąchałam i polizałam ten palec... Nawet trochę pamiętam zapach i smak... przynajmniej tak mi się wydaje. Do tej pory jak widzę tę dziewczynę, a zdarza się to często, przypominam sobie tę sytuację i myślę "ciekawe, czy coś wtedy zauważyła, czy pamięta", ale to tylko z ciekawości, bo ogólnie to mi to teraz wisi. Potem w podstawówce, 6 klasa, podczas asekuracji na wf-ie dotknęłam pachy koleżanki. Też posmakowałam. Ohyda. Tego smaku i zapachu nie zapomnę do końca życia.

W przypadku tej pierwszej sytuacji jakoś nie czuję zażenowania, bo byłam mała, ale jako pomyślę o smaku pachy, to niedobrze mi i nie wiem co ja miałam w głowie w tamtej chwili, tym bardziej, że od małego byłam pedantyczna, np. brzydziłam się dotknąć klamki, więc otwierałam łokciem, mycie rąk do przesady, otwieranie deski klozetowej w miejscu publicznym butem itd. No... To tyle :)

#zMSlK

Miałem chyba 10 lat. Na widok krowiego placka na wiejskim boisku, z głupia frant powiedziałem, że za 5 złotych wezmę całą garść z tego placka i zacisnę dłoń. Kolega podjął wyzwanie i przegrał 5 zł. W desperacji zaproponował, że za tę samą 5-złotówkę zrobi to samo. Zrobił i odzyskał 5 zł. Głupie to jak but, ale za to jakie wspomnienia!

#maowR

Historia z czasów studenckich.

Wybrałam się ze swoimi przyjaciółkami na koncert. Z kasą nam się nie przelewało, dlatego też przed występem poszłyśmy do monopolowego po piwko. Oczywiście na jednym się nie skończyło. Po konsumpcji na schodach przy jakimś parkingu, naszła nas nagła i bardzo mocna potrzeba. Wieczór, parking, do klubu kawał drogi (a w toalecie damskiej pewnie tłumy), więc postanowiłyśmy załatwić się pomiędzy samochodami. Wszystkie trzy znalazłyśmy sobie dogodne miejsca i sikamy. Wstrzymywałam wcześniej bardzo długo, więc byłam mega uradowana, że nie muszę już się męczyć. Coś tam sobie nuciłam (bo ten maraton wcale tak szybko się nie kończył). Niestety zapomniałam chusteczek, toteż wykonałam jeszcze zamaszysty ruch biodrami, by resztki wylądowały na ziemi (a nie na bieliźnie) i w tym momencie zorientowałam się, że w aucie obok siedzi koleś. Tak, widział mnie, bo mi pomachał.

#3mLH8

Miałam w liceum nauczycielkę od matematyki, która miała mnie za tępaka. Ściślej rzecz biorąc, to nawet jak nauczyłam się na sprawdzian, to dostawałam 2 - bo twierdziła, że ściągam. Poprawki, które pisałam przy komisji zawsze zdawałam na 5. Szczerze jej nienawidziłam. Potrafiła przy całej klasie powiedzieć, że niczego nie osiągnę, powinnam iść do zawodówki na sprzedawcę lub krawcową itp.
Dla mnie była durną zakompleksioną stara panną. Na szczęście nigdy nie miałam z jej powodów kompleksów

Skończyłam liceum, studia i otrzymałam pierwszą pracę w finansach, następnie po 4 latach kolejną, tym razem w banku. Mam świetne wyniki, w ciągu kilku lat awansowałam kilkukrotnie.
Jakie było moje zdziwienie, jak moja „matematyca” już na emeryturze pojawiła
się w moim oddziale.
Okazuje się, że ledwo wiąże koniec z końcem, ma marną emeryturę i zadłuża się gdzie tylko może.

Anonimowe, bo nie mogę opowiedzieć nikomu, kto mógłby połączyć fakty, w pracy mamy jasne reguły - tajemnica bankowa.  Ale mam satysfakcję. Po mnie jej obelgi spływały jak po kaczce, niestety jedna dziewczyna odebrała sobie życie.

#K0y5W

Zawsze mi się wydawało, że wyprowadzka i "wyjście na swoje" to wręcz spełnienie moich marzeń.
Na początku - może i tak było. W końcu mogę robić co chcę, nikt mnie nie kontroluje, nie narzeka.
Z czasem jednak zaczęłam coraz mocniej tęsknić za domem, mimo tego, że jest niecałe 20 minut drogi stąd, a i tak co tydzień z chłopakiem tam jeździmy na obiadki. Najzwyczajniej w świecie tęsknię za rodzicami. Mimo że doprowadzali mnie nieraz do szału, miałam wrażenie, że nie mają nic lepszego poza wiecznym narzekaniem, że robię syf, nie uczę się itp., obecnie jestem w stanie siedzieć i jak dziecko zacząć ryczeć, bo chcę tam wrócić.

W przeciągu jakoś dwóch miesięcy mój stosunek do nich uległ zmianie o niemal 180° - jak zwykle nie chciało mi się z nimi przesiadywać, tylko tyle, co na obiady czy jakieś rodzinne spotkania, tak teraz każdą chwilę spędziłabym w ich gronie.

Często też przypominam sobie, ile razy bez sensu się z nimi wykłócałam o jakieś bzdury, jak dużo idiotycznych słów w ich kierunku wypowiedziałam. Teraz, jak o tym myślę, to zdaj sobie sprawę, że wszystko to było dlatego, że się o mnie martwili i chcieli wszystkiego dobrego. Czasem aż chciałabym cofnąć czas i za każde moje głupie gadanie walnąć sobie porządnie w twarz.

Teraz też, jak przeglądam Facebooka czy słucham, jak znajomi źle opowiadają o swoich rodzicach - coś mnie po prostu bierze.
Momentalnie robi mi się przykro, zwłaszcza że zdaję sobie sprawę, że sama tak robiłam. I przykre jest to, że dzieci czy tam nastolatkowie w większości nie doceniają tego, co rodzice dla nich robią, tylko czują się wielce poszkodowani, chociaż widać wyraźnie, że nieba im chylą.

Bardzo chciałabym swoich przeprosić za wszystko, co kiedyś się działo i dziękować, że mimo tylu ostrych słów czy też wszystkich "nienawidzę cię" dalej cały czas mnie wspierają, są obok i zawsze mogę na nich liczyć. Nie wyobrażam sobie, żeby kiedyś mogłoby ich zabraknąć.
Dodaj anonimowe wyznanie