#kUfM3

Zostawiłem żonę dla kochanki i nie żałuję.

Jako młody chłopak wyjechałem do UK. Pracowałem jako kontroler lotów. Na jednej z imprez poznałem uroczą Angielkę. Zaczęliśmy się spotykać. Potem był ślub. Moje stanowisko zostało zlikwidowane, szybko jednak znalazłem pracę jako manager hotelu, a półroczną odprawa pozwoliła nam na kupno domu. Żona stwierdziła, że nie chce pracować i zajmie się domem. Seks był udany do czasu aż Melissa zobaczyła dwie kreski na teście. To był koniec. Właściwie nie pozwalała się dotknąć. Po urodzeniu syna nic się nie zmieniło. Stała się jeszcze bardziej oschła. Mieliśmy opiekunkę na 3 godzinny dziennie, żeby żona mogła odpocząć. Mimo tego wracając do domu jedyne co zastawałem to syf. Chciałem to ratować, zapraszałem na kolacje, organizowałem rodzinne wakacje, próbowałem rozmawiać. Jej nie zależało na tym, żeby mieć udane małżeństwo. Czułem się jakbym był tylko narzędziem do spełnienia jej marzeń o domu i dziecku. Odzywała się do mnie tylko kiedy coś trzeba zrobić lub kiedy chciała nowe zasłony do sypialni.

Pewnego dnia do mojego hotelu zawitała śliczna, młoda Słowaczka. Nawiązaliśmy romans. Pamiętam jej słowa na początku „tylko się we mnie nie zakochaj”… A ja zakochałem się bez pamięci. Ona również odwzajemniła to uczucie. Nie mogłem jeść, spać, oddychać. Wracając do domu płakałem z bezsilności, bo wiedziałem, że nie mogę zostawić syna. Trwało to kilka lat. Potem zrobiłem ogromny błąd. Obiecałem mojej ukochanej coś, czego nie mogłem jej dać. Obiecałem, że odejdę od żony (choć ona nigdy nie nalegała). Przez chwilę nawet w to wierzyłem. Naprawdę chciałem z nią być, chciałem być szczęśliwy… ale nie mogłem. Moja kochanka zerwała kontakt. Złamałem jej serce, a przy tym również swoje.
Tęskniłem za nią ogromnie. Dosłownie czułem ból fizyczny. Rozmawiałem z żoną, że nam się nie układa i musimy to jakoś rozwiązać albo naprawić (choć z mojej strony byłoby to tylko z poczucia obowiązku). Melissa powiedziała, że nie obchodzi jej co i z kim robię. Ważne, żeby syn widział, jak wracam na noc do domu…Tak minął rok, drugi, trzeci. A ja ani trochę nie przestałem jej kochać.

Pewnego dnia spotkałem moją byłą kochankę. Nie była to już lekko speszona dziewczyna, której kiedyś dałem pracę. Była to pewna siebie 30-letnia kobieta. Wyglądała niewiarygodnie pięknie.Wymieniliśmy się tylko uprzejmościami jak zwykli znajomi i ona poszła w swoją stronę. Moje serce pękło na części po raz kolejny… Kilka dni później dostałem od niej SMS „Nigdy nie przestałam o tobie myśleć, zawsze będziesz miłością mojego życia”. Wtedy poszedłem się pakować. Moja żona widząc to oznajmiła tylko, że nadal mam spłacać kredyt na dom i płacić na syna.
Następnych kilka miesięcy było dla mnie okropne ze względu na dziecko, ciężko mu było się pogodzić z moim odejściem. Miałem nawet chwile zwątpienia. Po rozmowach i spotkaniach z psychologiem syn zaczął akceptować sytuację.

Z moją teraz już żoną jesteśmy razem 7 lat. Czuję się kochany i doceniany. Żałuję tylko, że tak późno to zrobiłem.

#kHW9J

Miałam tak małe cycki, że mój były chłopak powiedział, że wyglądają jak pryszcze i chętnie by je wycisnął. Wpędził mnie w ogromne kompleksy, na szczęście po kilku latach udało mi się uzbierać na operację powiększenia piersi.

Gdy były się o tym dowiedział, to polubił wszystkie moje nowe zdjęcia w internecie i stwierdził, że chce do mnie wrócić.
Zgodziłam się, ale tylko po to, by powiedzieć to samo o jego przyrodzeniu i nagrać jego reakcję.

#3gcgc

Moja bratowa "nie popełnia błędów".

Kilka miesięcy temu mieliśmy imprezę rodzinną, jako iż z bratem się nie widziałam bardzo długo, to wychodziłam z mężem jako ostatnia, jakieś 20 minut po wszystkich. Zachowanie bratowej podczas imprezy było mniej więcej takie:
Etap 1: super gospodyni
Etap 2: oj, ja już więcej nie piję...
Etap 3: gdzie mi zabierasz drinka?

Potem śmiechy, że czas odpocząć, ludzie się zbierają, mąż kończy swojego drinka, ja rozmawiam z bratem, a bratowa zaczyna odgadywać rodzinę, która wyszła. Uznaliśmy, że czas się jednak zbierać, zanim usłyszymy o dziadkach i pradziadkach. Przed drzwiami panowie ostatniego papierosa, bratowa schowała się w domu, bo zimno, ja jeszcze zamieniam ostatnie zdanie z bratem i nagle bratowa wyskakuje do mnie z łapami, bo okazało się, że myślała, że jestem obcą kobietą chcącą zbałamucić jej męża. Mąż (jej, a nie mój) został "wykopany" z domu.
Po jakimś czasie ona poszła spać, on wrócił do domu, a ja z mężem wróciliśmy do siebie.

Byłoby OK, gdyby rano zrozumiała co się stało, ale ona wie co widziała, a mianowicie to, że dobieram się do swojego brata, co rozpowiedziała rodzinie. Przy kolejnym spotkaniu wyjaśniliśmy co i jak, bo swojemu mężowi nie chciała uwierzyć, ale już mojemu jakoś uwierzyła.

Jakieś przepraszam? Nie. W jej głowie chyba zostało to co "widziała", niby sytuacja wyjaśniona, ale od kilku miesięcy jak spotyka się rodzina, to ona traktuje mnie jak powietrze, a do tego buntuje mi brata, bo ostatnio też odwiedzali rodzinę, ale na mnie "nie mieli czasu". Jak chcę się z bratem umówić i mamy ustalony termin, to zaraz potem on sobie "przypomina", że akurat tego dnia coś musi... A poza tym to może uda się w następnym miesiącu.

Nie pierwsza tego typu sytuacja i nie ostatnia i pewnie za pół roku będzie udawać, że nic takiego nie miało miejsca, a między nami cacy.

Jak ja jej nie lubię...

#XBz4z

W ubiegłym roku zadzwonił telefon, dzwonił brat cioteczny (syn rodzonego brata mojej mamy) z więzienia. To długa historia, siedzi za wyłudzenie. Chłop przed czterdziestką, miał wszystko, żonę, dzieciaka, dobra pracę, ale stracił to przez kobietę, która niesamowicie go omotała.
Dlaczego dzwonił? Bo został sam, żona odeszła, rodzice go znienawidzili, dzwonił, bo chciał, żebym go odwiedziła. Zawsze go bardzo lubiłam, był chrzestnym mojego dziecka, zawsze był kiedy go potrzebowałam i vice versa. Nie zapomniałam o nim, chyba bardziej zajęłam się życiem i czasem wspominałam... ciężko mi powiedzieć dlaczego.

Poszłam, choć nie wiedziałam co mnie czeka, nigdy nie byłam w takim miejscu. Już na starcie przywitała mnie kolejka do głównej bramy - matki, żony, kobiety z dziećmi, kochanki, kilku mężczyzn. Stałam tam i tępo gapiłam się w telefon, nie pasowałam tam, nie żebym oceniała ludzi po wyglądzie, ale pewnie niejeden z was powiedziałby "patologia". Nie mi to oceniać. Po dwóch godzinach wreszcie nas wpuścili, jedna bramka, druga, telefon i dowód osobisty do depozytu, dostałam kluczyk do szafki... kolejne bramki i rewizja, miałam już dość. Przekierowanie do kolejnego pomieszczenia. Schowałam torebkę do szafki i stałam obserwując ludzi. Matki i żony, być może morderców, złodziei, gwałcicieli. Kobiety, które rozmawiały jak gdyby nic, śmiały się, żartowały, nawet kilka zaczepiło mnie w rozmowie. To było dziwne uczucie, taka przykrość wymieszana ze zrozumieniem, żalem (nie wiem). Po ok. godzinie przyszli strażnicy, wyczytując nazwiska osadzonych. Zaprowadzili nas "gęsiego" do sali wizyt. Dziwne uczucie być w takim miejscu i doświadczać tych spojrzeń klawiszy i ogólnie chyba jestem zbyt emocjonalna na takie miejsca. Usiadłam w ławce naprzeciw brata... chodząca bida, rozmawialiśmy o wszystkim, płakał - "Dzięki, Anka, sorry za wszystko, zostałem sam, spierdoliłem swoje życie po całości, odwiedzisz mnie jeszcze kiedyś? Nic nie chce, matka w tajemnicy przed ojcem wysyła mi paczki. Rzuciłem palenie, ale fajki wysyła... Dobrze, to lepsza waluta niż kasa...".
Porozmawialiśmy trochę, pożartowałam. Koniec widzenia, odebrałam swoje rzeczy i wyszłam... prawie jak na wolność. Odwiedzałam go jeszcze kilka razy

Dlaczego to piszę? Bo nikt w rodzinie nie wie, że utrzymuję z nim kontakt, na każdym spędzie rodzinnym sprawa Jurka jest przemilczana albo z ust wujka wypływa lawina przekleństw. Niedawno byłam na ostatnim widzeniu, wychodzi niebawem, prosił mnie o ogarnięcie jakiejś kawalerki, ma pieniądze, a i na "odchodne" dostanie coś od państwa. Chce wszystko zacząć od nowa. Był ulubieńcem babci, czeka mnie poważna rozmowa z seniorką i mam nadzieję, że wszystko będzie OK, jej wsparcie na pewno da mu wiele... Ciężkie to wszystko i takie przygnębiające. Ale mam nadzieję... Bo co mi zostało?

#iEYsF

Nie lubię mojej córki. Piszę o tym tutaj, bo muszę to z siebie wyrzucić, a otwarcie nie mam odwagi przyznać się do własnych wniosków i uczuć. Bo może jednak się mylę, a nawet jeśli się nie mylę, to ryzykuję, że ona znów zrobi coś szalonego, co może skończyć się tragicznie.

Dziś znów usłyszałam, że jej pochodzenie ją ogranicza i blokuje drogę do szczęścia, bo ona wychowała się w biedzie i dlatego nie potrafi cieszyć się życiem. Wiem, że mówi takie rzeczy, żeby sprawić mi przykrość, żebym była skoncentrowana na niej i jej problemach.

Córka ma 28 lat. Od pół roku po rozstaniu z narzeczonym znów mieszka z nami. To ona zerwała, bo on nie poświęcał jej dostatecznie dużo uwagi. Skończyła 5-letnie studia, podczas których w pełni ją utrzymywaliśmy. Może bez szału, ale starczało na stancję i skromne życie. Oprócz tego cztery razy do roku duże zakupy odzieżowe i kosmetyki. Rzeczy markowe, bo chciałam, żeby czuła się dobrze. Nie byliśmy bogaci, ale też nie biedni, i nigdy nie oszczędzaliśmy na dzieciach. Uważałam, że mogłaby trochę sobie dorabiać, chociażby po to, żeby zdobyć jakieś doświadczenie. Nie chciała.

Ostatnio nasz syn, a jej brat poważnie zachorował, był w stanie zagrażającym życiu, więc poświęciłam mu trochę więcej uwagi. Uznała, że to jest świetny moment żeby odstawić antydepresanty, które przyjmuje od 5 miesięcy i krzyczeć do mnie, że na depresję też się umiera.

Parę lat temu udawała, że ma schizofrenię, znalazła jakiegoś niedouczonego psychiatrę, który bez żadnych badań przepisał jej silne leki. Jak sama później przyznała, żeby zwrócić na siebie uwagę przedawkowała. Oczywiście była po tym w klinice na obserwacji i okazało się, że jest zdrowa. Co jakiś czas udaje nam się ją namówić na psychoterapię. Oczywiście my płacimy, bo to my chcemy jej pomóc. Podejrzenia różnych zaburzeń jak dotąd się nie potwierdziły.

Jest bardzo ładna, więc bez problemu znajduje partnerów, nie potrafi jednak w żadnym związku wytrwać. Teraz trochę pracuje, ale tak naprawdę jest na naszym utrzymaniu. Wcześniej przepracowała w sumie może ze trzy miesiące.

Mimo iż jej nie lubię, kocham ja bardzo i nigdy nie zaryzykuję jej zdrowia i życia. Ale
boję się, że będzie mieszkać z nami już zawsze.

#NAYur

Ja wiem, że ludzie ogólnie teraz powariowali z tym koronawirusem, ale moja dziewczyna to już chyba przegięła do reszty. Zrobiła do domu zakupy za tysiaka (!) i leżą w przedpokoju, bo nigdzie nie mieszczą się te napoje, papiery toaletowe i kasze. Siedzi teraz w domu z maseczką na twarzy, w rękawiczkach i… myje podłogę octem. Wykupiła sobie też dodatkowe ubezpieczenie, żebym „dostał po niej jakieś pieniądze w razie gdyby umarła”. Pokłóciliśmy się wczoraj, bo normalnie poszedłem do pracy. Kazała mi nie wracać do mieszkania, tylko spać u rodziców.

Kocham ją, ale aż żal mi na to patrzeć. Najwidoczniej coś ją opętało, i to z pewnością nie koronawirus, choć równie szybko się rozprzestrzenia.

#6cBlo

Moja była narzeczona jest psychologiem. Powiecie świetna sytuacja, kobieta wyważona, spokojna, inteligentna, bez przerostu ego - niestety tylko na pierwszy rzut oka.

Byliśmy razem 3 lata, a znałem ją ponad rok, gdy zdecydowaliśmy się razem zamieszkać. Na początku nic nie wskazywało na to, jaki horror przeżyję. Dużo rozmawialiśmy, pouczała mnie na rozmaite tematy - od otwartości w związku, poprzez emocje, po moje życie zawodowe. Podobało mi się, że tak bardzo jej zależy, abym był w dobrej kondycji psychicznej, więc nie zwracałem uwagi na awantury. Były one przeróżne, od delikatnych typu jak mogłem nie wpaść na pomysł, aby zabrać ją na jakiś romantyczny wyjazd za granicę (nie było żadnej rocznicy, walentynek itp.) po takie gdzie biła mnie z wściekłości i krzyczała jak bardzo mnie nienawidzi. Tłumaczyłem ją stresującą pracą, ale z każdym tygodniem było coraz gorzej. Nieważne jak bardzo się starałem, robiła z mojego życia piekło. Każdego dnia krzyczała na mnie, biła, szantażowała, że sobie coś zrobi. Gdy pierwszy raz powiedziała o samobójstwie, bardzo się przejąłem. Powiedziałem, że potrzebuje pomocy (jeszcze tak wściekła nigdy nie była), po czym jak była w pracy zadzwoniłem do jej mamy, opowiadając o jej problemie. Głupi byłem, że kiedykolwiek myślałem, że uda mi się jej pomóc.

Porządnie wściekłem się na nią wtedy, gdy wywaliła za drzwi jak byłem w pracy MOJEGO psa i gdyby nie życzliwość sąsiada, który go przygarnął, to pewnie już bym go nie zobaczył. Niedługo po tym wydarzeniu miałem okazję przypadkowo spotkać się kumplem z podstawówki. Zamarł, gdy usłyszał imię i nazwisko mojej narzeczonej. Po dłużej rozmowie powiedział, że był jej pacjentem parę lat wcześniej i prawie doprowadziła go do samobójstwa (ze względu na kumpla nie będę opowiadać szczegółów - w skrócie bardzo mieszała mu w głowie i pokazywała jaki jest beznadziejny i nazwała samobójstwo dobrym rozwiązaniem).
Wtedy też ja uświadomiłem sobie jak bardzo nieszczęśliwy z nią jestem i że znacznie gorzej czuję się sam ze sobą.

CZĘŚĆ ANONIMOWA.
Zacząłem zbierać dowody. Nagrywałem jej śmianie się z problemów jej pacjentów (podawała dokładne dane osobowe), zabrałem jej pamiętnik (gdzie opisuje jak bardzo krzywdzi ludzi wokoło), zrobiłem zdjęcia jej kolekcji żyletek i płóciennych chusteczek, gdzie krwią pisała różne słowa, podpytałam w internecie jakim jest psychologiem, nagrałem, jak krzyczy na mnie, że jestem nikim i powinienem się zabić, dołączyłem zeznania kolegi, spakowałem się i wyprowadziłem podczas jej nieobecności, po czym wszystkie te dowody zaniosłem na policję. Nie spocznę, póki jej nie zabiorą prawa do wykonywania zawodu.

#fllk0

Umówiłam się z facetem poznanym przez internet. Mam prawie ośmioletnią córkę, którą sama wychowuję, mój były i jego rodzina nie życzą sobie mieć z nami cokolwiek wspólnego. Od razu uczciwie postawiłam sprawę, Mirek nie miał z tym problemu. Naprawdę dobrze nam się pisało, więc pewnej soboty umówiliśmy się w restauracji.

Ku mojemu zaskoczeniu Mirek przyszedł w towarzystwie dziewczyny z zespołem Downa. Okazało się, że Pola to jego młodsza siostra, opiekuje się nią na czas choroby matki (ich ojciec niestety nie żyje). Niezbyt mi to odpowiadało na pierwszym spotkaniu, zwłaszcza że Mirek mnie nie uprzedził. Mimo to postanowiłam nie obrażać się i być wyrozumiałą.

Poli nie zamykała się buzia, najpierw zdenerwowała się, że w menu nie ma zupy, ale Mirek ułagodził ją lodami. Co chwilę mówiła mu coś na ucho, odwracała jego uwagę, a on w zasadzie koncentrował się tylko na Poli. Okej, rozumiem, dziewczyna jest chora.
Niedługo później Pola zaczęła opowiadać, że jak ożenię się z Mirkiem, to będę jej pomagać, przepytywała mnie jakie zupy i naleśniki umiem zrobić, bo to jej ulubione dania. To już było dla mnie dużą przesadą, na co zwróciłam Mirkowi uwagę. Wtedy przyznał, że jego mamie już brakło sił do opieki nad Polą, więc szuka kobiety, która pokocha ich wszystkich i pomoże w opiece. Liczył, że skoro sama mam córkę i jestem taka sympatyczna, wreszcie mu się udało. Delikatnie mu wyjaśniłam, że dla mnie jest spora różnica między zdrową ośmiolatką, która pewnego dnia się usamodzielni, a Polą, która zawsze będzie potrzebowała opieki. Powiedziałam, że takie coś nie jest dla mnie, życzyłam im powodzenia i się pożegnałam.

Szkoda, bo Mirek jest bardzo fajnym facetem i chętnie poznałabym go bliżej, ale nie wejdę w związek z opieką nad upośledzoną dziewczyną.

I na tym by się sprawa skończyła, gdyby nie fakt, że matka Mirka jest koleżanką moich moherowych sąsiadek. Obsmarowała mnie przed nimi, jaką to hipokrytką jestem, że sama mam dziecko, a Pola mi przeszkadza. Moherki od dawna mają mnie za jawnogrzesznicę (samotna matka, do kościoła dziecka nie zabieram), więc zwisa mi i powiewa ich gadanina.
Mirek dzwonił do mnie i przeprosił za matkę, ale niesmak pozostał.

#oJ7r8

Koronawirus

Mój mąż wrócił zza granicy na weekend tydzień temu, posiedzieliśmy w domu, a 2 dni po jego powrocie do pracy zaczęła zaczęła się u niego gorączka i duszności. Obecnie jest w szpitalu, potwierdzony koronawirus. Zadzwoniłam pod numer z internetu w razie zarażenia koronawirusem, zapytano, czy miałam kontakt z zarażonym w przeciągu kilku dni, odpowiedziałam, że tak (opisując całą sytuację).
- Czy gorączkuje pani?
- Nie.
- W takim razie proszę pozostać w domu, nie spotykać się z ludźmi i zadzwonić w razie gorączki lub duszności.

Na razie trzymamy to w tajemnicy, siedzę w domu jak w izolatce, ciotka przywozi mi zakupy i zostawia na podwórku (powiedziałam, że jestem mocno chora i nie chcę jej zarazić, bo ma małe dzieci). Mąż dostał leki i na ten moment jego stan się polepsza, teraz zapewnia mnie, że nie ma co panikować. Zapytałam jakie to uczucie odpowiedział, że jakby miał silną grypę i kaca jednocześnie. Podobno młody organizm radzi sobie bardzo dobrze z tym wirusem przy prawidłowym leczeniu. W szpitalu spędzi kilka tygodni. Nie tyle co boję się wirusa, co polskiego szpitala.
Dodaj anonimowe wyznanie