Niesamowicie irytuje mnie ta cała nagonka na młode matki żeby karmiły piersią.
Urodziłam 3 miesiące temu. Każda kobieta, która była odwiedzić dziecko zadawała pytanie "a piersią karmisz?".
Mam taką jedną starszą typowa "ciotkę".
Już jak byłam w 3 trymestrze ciąży, pytała mnie czy leci mi tzw. siara z piersi, bo to znak, że będzie pokarm i trzeba karmić piersią.
Raz na jakiejś uroczystości był temat, że jedna kobieta nie chciała karmić piersią i przeszła na mleko modyfikowane. Zaraz się odezwała, że jej się w głowie poprzewracało i poszła na łatwiznę.
Opowiadałam o koleżance, która chciała karmić piersią, ale nie miała pokarmu. Według niej każda kobieta ma pokarm tylko niektóre szukają pretekstu.
Ostatnio miałam (nie)miłą okazje ją spotkać. Od razu zapytała czy karmię piersią. Gdy powiedziałam, że tak, to odpowiedziała "to ładnie, dobra matka". Wychodzi na to, że gdybym karmiła mlekiem modyfikowanym byłabym złą matką.
Wracałem około godziny 23 z pracy autem, obok mnie na światłach zatrzymało się auto prowadzone przez dziewczynę w wieku ok. 25 lat, która paliła papierosa. Szyba lekko uchylona, dla zobrazowania nie więcej jak 5% otwarcia, tyle co szluga na zewnątrz i popiół strzepać. Obok niej jakiś zupek, CHYBA też palił. Spojrzałem na tył auta i widzę dziecko siedzi, małe, w najlepszym przypadku 3-letnie. Kawałek za światłami udało mi się, powiedzmy że, ją zatrzymać. Na pytanie, czy jesteś kobieto świadoma co robisz paląc przy dziecku, zobaczyłem niezmącony pomyślunkiem wyraz twarzy i wytrzeszcz oczu "Ale o co ci chodzi?!". Po takiej reakcji, która przyznam szczerze zatrważa mnie do dziś, dałem radę tylko odpowiedzieć, żeby się zastanowiła, bo truje dziecko.
Nie pierwszy raz widziałem, jak "dorośli" palą w aucie przy dzieciach. Chcę powiedzieć, że jeżeli jesteś takim rodzicem, to powinieneś iść pod sąd. Albo przynajmniej dostać porządny wpierdol.
Dawno temu w mojej rodzinie wydarzyła się tragedia. W jednym tygodniu dowiedzieliśmy się, że brat jest psychicznie chory (schizofrenia), że miał wypadek i leży właśnie w ciężkim stanie w szpitalu. No świat nam się zawalił na głowę. W rodzinie zawsze byliśmy ze sobą bardzo zżyci, a wtedy jeszcze bardziej nas to wszystko do siebie zbliżyło. Było coś jeszcze, co trzymało nas przy życiu i dawało dużo nadziei - wiara. Do tamtego okropnego tygodnia byliśmy poprawnymi katolikami, ale później mocno się zbliżyliśmy do Boga i staliśmy się gorliwi w wierze. I to ja byłam dla rodziny głównym duchowym przewodnikiem i motywatorem do modlitwy.
Brat doszedł do siebie fizycznie, ale nie chciał słyszeć o leczeniu psychiatrycznym. W dużej mierze wiara przekonała go, żeby leczyć się i podnosi go na duchu do teraz. Oczywiście wciąż zdarzają mu się naprawdę złe momenty ale jest w stanie prowadzić normalne życie.
Ten feralny tydzień miał miejsce już prawie 10 lat temu. Dziś nie jestem już osobą wierzącą, ale przed rodziną udaję, że nic się nie zmieniło. Obawiam się, że kiedy przyznam się to odbiorę im nadzieję i motywację, która pomaga im radzić sobie z problemami, szczególnie bratu. Jestem szczęśliwa i nie przestałam wierzyć przez coś, po prostu zbyt wiele nielogiczności. Ale to nieważne, po prostu czuje się strasznie dwulicowo udając przed nimi i musiałam to gdzieś z siebie wyrzucić.
Nienawidzę siebie i swojego życia.
Mam trójkę dzieci i siedzę w domu. Nie jestem szczęśliwa, ale udaję dla dobra dzieci i staram się żeby nic im nie brakowało.
Mąż nie interesuje się mną, bo po tylu dzieciach już go nie pociągam (wiadomo). Ciągle słyszę od niego, że tu mam za mało, tu za dużo (jestem szczupła, ważę 57 kg, ale od zawsze mam mały biust, nagle mu to przeszkadza), no a seks po tylu ciążach to żenada.
Nienawidzę swojego ciała, brzydzę się własnej waginy, bo już wiele razy słyszałam, że jest brzydka i śmierdzi (myje się dwa razy dziennie). Myślę, że mój mąż ma kochankę, a nawet kilka, ale już mnie to nie obchodzi, bo straciłam ochotę na cokolwiek z nim i żyję tylko dla dzieci. Wiele razy chciałam stąd wyjść i nie wrócić, ale nie mogę ich z nim zostawić, matki ani ojca nie mam. Szkoda byłoby mi skazywać dzieci na cierpienie.
Co w tym anonimowego, spytajcie? Zarejestrowałam się na portalu randkowym i zamierzam spotykać się z innymi facetami. Może jestem zdzira, ale nie mam nic z życia tylko ciągle dom, dom i dom. Chce poczuć, że jeszcze komuś się podobam, może taki się znajdzie, kto wie. Może ktoś powie mi, że mój biust nie jest najgorszy, a seks to nie żenada, ale coś wspaniałego. Chcę sprawdzić czy jestem jeszcze w stanie coś do kogoś poczuć.
Byłam ofiarą przemocy domowej - nikt o tym nie wie.
Od 5 lat jestem w związku z moim partnerem. Na początku był dla mnie księciem na białym koniu - nie widział świata poza mną, szybko zadeklarował miłość, pomagał rozwiązać problemy, troszczył się i szybko przekonał mnie do zamieszkania razem. Pierwszy raz chciałam od niego odejść po pół roku, kiedy zrobił mi awanturę o to, że wróciłam ze spotkania z koleżanką godzinę później niż przewidywałam. Pierwszy raz widziałam go tak wściekłego i naprawdę się przestraszyłam. Następnego dnia spakowałam walizki i chciałam się wyprowadzić - przecież nie byłam jedną z tych kobiet, które takie zachowania akceptują, ale przeprosił, tłumaczył, że bał się o mnie, błagał żebym została... i wybłagał.
Nie jestem w stanie wymienić wszystkich sytuacji, w których w ciągu tych lat groził mi wyrzuceniem z domu - mieszkanie jest wynajęte na niego i wie, że nie mam w mieście rodziny, do której mogłabym się wyprowadzić, a mieszkania ani nawet pokoju nie da się znaleźć z dnia na dzień.
Kiedyś przeszukał moją korespondencję i znalazł list z urzędu. Nieważne jaki, stwierdził, że go okłamuję. Zaczekał, aż poszłam do pracy, spakował wszystkie moje rzeczy i wystawił do piwnicy. Gdy wróciłam, kazał mi oddać klucz i się wynosić. Byłam przerażona i nie wiedziałam, o co chodzi. Wybłagałam, aby pozwolił mi zostać kilka dni, aż sobie coś znajdę. Zgodził się. Przez te dni nie spałam, świat walił mi się na głowę, a on każdym gestem podkreślał, że mam się wynieść najszybciej jak się da. Po kilku dniach, gdy byłam już kłębkiem nerwów stwierdził, że mi wybacza... Myślałam, że wygrałam na loterii.
Pierwszy raz uderzył mnie po pijaku. Następnego dnia przepraszał, twierdził, że nie pamięta i nie wie, co w niego wstąpiło. Skrucha trwała kilka miesięcy. Potem przemoc stała się codziennością. Nie, nie taka jak w filmach - nie bił pięścią po twarzy. Boleśnie szczypał, popychał, kopał. Do tego przemoc psychiczna. Wyzywał od grubych świń, idiotek, upośledzonych, brzydul, śmieci, bękartów. Oczywiście, pomiędzy tymi napadami agresji było świetnie - miły, opiekuńczy, kochający... To mnie powstrzymywało zawsze, gdy chciałam odejść.
Nie oceniajcie kobiet tkwiących w takim związkach. Po pewnym czasie już nie wiedzą co jest normalne, a co nie, szczególnie jeśli nie mają bliskich osób wokół siebie. Ja się uwolniłam tylko z jednego powodu - po kolejnej wyprowadzce zmieniłam numer telefonu, aby nie mógł mną dalej manipulować. Do dziś zdarza mi się myśleć o nim z czułością. Wiem, że na swój chory sposób mnie kochał.
Jak byłam młodsza podkradałam mamie korek analny i sama go używałam.
Tak, jest mi wstyd.
Chociaż miałam na tyle oleju w głowie, żeby go myć.
Otóż jestem w ciąży. Ciąża była wpadką i mimo decyzji, że urodzę itd., to się nią zbytnio nie chwalę ludziom wokół. Cholera mnie bierze, jak ludzie zaczynają mi gratulować, a ja nie rozumiem czego. Tego, że zachowałam się jak nieodpowiedzialna gówniara i teraz przeorganizowuję swoje życie?
Gratulują, bo nie użyłam gumki? Serio? Bo ja nie wiem czego. Ojciec dziecka, jak się okazało, to kłamca i oszust mający już co najmniej dwoje dzieci.
Nawet już nie chce mi się z ludźmi gadać na ten temat, a pytają wścibsko o wszystko: o ojca, o to czemu tak długo nie wiedziałam; o szczegóły moich babskich problemów.
W bonusie coraz częściej czuję się jak inkubator, który stracił swój charakter i liczy się tylko to, że jestem w ciąży, każdy nazywa mnie mamą, pyta o dziecko. O mnie już nie, ja powoli znikam.
Moje potrzeby zniknęły, moje jestestwo wyznacza już tylko rosnący brzuch.
Reszta nie ma znaczenia.
Mam 30 lat i jestem dziewicą. Oglądam czasem filmy dla dorosłych, więc przynajmniej teoretycznie wiem co i jak.
Mam też sporą wyobraźnię, dlatego ludzie wokół mnie myślą, że prowadzę ciekawe życie towarzyskie. A ja zamykam się w domu, bo moje introwertyczne JA uniemożliwia mi nawiązywanie jakichś głębszych relacji.
Siedzę sobie na kompie, a mój współlokator siedzi sobie od jakichś dobrych 15 minut w toalecie. A właściwie to się męczy, bo znowu się nachlał i nażarł kapuchy i parówek z Biedry. I w sumie to dobrze mu tak, nawet mam z tego bekę.
Wkurza mnie od dawna, bo często mi podpierdziela rzeczy z kuchni, mimo łagodnych próśb i uwag. Do tego kopci i smród roznosi się prawie na całe mieszkanie... Chleje, imprezuje, ogólnie dziadostwo na potęgę. I tutaj tak cenna rada ode mnie.
Nigdy nie wynajmujcie mieszkania z obcokrajowcami. I nie żebym był jakimś rasistą, w żadnym wypadku. Po prostu wyjątkowo nienawidzę Ukraińców.
Nie umiem kroić sera. Zawsze jakoś mi się rozdwaja, rozrywa, nieważne jaki nóż, po prostu nie umiem, nigdy nie ukroiłam normalnego plasterka sera. Dodam jeszcze, że od 5 lat jestem patologiem, więc powinnam mieć jakieś doświadczenie, a jednak.
Ps. Tak, mogę kupować w plasterkach, ale cały smakuje lepiej.
Dodaj anonimowe wyznanie