Taka sytuacja:
Firma IT. Zagrożenie koronowirusem. No to błyskawicznie przechodzimy na pracę zdalną. Jak każdy kto tak pracował wie - wydajność spada. Masz 1 monitor zamiast 2, nie da się spytać o coś gościa siedzącego obok. Nie da się na szybko podejść do testera, analityka, architekta i o coś go spytać. Można tylko wysłać maila albo napisać na komunikatorze pytanie i modlić się, żeby to zauważył/akurat miał chwilę ci napisać odpowiedź. I tak ma każdy, więc efekt opóźnienia się kumuluje. Normalka, prawda, pracodawca powinien wziąć to pod uwagę?
No nie do końca.
Dostaliśmy wiadomość od team leadera, że ci, którym spadnie wydajność, wracają do pracy w biurze. Biorąc pod uwagę, że trzeba do pracy dojechać (ja mam samochód - to spoko, ale część ludzi dojeżdża autobusami, czasem z wiosek pod miastem), a potem pracować na zatłoczonym open space, W OKRESIE ZAGROŻENIA KORONOWIRUSEM... to praktycznie wyrok. Komuś się noga powinie i będzie można tylko się modlić, żeby przejść to łagodnie.
Nie ma to jak pozytywna motywacja.
Chciałbym popełnić samobójstwo, ale martwi mnie, że jeśli mi się nie uda, to będę zajmował miejsce i uwagę lekarzy, którzy mogliby w tym czasie pomóc komuś innemu.
Moim problem i kompleksem jest DUŻY biust... BARDZO DUŻY biust. Moje piersi są w rozmiarze E (powoli dochodzi do więcej, bo wciąż rosną). Borykałam się z tym od zawsze, od czasów podstawówki, a wiadomo jaki to wywiera na dziecku wpływ. Nie wiecie jaki ból przeżywałam w tym okresie - „zazdrość dziewczyn”, łapanie przez chłopców za piersi, byłam wręcz zawsze obmacywania... no i standardowy tekst „chciałabym mieć takie duże jak ty”.
Mam 21 lat, a mój biust już jest obwisły, są na nim rozstępy plus nie czuję nic na sutkach. Oczywiście doradzałam się w tej sprawie do mojej rodzicielki, ale jej słowa to „Nie rób z tym nic, bo jak zmniejszysz, to będziesz żałować”. Mój chłopak? Wspiera mnie, ale uważa, że nawet z takimi wyglądam pięknie. Dodatkowo już mam problemy z kręgosłupem, a nie chcę w takim wieku się z tym borykać. Jestem naprawdę młoda, a nie mogę się cieszyć z jednej części ciała... Chciałabym poznać kogoś, kto już przeżył pomniejszenie biustu, lub jakąś grupę wsparcia, bo naprawdę już się boję.
Prosiłabym administrację, aby tego nie wstawiali na Facebooka.
Moja babcia właśnie do mnie zadzwoniła, żeby opowiedzieć, jak to koronawirus jest plagą zesłaną przez Boga, ponieważ nie mógł już dłużej patrzyć na tych wszystkich grzeszników LGBT.
Teraz, po tym jak już przestało się we mnie gotować, mam wrażenie, że... przegapiłam ten jedyny idealny moment na coming out.
Pamiętam, jak kiedyś ojciec pojechał w delegację. Dzień przed powrotem zadzwonił do domu, że im ją przedłużyli o dwa dni. Matka wpadła w taką histerię, że z miejsca pojechała do Wrocławia - jak to określiła, "szukać tej latawicy". Latawicą okazał się pan Roman, współpracownik ojca, który dzielił z nim pokój, matka wpadła tam z takim impetem, że od tamtego zdarzenia ojciec nie chodzi już na imprezy firmowe.
Zachowywała się tak odkąd pamiętam, ale to co teraz odstawia to chora przesada.
Jak zaczęły się pojawiać informacje z Chin, to stwierdziła, że ich "Bozia pokarała za wpieprzanie nietoperzy", przestała tak mówić, kiedy cholerstwo trafiło do Europy. Zaczęło się zapierdalanie po sklepach i to by było nawet OK, gdyby nie fakt, że ktoś to musiał nosić, a tym kimś jestem ja. Ojciec umył od tego ręce, zignorował na początku sytuację. Zmienił zdanie po kilku dniach, kiedy nie miał jak postawić "dwójki", bo cały kibel obstawiony był zapasem papieru, a ojciec to kawał chłopa. Po godzinnej kłótni wymiękł. Zresztą wszystko jest obstawione wszystkim - kilogramy mąki, ryżu, kasz, cukru pod stołem, zajebane fasolą szafki, konserwy WSZĘDZIE. Myślałem, że wyjdę z siebie i stanę obok, jak rano poszedłem wyjąć spodnie, a szafka dopchana była konserwami.
Zresztą same zakupy to też koszmar, wybieranie 10 kartonów z mlekiem z najdłuższym terminem ważności, kiedy stoi tam 8 palet... Ludzie patrzyli na nas jak na wariatów. Albo alkoholików, kiedy na zaś kupowała 15 litrów spirytusu. W domu powoli zaczęło się kończyć miejsce, a ona zaczęła wypychać piwnicę, która i bez tego była prawie pełna.
Dziś rano zaczęła zapierdzielać po całym domu i robić zdjęcia - a to mój komputer, a to telewizor, narzędzia ojca... Pytam się jej, o co chodzi, a ona, że już miejsca nie ma na konserwy i zwolnić trochę trzeba.
Stąd moja prośba - nie kupujcie nic od Agaty na OLX!
Kiedy byłam mała (może z 4 latka), miałam przyjaciółkę, z którą przyjaźniłam się od urodzenia. Obie w tym samym wieku, nierozłączne papużki, sąsiadki. Jej rodzice mieli sklep z zabawkami, więc dostawała ich mnóstwo bez okazji. Bardzo jej tego zazdrościłam, bo sama miałam tylko jedną szmacianą lalkę, drewniane klocki i drewnianego pieska "na sznurkach". Zazdrościłam jej tych wszystkich dobroci, ale wiedziałam, że nie mogę być zła na rodziców, bo bardzo się starali, więc nigdy nie prosiłam o żadne prezenty.
Pewnego razu, kiedy koleżanka poszła do łazienki, ukradłam jednego pudelka wielkości winogrona. Zorientowała się o braku zabawki po paru dniach, ale stwierdziła, że pewnie się zgubił. Było mi bardzo wstyd się przyznać, więc tego nie zrobiłam.
Ostatnio siedziałyśmy przy winie i wspominałyśmy nasze zabawy. Przyjaciółka wspomniała, że pamięta jedną zaginioną zabawkę i do dzisiaj zachodzi w głowę, gdzie ona mogła się podziać. "Taki mały pudelek, nawet nie był jakiś specjalnie ważny, ale jakoś tak zapadł mi w pamięć. Może dlatego, że bardzo chciałam ci go oddać, bo było mi szkoda, że nie miałaś się czym w domu bawić".
Po tylu latach nadal się nie przyznałam. Mam wrażenie, że ona wie. :)
Pudelka nadal mam w domu. Mam do niego straszny sentyment, pomimo tego, w jaki sposób go "zdobyłam".
Wszystko zaczęło się jakoś w pierwszej klasie podstawówki, kiedy w ramach takich dziecięcych złośliwości i dogaduszek ktoś nazwał mnie "małpą".
Potem wraz z dojrzewaniem zaczęłam zwracać większą uwagę na inne dziewczyny. Widziałam, że wszystkie poza mną mają taki delikatny, jasny puszek na rękach, nawet ciemne brunetki, podczas gdy mi rosły tam grube czarne włosy. Rozmawiałam z mamą, która trochę machnęła na to ręką i stwierdziła, że mam to po tacie i za dużo testosteronu czy coś. Potem dała mi depilator, żebym się odczepiła.
Pamiętam jak ze łzami w oczach, starając się zignorować ból, depilowałam te nieszczęsne ręce, powtarzając sobie jak mantrę "żeby być pięknym, trzeba cierpieć". Poddałam się jednak w połowie i od tamtej pory nałogowo używałam maszynek jednorazowych. Przeczytałam w internecie, że wystarczy się golić co trzy dni, czy nawet raz na tydzień (oczywiście chodziło o nogi, a nie ręce). Ale zauważyłam, że już po dwóch dniach zaczynają być widoczne małe czarne włoski. Tak więc codziennie wieczorem brałam godzinną kąpiel i goliłam całe ciało, często się zacinając i przeklinając swój los. Doszłam nawet do takiej paranoi, że gdy rano, szykując się do szkoły, zauważyłam choćby jeden włosek, goliłam całe ręce na sucho (żeby było szybciej). Nietrudno się domyślić, że przez to przez prawie całą podstawówkę chodziłam z czerwonymi, wysuszonymi, poranionymi rękami. Nauczycielki kilka razy mnie zaczepiły i wypytywały, czemu tak mam, a ja kłamałam, że nie wiem, że może od słońca. A ja byłam dumna, że jestem gładziutka i mogę się w końcu nazywać "dziewczyną".
Jednak po kilku latach tej koszmarnej rutyny, gdzie byłam już tak zmęczona codziennym goleniem, że płakałam na samą myśl o tym, zaczęły się w internecie pojawiać posty i filmiki o akceptacji swojego ciała. Obejrzałam ich mnóstwo i byłam zdumiona, że jest więcej osób takich jak ja (wcześniej nie miałam styczności z większą ilością różnych ludzi, bo chodziłam do szkoły na wsi) i zdałam sobie sprawę, że może nie muszę się tego wstydzić. Potem stopniowo zaczęłam się golić coraz rzadziej.
Dzisiaj jestem już dorosła, pozwalam swoim włosom na rękach rosnąć swobodnie (nogi i pachy dalej golę, bo tak mi się podoba, ale nie z taką paranoją) i widzę, że wcale nie są tak straszne, jak wtedy myślałam. Ot, zwykłe delikatne włoski, może tylko trochę ciemniejsze niż u innych. Zdobyłam pewność siebie i teraz sama z tego żartuję w gronie znajomych, ale nikt nie wie jaki koszmar musiałam przeżyć, żeby do tego dojść. I już wiem, że zadbam o to, by moja córka wiedziała, że nie musi się wstydzić tego, jaka jest.
Jestem ofiarą przemocy domowej.
Zaczęło się cudownie, żadnych problemów, ona była bardzo miła i kochająca, wszystko się układało. Dopiero po jakimś roku zaczęło się psuć.
Wyzywanie i ciągłe obrażanie jeszcze jakoś moglem przeżyć, ale kiedy do wszystkiego tego doszło oskarżanie o zdradę z KAŻDĄ osobą, z którą miałem kontakt, a potem przemoc fizyczna, to nie wytrzymywałem.
Raz kiedy uderzyła mnie wazonem w głowę to ją odepchnąłem, co wywołało u niej atak histerii i kolejne wyzwiska oraz oskarżenie, że się nad nią znęcam. Zacząłem się ciąć, myślę nad samobójstwem, ale nawet boję się iść do psychologa. Nie umiem z nią zerwać, bo kiedy raz próbowałem, to przyjechała pod mój dom i mnie pobiła, jakkolwiek absurdalnie to nie brzmi.
Jak każdy uczeń wie, przez obecną kwarantannę jest nauczanie on-line. Od poniedziałku nauczyciele wysyłają dziesięć tysięcy bezsensownych zadań, bo w końcu "kwarantanna to nie wakacje, wciąż trzeba się uczyć". Jest to zrozumiałe, jednak bez jaj, moi nauczyciele wysyłają trzykrotnie razy więcej zadań niż przez ostatnie trzy lata mojej edukacji w szkole średniej. Są to głównie bezsensowne referaty, na które poświęcam dobre kilka godzin (nie są oceniane), z matematyki mam do zrobienia 50 przykładów nierówności NA TERAZ, ponadto na bieżąco uzupełniać notatki do zeszytu, które nie wiem po co trzeba wysyłać na e-mail nauczyciela. Przyznam szczerze, że teraz na zrobienie tego wszystkiego poświęcam więcej czasu niż na naukę na co dzień, gdy chodzę do szkoły. Myślałam, że przez ten czas pouczę się do matury, która jest tuż, tuż (kwarantanna i siedzenie w domu to mnóstwo czasu na powtórkę). No ale na chwilę obecną już mam "zajęcie". Ja chcę już do szkoły!
Codziennie rano odwiedzałem pobliską cukiernię i kupowałem ciastka czy inne wypieki. Szczerze mówiąc, nie jestem fanem słodyczy. Odwiedzałem to miejsce ze względu na śliczną dziewczynę, która tam pracowała. Niewiele się odzywała, wydawała się wyjątkowo nieśmiała i bardzo często przemykała za plecami koleżanek, byleby uniknąć kontaktu z klientem. Ja też nie mogłem zebrać się na odwagę i zaprosić ją na kawę. Ostatnio w końcu nadarzyła się okazja - cukiernia była prawie pusta, obiekt moich westchnień odkrajał dla mnie kawałek sernika na zimno. Zebrałem się w sobie i zanim zapytała o cokolwiek, powiedziałem, jak bardzo mi się podoba i że od dawna ją obserwuję, a przy okazji chciałbym, żebyśmy wyszli gdzieś razem i lepiej się poznali. Wyszło idealnie! Scena niemalże jak z filmu... właśnie wtedy okazało się, że obiekt moich westchnień jest bardzo ładnym, długowłosym, młodym chłopakiem.
Dodaj anonimowe wyznanie