Potrzebowałem coś załatwić u prezesa firmy.
Zapytałem koleżanki z biurka obok, jakie ma stosunki z szefem. Coś odburknęła, obraziła się i przestała się do mnie odzywać.
Opowiedziałem to na dymku i usłyszałem ryk śmiechu. Dopiero kumple mnie uświadomili, jakie plotki krążą po firmie. Ups...
Mieszkam na peryferiach średniej wielkości miasta. Spokojna dzielnica domków jednorodzinnych otoczona polami i łąkami, taki spokojny, cichy i bardzo przyjemny zaułek miasta. Południowa część dzielnicy to wzniesienie z punktem widokowym na panoramę miasta, południową zaś płynie rzeka. Miejsce idealne, można by powiedzieć. Mieszkam tu od dziecka, znam je jak własną kieszeń. Przynajmniej tak mi się wydawało do tej pory...
O tym, że malownicze krajobrazy mogą kryć jakąś mroczną historię wiedziałem i słyszałem już jako dzieciak. Byłem żywo zainteresowany tematem, a że o obozie jeńców wojennych słyszał każdy sąsiad, to dopytywałem ich o szczegóły. Pytani zawsze odsuwali go zarówno w czasie, jak i przestrzeni. No i tym samym często słyszałem tę samą wersję. Był "tam gdzieś za górką, dawno, dawno temu...". Dopytywani o szczegóły dokładali "no zginęły tu z głodu dziesiątki tysięcy ludzi". Dociskani mocniej dopowiadali "nie wiem, tamten sąsiad mi mówił, bo on tu dłużej mieszka". Niektórzy potrafili tak się zafiksować, że nawet nie mając nic sensownego do powiedzenia, wymyślali osoby, które żyły w tamtym czasie i widziały dramat na własne oczy. Często w ich opowieściach był element heroicznej pomocy zwykłego mieszkańca więźniom obozu, najczęściej poprzez podrzucanie jedzenia. We wszystkich opowieściach obóz był "tam za górką", bezpiecznie daleko.
No i stało się, 80 lat po wojnie wreszcie dotarło do mnie, gdzie to było. Okazało się, że zarówno na terenie mojego domu i podwórka, jaki i daleko w górę do punktu widokowego, wzdłuż głównej ulicy rozciągały się granice obozu. Powiew historii osadził wzdłuż tej ulicy drewniane baraki średnio 30-metrowe, mieszczące po kilkaset osób. Uwidocznił granice drutu kolczastego, ból, głód i cierpienie. Nagle okazało się, że to nie było daleko, historia odkryła karty. Rosyjskojęzyczne fora odkryły karty z pamiętników, karty obozowiczów, poszukiwania zaginionych. Natomiast zdjęcia zrobione przez Niemców stały się dowodem ostatecznie potwierdzającym zarówno miejsce, czas, przestrzeń, jak i ogrom tragedii. Na własne oczy zobaczyłem, zdjęcia, cyfry i wbite w karty obozowiczów pieczątki "gestorben". Imiona, nazwiska, odciski palców, wszystko na zdjęciu identycznej, takiej samej dla każdego osadzonego pożółkłej "PersonalKarte".
Moją wyobraźnia oszalała, moje bezpieczne miejsce, mój kochany dom! Wszystko to niecałe sto lat temu było miejscem, w którym ktoś potrzebował pieczątki "zmarł", potrzebował jej, bo przez te kilka liter wpisywanych w karty ktoś był zawalony robotą. Pieczątka tą komuś poprawiła komfort pracy, przyśpieszyła wypełnianie dokumentów. Historie o zjadaniu korzonków trawy, która z opisów występowała tylko gdzieniegdzie nabrały innego znaczenia. Stwierdzenie "moje bezpieczne miejsce" też nabrało zupełnie innego znaczenia.
Nie pamiętam praktycznie niczego.
Mam problemy z pamięcią od zawsze, nie pamiętam rzeczy, które robiłam przed chwilą, słów, które wypowiedziałam, mało co uda mi się zapamiętać.
Na szczęście pamiętam swoje imię, nazwisko i datę urodzenia, ale tak naprawdę to tu mogłabym skończyć.
Odnoszę wrażenie, że mój mózg po prostu każdego dnia się resetuje i wymazuje to, co było wcześniej. Mam przez to niesamowite problemy z nauką, na szczęście jakoś jeszcze udaje mi się mieć dobre oceny w szkole.
Mój mózg także bardzo szybko się męczy, potrafię zrobić jedno zadanie z matematyki i mieć dość, chcieć iść odpocząć/spać.
Jak czytam książkę to pod koniec strony nie pamiętam co było na jej początku, tak samo mam z rozmową z kimś, przez co ludzie myślą, że mam ich gdzieś. Nie wiem już co robić, mam dopiero 17 lat, a nie pamiętam większości rzeczy ze swojego życia.
To było dobrych 12 lat temu, może trochę mniej, trochę więcej.
Jako dzieciak obgryzałem paznokcie, nic nie pomagało. Za każdym razem kiedy tata sprawdzał w jakim są stanie, był krzyk i kara. Co w końcu wymyślił mój ukochany ojciec? Mamy gospodarstwo, mieliśmy wtedy również krowy. Poszedł ze mną do starego garażu, gdzie kazał mi czekać. Dokładnie wiedziałem na co mam czekać. Jako dziecko czułem respekt przed ojcem i strach, przez co nie poszedłem stamtąd kiedy na niego czekałem. Obawiałem się gorszej kary, kiedy w końcu będę musiał wrócić do domu i go spotkać, więc grzecznie tam stałem i czekałem aż wróci.
Tak więc kochamy tata wrócił z siatką, w której był krowi "placek", zrzucił go na ziemię, złapał za moje ręce i umoczył w gównie.
Nie pomogło.
Mam 23 lata i nigdy nie byłam w normalnym związku. Prawdę mówiąc w nienormalnym też nie, wieczny singiel, połowicznie z wyboru, mający na koncie jedynie krótkie, nic nieznaczące romanse. Z jednej strony chciałam się związać i wreszcie dowiedzieć jak to jest. Z drugiej jednak boję się zaangażować.
Kilka miesięcy temu na jednej z domówek, na której byłam ze swoją przyjaciółką, poznałyśmy brata naszego znajomego. Ja polubiłam go od razu jako ciekawą osobę, moja przyjaciółka jako bardzo atrakcyjnego faceta. Zaczęliśmy się spotykać, najpierw w trójkę jak zwykli znajomi, potem spotykał się we dwójkę - raz ze mną, raz z przyjaciółką. Mi zależało głownie na rozmowach i wspólnym czasie, przyjaciółce na bliskości fizycznej. Po niespełna dwóch miesiącach zamieszkaliśmy wszyscy razem, osobom z zewnątrz z powodzeniem wmawiamy, że jesteśmy po prostu współlokatorami.
W rzeczywistości żyjemy w trójkącie, sypiając w trójkę, spędzając czas w trójkę, ale tylko kiedy nikt postronny nie widzi. Nie rozmawiamy o tej sytuacji, nasz styl życia traktujemy jak coś całkiem normalnego.
Mam 30 lat i toksyczną matkę, z którą kontakty udało mi się ograniczyć do minimum po bardzo wczesnej wyprowadzce z domu.
To minimum to obecnie jej jeden, około minutowy telefon do mnie dziennie, w którym ja mówię mniej więcej "tak, tak, dobrze, tak".
Nie mówię matce o swoim życiu niczego, czego absolutnie nie muszę, bo wszystko jest w stanie potem skrytykować, wykorzystać przeciwko mnie itp.
Od jakiegoś czasu dużo pracuję i ogólnie mam gorszy psychicznie okres, na co z moim partnerem znaleźliśmy świetny sposób - praktycznie co weekend wyjeżdżamy, bo wiemy, że jeśli zostaniemy w domu, to tak naprawdę nie odpoczniemy, tylko spędzimy te dwa dni jak wzorowi Polacy - sprzątając, piorąc, gotując i tak dalej.
Wybieramy zawsze jakieś niezbyt odległe miasto i zwykle po prostu spędzamy czas w hotelu - głównie śpimy, leżymy, rozmawiamy, jemy i uprawiamy seks. W przypływie energii zdarza nam się wyjść na spacer albo coś poczytać/pooglądać. Mam nieodparte wrażenie, że w dużej mierze to te weekendy ratują mnie przed obłędem i sprawiają, że po wielu latach nadal mamy dobry związek.
O wyjazdach informuję moją matkę, jakby na przykład zachciało się jej umierać, żeby wiedziała, że jestem w odległości X od niej i może lepiej dzwonić do kogoś innego albo od razu na 112.
Jako osoba starej daty zawsze reaguje tak samo: a po co wy tak jeździcie, w dupach się poprzewracało, a w domu byście posiedzieli, a pieniędzy wam nie szkoda, a lepiej byście sobie na nowe auto odkładali itp. itd.
Potem zawsze pyta, co robiliśmy na wyjeździe, a ja nigdy nie odpowiadam, bo z tą 30tką na karku nadal nie mam odwagi się jej przyznać, jaki jest cel naszych wyjazdów i co tak naprawdę na nich robimy. Trochę wstyd mi, że w tym wieku muszę ukrywać to przed matką, jakbym miała co najmniej o połowę lat mniej.
Kiedy miałam 16 lat, nauczyciel jednego z liceów w moim mieście organizował zajęcia nt. astronomii. Wstęp wolny, każdy mógł wejść i posłuchać. Oczywiście wraz z koleżanką byłyśmy chętne.
Spotkania odbywały się w godzinach wieczornych. Niestety, udało mi się pójść ledwie dwa razy, z dużym trudem - przy każdym wyjściu moja matka wymyślała milion teorii, że na pewno idziemy chlać, ćpać, imprezować. Wracałam trzeźwa po 2-3 godzinach, no ale najwidoczniej dobrze się kryję albo zdążyłam wytrzeźwieć(!). Później już zwyczajnie przestała mnie tam puszczać.
Mogła pójść zobaczyć jak to wygląda, mogła spytać się nauczyciela czy coś takiego się odbywa i ja chodzę... Nie! Ona przecież wie lepiej.
Brałam udział w projekcie w szkole, który odbywał się raz na 2 tygodnie po zajęciach i trwał do 18-19. Zawsze koło godziny 17 matka do mnie wydzwaniała, oczywiście nie wierząc, że siedzę w szkole. Również mogła się spytać, również nie chciała tego zrobić.
Pewnego razu zostałam nakryta na nocnym siedzeniu przy komputerze (mogłam siedzieć tylko w godzinach 17-22). Ojciec zapalił mi światło, ja zmrużyłam oczy i się zaczęło - ćpam, bo mam "małe oczy". Nazajutrz matka zrobiła mi tyradę i przetrzepała cały pokój w poszukiwaniu rzekomych narkotyków, już z góry mnie oskarżając.
Potem przy każdym powrocie do domu (nawet ze sklepu) było "chuchnij, pokaż oczy", itd. Zawsze się bałam, że coś im się nie spodoba i wszystko zacznie się od nowa.
Po długim czasie nieco się uspokoili, jednak wszystko wróciło, gdy podczas zmywania makijażu trochę płynu dostało mi się do oczu, a te zrobiły się czerwone i zaczęły łzawić...
Dla jasności - nie ćpałam, piłam mało (typu 2 piwa na urodzinach w wieku 16 lat) i nie kryłam się z tym. Generalnie byłam bezproblemowym dzieckiem - cicha, grzeczna, nie wagaruje, itd. Jednak z jakiegoś powodu nigdy mi nie ufali i na każdym kroku wymyślali jakieś teorie nt. moich rzekomych patologicznych zachowań.
Często miałam z powodu ich wymysłów kary, zakazy wychodzenia, zabrany internet. Cierpiały na tym relacje społeczne, niektórzy też myśleli, że tylko się wykręcam, bo nie chcę się spotkać.
Żyłam w poczuciu wiecznej niesprawiedliwości, widząc jak niektórzy chleją na umór, palą, itd. i uchodzi im to płazem, a mi obrywa się za całe zło, którego nawet nie popełniam. A to wszystko w 4 ścianach, w "idealnej rodzinie".
Oczywiście krzywych akcji w wykonaniu moich rodziców było więcej, całość mocno wpłynęła na mnie i moje późniejsze życie. Część już opisywałam: #gtJJP, #Kv4l6.
Historia, po której zwątpiłem w dzisiejszą młodzież.
Poszedłem ze znajomymi do klubu. Kiedy wracaliśmy z niego, zobaczyłem krzyczącą młodą dziewczynę. Dostała ataku szału/paniki. Krzyczała, że została sama, wszyscy ją zostawili, itp. Była ze swoim bratem i jego kolegą, który ją przytrzymywał. Wezwali do niej karetkę, obawiali się, że dosypano jej narkotyki do drinka. Znam podstawowe zasady pierwszej pomocy, więc przejąłem dziewczynę od chłopaka. Kiedy przyjechała karetka, ratownik kazał ją puścić. Ona oczywiście zaczęła uciekać. Dogoniłem ją i razem z ratownikiem wnieśliśmy do karetki.
Najgorsze jest to, że kiedy była już bezpieczna w karetce, uaktywniły się jej "koleżanki". Stwierdziły, że to ja albo moi znajomi jej coś wsypaliśmy. Chłopaki oczywiście stanęli w mojej obronie, że to mało prawdopodobne, zwłaszcza, że jej nie znam, a pomogłem. Odpowiedziały tylko, że ludzie są różni i nie należy im ufać.
Musiałem odejść stamtąd, ochłonąć i wygadać się kumplowi używając łaciny. Wolałem tę opcję niż spuszczenie im wpi***olu.
Po tej akcji rozpocząłem kurs kwalifikowanej pierwszej pomocy, a brat 16-latki odpisał mi, że wykryto u niej LSD i spore stężenie alkoholu we krwi.
Mój mąż mnie zabija.
Wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie, jednak tak jest. Nie ma w tym jego winy.
M. poznałam kilka lat temu. Mimo, że miałam za sobą kilka żałosnych miłostek, w momencie gdy go poznałam coś zaskoczyło. Początkowo nie był nawet w moim typie - śmieszek, miał mnóstwo "psiapsiół" zazdrosnych o siebie nawzajem, był niedojrzały i nieodpowiedzialny. Ponadto był młodszy ode mnie. Podsumowując - zlepek wszystkich cech dla mnie odpychających.
Dlatego niezrozumiały był dla mnie pociąg jaki poczułam do niego w pierwszych sekundach spotkania. Czułam, że chcę być częścią jego życia, choć nie wiedziałam wtedy jeszcze w jakim sensie.
I stało się, zainteresowanie okazało się obustronne, wszystko potoczyło się bardzo szybko, zamieszkaliśmy razem już po dwóch miesiącach związku. Oświadczył się po pół roku, ślub wzięliśmy w kolejnym. Niedługo mija już piąty rok od naszego spotkania. Mieliśmy momenty gorsze i lepsze, jednak nigdy nie doszło do rozstania - coś podświadomie zlepiło nas na stałe do siebie jak super glue. Spędzamy ze sobą praktycznie każdy moment, pracujemy razem, po pracy też jesteśmy razem. 24/7 non stop. Zasypiamy razem w swoich objęciach i budzimy się tak nad ranem.
Jednak, zmierzając do meritum tego ckliwego tekstu powyżej, miłość do niego mnie zabija. Dosłownie. Nie jestem w stanie poradzić sobie z ogromem emocji jakie odczuwam. Gdybym mogła, przyrosłabym do niego i nie jest to wcale żart. :') Te emocje, niepokój gdy się oddała, strach przed zdradą lub porzuceniem (całkowicie bezpodstawny), dosłownie mnie wykańczają. Czuję ciągłą potrzebę dotykania go, mój popęd znacznie przewyższa jego, co jest przyczyną wielu moich problemów. Czasem nawet łapię się na tym, że jestem zazdrosna o jego przeszłość, gdy jest wspominana podczas rodzinnych spotkań. Zazdrosna o momenty, których nie mogłam z nim spędzić, o jego młodość i o to, że nie poznałam go wówczas...
Leczę się, biorę leki, to jednak nie pomaga. Mąż ma dużo cierpliwości do mnie, jednak mnie nie rozumie. Nie mam też z kim o tym porozmawiać. Czuję czasami, że przegrywam, że nie jestem już sobą. Czuję, że jestem pustą skorupą zależną od tej jednej osoby. Często chciałabym uciec od niego, odciąć się i wyjechać daleko za horyzont, jednak jak wspomniałam - jestem jakby z nim sklejona, nie potrafię odejść. Zdarza mi się okaleczać, wiele razy myślałam o śmierci, gdyby nie leki, pewnie by mnie już nie było.
Miłość mnie zabija, straciłam siebie, poczucie własnej wartości i odrębności. Doskonale wiem, że to chore, dlatego się leczę. Doskonale też wiem, że trudno to pojąć, nawet mi samej nie jest łatwo zrozumieć co się właściwie dzieje. Chciałam o tym napisać, po prostu.
Bo nikomu się nie przyznam, że zabija mnie uczucie do męża...
Jak pewnie wielu z Was, miałam tę wątpliwą przyjemność pojechać jako dziecko na kolonie. Był to obóz harcerski. Coś fajnego, innego. Domki w środku ogromnego lasu, ogniska i wyzwania dnia codziennego. Wspominam całkiem miło, mimo brudu, karaluchów i innego robactwa wokoło. Miałam 11 lat, byłam chuda jak tyczka, niezbyt zaradna. Bez jakiejkolwiek orientacji w terenie.
Druhowie któregoś pięknego popołudnia zabrali całą bandę dzieciaków, dość liczną o ile pamiętam, na wycieczkę w głąb lasu. Podzielili nas na 2 grupy. I jak pewnie się domyślacie, graliśmy w tak bardzo lubiane przez wszystkich podchody. Co istotne, byłam w grupie chowającej się i zostawiającej wskazówki dla tych, którzy szukali. Maszerowaliśmy kilka km, dalej i dalej, strzałki, zagadki, super fun. Nadszedł czas na schowanie się. Uwielbiałam bawić się w chowanego. Znalazłam przywrócone drzewo. Jego wyrwane korzenie stworzyły wielką dziurę w ziemi. Widzieliście na pewno nie raz powalone drzewa. Wskoczyłam w wielki dół i wlazłam między korzenie. Gdzieś obok za drzewami pochowali się inni. Kątem oka widziałam inne dzieciaki. Nadeszła w końcu szukająca grupa. Śmiechy i okrzyki. Byłam dumna siedząc w swojej kryjówce, że jeszcze nikt mnie nie znalazł.
Po jakimś czasie zrobiło się cicho. Wyszłam rozglądając się powoli, by nikt mnie nie zauważył. Problem w tym, że nie miał mnie kto zauważyć. Zabawa się skończyła i cała grupa wróciła do ośrodka. Nie wiedziałam, którą stroną. Zostałam sama w wielkim lesie. Jak na dzieciaka miałam świadomość, by nie ruszać się z miejsca. Ktoś przecież się zorientuje i po mnie wróci.
Dziś zastanawiam się, jak duże zaniedbanie popełnili opiekunowie. Gdyby to wydarzyło się w dzisiejszych czasach, mogliby mieć spore problemy. Zapewne byłoby o tym głośno w mediach. Nie policzyli dzieciaków, nie sprawdzili, czy wszyscy są. Zrobiło się ciemno, a po mnie nikt nie wracał. Nasłuchiwałam, czy ktoś mnie nie woła. Sama zaczęłam wołać znajome imiona opiekunów. Nic, zero reakcji. Bałam się jak cholera! Idąc po omacku przed siebie, doszłam do ogrodzenia. Wspięłam się, przeszłam przez płot, widząc zarys jakiegoś budynku. I wiecie co? Znalazłam się na terenie ośrodka. Miałam go cały czas za plecami. Musieliśmy maszerować jakimiś okrężnymi leśnymi drogami, że dotarcie tam gdzie się znajdowałam trwało tak długo... Wróciłam do naszego domku, dostałam opierdziel za łażenie po nocy, odjęto nam punkty za sprawowanie i nic więcej. Zastanawiam się, kiedy zorientowaliby się, że brakuje im dzieciaka.
Dodaj anonimowe wyznanie