#5hDKg

Trochę śmieszna, trochę żałosna historia sprzed pół roku, jak mój były stał się byłym.

Mam 21 lat i odrobinę retro gust muzyczny: uwielbiam Nirvanę. Zazwyczaj jednak, jako że ogólnie jestem dość skryta, nie afiszuję się z tym zbytnio, z wyjątkiem "Come As You Are" jako dzwonka w telefonie i małej przypinki na plecaku, z którym, co tu ważne, chodzę na uczelnię, ale na randki już nie. Jakoś też się tak złożyło, że podczas mojej kilkumiesięcznej znajomości z X nigdy nie poruszyliśmy tematu muzyki.
Pewnego dnia zdecydowałam się zaprosić mojego chłopaka do domu, bo rodzice wreszcie wyjechali na weekend.

Gdy X zobaczył plakaty na ścianach mojego pokoju, biografie członków zespołu na honorowym miejscu na regale oraz leżące na odtwarzaczu pudełko od ostatnio puszczanej "Bleach", zrobił mi gigantyczną scenę zazdrości, po czym wyszedł trzaskając drzwiami i urwał  ze mną wszelkie kontakty.

Ciekawe, czy ogarnął, że Kurt od pewnego już czasu jest nieżywy :D

#W0D8u

Wiem, że cała ta sprawa z koronawirusem jest dla ludzi wstrząsająca, ale ja… trochę cieszę się z zaistniałej sytuacji. Wybaczcie mi to, ale cieszę się, ponieważ epidemia opóźniła moją rozprawę rozwodową. Nie zdążyłem się jeszcze wyprowadzić, więc jestem w tym momencie zamknięty w jednym mieszkaniu z moją żoną, która chce ode mnie odejść. Mam zamiar przez najbliższy czas pokazać jej, jak bardzo mi na niej zależy i udowodnić, że nasze małżeństwo jest wiele warte oraz jesteśmy sobie pisani.
Wciąż wierzę, że nasz związek da się jeszcze odratować i będę walczyć o kobietę mojego życia. Czuję, że los daje nam teraz ostatnią szansę, to jak przeznaczenie. Trzymajcie za mnie kciuki!

#LjBFL

Ja i moja nowa dziewczyna zdecydowaliśmy się na duży krok w naszym związku i poszliśmy ze sobą do łóżka. Dziewczyna jak marzenie, śliczna, o pięknej sylwetce. Byłem wniebowzięty do momentu, gdy wymruczała "Oooo tak, Justyn". Mam na imię Kamil... Mimo to postanowiłem się nie wściekać - pomyłki się zdarzają.

Dzisiaj sprawdziłem jej znajomych na Facebooku - jedyną osoba o tym imieniu jest jej brat.

#SbyoG

Laos, czyli jak utrzymuję obcy dom.

Dużo jeżdżę, ale głównie Tajlandia i Kambodża. Laos to raczej przechodnio. Przy drogach, a raczej lepiankach są usytuowane wioseczki. Z reguły to jest 5-10 domostw, jeden sklep i jakiś targ jak jest większa miejscowość, czyli z 200 osób. Trafiłem na jakieś obchody lokalnego święta, nie znalazłem tego w necie po powrocie, ale chodzi o to, że wszyscy z wioski gromadzą się nad okoliczną rzeką i puszczają kamyki na liściach z nurtem. Ludzie tam są fajni, w sensie jak to Azjaci - skryci i raczej sami nie podchodzą, ale jak już zagadasz, to nie dają odejść. Tak jakoś wyszło, że trochę się upiłem lokalnym ryżowym winem z domieszką czegoś jakby bimbru z bambusa. Ani to smaczne, ani mocne, ale jak się wypiło po polsku, to już szumiało. Była tam nastolatka i ona tańczyła w ludowym stroju, pogadałem z jej rodziną i na tyle zrozumiałem (coś tam kumam laotański), że potrzebowali 7 dolarów na naukę w większym mieście. No to dałem, dla mnie nie pieniądz, a może komuś życie odmienić. Po powrocie do Hanoi mój przewodnik mówi, że stałem się sponsorem rodziny :D . No to bite dwa lata wysyłałem co miesiąc te 7 dolców, se myślę - spoko.

Jak przyjechałem tam ponownie, to się okazało, że muszę jeszcze dokształcić język, bo te 7 dolarów to nie nauka w większym mieście, tylko utrzymanie większej rodziny. No i tak utrzymuję rodzinę w Laosie i mam tam swój pokój, do którego oni nie zapuszczają się, tylko sprzątają i urządzają, taka jakaś tradycja utrzymanków.

I teraz tam sobie jeżdżę dwa razy do roku, cały dom, można rzec, jest mój. Dom to dużo powiedziane, zlepek wszystkiego w jedną całość. Jak rodzice, a są tam dwa pokolenia, nie musieli harować, to w międzyczasie ten ich dom to coś w rodzaju szkoły dla dzieci.

W sumie dobre uczucie, przypadkiem mam dom, drugą rodzinę :) Serio bardzo fajni są i byli jeszcze zanim dałem kasę. No i dobrą rzecz zrobiłem dla społeczeństwa. Jak tam jestem, o nic mnie nie proszą i jedzenie mam od nich. Tylko muszę opowiadać gdzie byłem i jak jest w Polsce, bo są nią zafascynowani.

#5EIbz

Mam 25 lat, a gdy pewnego dnia przeglądałam moje "rodzinne" zdjęcia, zauważyłam, że na tych zdjęciach nie ma mnie... Nawet moich zdjęć z komunii świętej.
Pamiętam, że to ja byłam tym "gorszym" dzieckiem w przeciwieństwie do mojej siostry Anastazji. Ona co chciała, to dostała, jak nie nowy komputer, to konsolę. O swoim pokoju to mogłam zapomnieć, zawsze spałam w salonie, a Anastazja i moi rodzice mieli swoje pokoje, a mimo to lepiej się uczyłam.

Jednej sytuacji nigdy nie zapomnę.

Siedziałam sobie i odrabiałam lekcje, a moja siostra grała. Było już późno jak skończyła grać i przypomniała sobie o pracy domowej. Jako że chodziłyśmy do tej samej klasy, a ja lepiej się uczyłam, to przyszła do mnie z prośbą o odrobienie za nią lekcji, ja grzecznie odmówiłam, ale wtedy się zaczęło... Anastazja zaczęła płakać i krzyczeć, moi rodzice przybiegli natychmiast i wiecie co zrobili? Oczywiście zaczęli na mnie krzyczeć dlaczego nie pomogę biednej siostrze... Jak przestali, to dali mi karę na tv i musiałam za nią to odrobić.

Nigdy nie zapomnę tej nocy przepłakanej nad lekcjami siostry.

#KOoht

Kiedy byłam nastolatką, to w okolicach, z których pochodzę, była popularna "zabawa" w "rosyjską ruletkę" - kryptonim w tym przypadku oznaczał możliwość trafienia na spreparowane prezerwatywy. Można je było dostać od złośliwych kolegów lub... kupić w sklepie.
Była cała grupa, która zajmowała się gotowaniem "piątkowej zupy", "zielonych pierogów", pakowaniem "jajek z niespodzianką"... nazwy były różne, ale chodziło o to samo. Próbowałam ich przekonać, żeby przestali, ale oni uważali to za nieszkodliwe psikusy lub okazję do "ożenienia kolegów i koleżanek". Spreparowane kondomy były wkładane do pudełek tak, żeby nie było można zauważyć, że paczka była otwierana. Wystarczyło odpowiednio odkleić folię od spodu pudełka. Można je było odróżnić po wypłowiałym kolorze lub schodzących nadrukach, a przede wszystkim po tym, że pękały.
Efekty tej działalności były, i to w postaci większej niż w innych okolicach niechcianych i nieplanowanych ciąż, głównie wśród dziewczyn niepełnoletnich, które same nie mogły kupić pigułek "po" (wtedy był już dostępny postinor na receptę) lub jakiejkolwiek antykoncepcji hormonalnej. Potem z kolei (oprócz ślubów, bo wtedy na wsi panowała taka zasada, że jak dziewczyna w ciąży, to koniecznie ślub z ojcem dziecka) pociągało też alimenty, aborcje robione nielegalnie w prywatnych gabinetach lub domowymi sposobami typu tabletki, zioła lub kopniak w brzuch.
Sama też trafiłam na dwóch typów, co przynieśli ze sobą takie gumki i wykopałam natychmiastowo. Byłam na tyle ogarnięta, żeby zauważyć, ale niejedna dziewczyna dowiadywała się grubo po fakcie. Poza tym ja zawsze trzymałam się zasady, że jak facet się chce oświadczyć, to ma przyjść z pierścionkiem, a nie z dziurawą gumą.

#sg1Lk

Kiedy miałam ok. 11 lat, pewnego razu gdy brałam prysznic ciotka bawiąca się wówczas aparatem weszła do łazienki i zrobiła mi kilka zdjęć. Najwyraźniej nie miałam nic przeciw, nawet jakoś pozowałam i uśmiechałam się (zresztą nie zaczęłam jeszcze dojrzewać, więc był ze mnie taki płaski niezarośnięty przecinek). Były to czasy, gdy wszystkie zdjęcia były wywoływane, więc i te ujęcia przeleżały kilka lat w albumie. Zdjęcia dawno zniszczyłam, ale co krewna miała w głowie, do tej pory nie bardzo rozumiem. Ja w każdym razie nie uwieczniłabym moich dzieci na takich zdjęciach.

#BHYCd

Wychowałam się na wsi, w biedzie, chwilami nawet skrajnej... Nie mieliśmy łazienki, nasz dom wymagał remontu, była nas ósemka. Ja najmłodsza.

Jak w każdej szkole, tak i w mojej były osoby popularne i te zwyczajne. Ja zawsze należałam do tej drugiej grupy. Zakompleksiona, często wyśmiewana. Na całym etapie mojej edukacji miałam "przyjaciółki", które zawsze w pewnym momencie zwracały się przeciwko mnie. Zawsze czułam, że tam nie pasuję, że nie będę tam mieszkać. Jakby ktoś mnie wstawił z innej bajki.
Wyjechałam do dużego miasta.

Na początku byłam strasznie zagubiona, pracowałam za grosze i przez to nie byłam w stanie studiować ukochanego kierunku. Przez kilka lat pracowałam bardzo ciężko, ale niestety związki, które miałam ciągnęły mnie tylko na dno... Przez moje kompleksy przyciągałam facetów bez perspektyw i planów na przyszłość. Nie byłam w stanie pogodzić pracy i szkoły. Od chłopaka słyszałam, że po co mi szkoła, rodzina zwątpiła, że kiedyś skończę studia (choć nigdy mi w tym nie pomogli). Była tylko jedna osoba, która mocno we mnie wierzyła i budowała we mnie poczucie wartości. Moja siostra.

W pewnym momencie udało mi się wrócić. Było dużo kombinacji i wyrzeczeń. Po pół roku TRACH. Pracę, którą jakoś udawało mi się pogodzić ze studiami musiałam rzucić, bo była rodzinnym interesem mojego ówczesnego chłopaka, z którym się rozstałam. Znowu szukanie pracy i walka o przetrwanie... Już prawie zwątpiłam. Myślałam, że jedne na co mnie stać to praca w sklepie. Siostra jednak mocno mnie wspierała, że jest inaczej.

Znalazłam dobrą pracę, jestem na ostatnim roku studiów. Właśnie piszę pracę magisterską. Może i moi rówieśnicy skończyli szkołę już dawno i mają rodziny, ale ja mam satysfakcję, że dałam radę!

A co do związków... Jak w końcu zaczęłam wierzyć w siebie, w to, że coś znaczę, poznałam fantastycznego faceta, który jestem teraz moim narzeczonym. Bardzo mnie zmienił. Na lepsze. Teraz w oczach ludzi jestem atrakcyjną, przebojową kobietą. Ale mało kto zna moją przeszłość...

Po co to piszę?

Widzę tu dużo osób zrezygnowanych, z depresją. Pamiętajcie, że zawsze jest jakieś wyjście. Wiele razy byłam w sytuacji "bez wyjścia", ale dałam radę. Nie miałam co jeść, zapożyczałam się, chodziłam w ciuchach, które dały mi siostry, nie wiedziałam co to zjeść w knajpie albo kupić sobie porządne buty. Do dziś mój narzeczony musi ze mną walczyć, żebym wydała na coś więcej niż 100 zł. A za każdym razem, jak sobie na to pozwolę, cieszę się, bo przełamuję siebie. Co prawda kupowania w lumpeksach ze mnie nie wyplenił, ale sam stwierdził, że fajne rzeczy tam potrafię znaleźć :)

Pamiętajcie, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Czasem musimy znaleźć taką osobę, co pokaże nam te drzwi i je przytrzyma.

#WdxVa

Jestem bardzo samotną osobą od wielu lat. Bardzo długo siedzę na tej stronie, ale nie udzielam się w ogóle. Jestem tylko cichym obserwatorem. Anonimowe jest to, że przez moją samotność czuję się tutaj jakby wszyscy byli mi znajomi. Lubię sobie wyobrażać ludzi stąd, jak wyglądają, jak spędzamy razem czas. Niektórzy pewnie mogliby mnie nawet zauroczyć. Jeszcze innych widzę jako moich przyjaciół. Ale niektórzy też mnie przerażają. Mam nadzieję, że nie odbierzecie moich słów jako atak albo obrazę, chcę jedynie przedstawić moje uczucia.

Przykładowo Whiteknight wydaje mi się bardzo interesującym mężczyzną. Lubię sobie wyobrażać jakbyśmy np. rozmawiali na łące przez całą noc. Dyskutowali na różne filozoficzne tematy.

Bazienkę zawsze wyobrażam sobie jako koleżankę, która żyje w wiecznym pośpiechu, ale zawsze zdąży wyskoczyć ze mną w trakcie dnia na zakupy. Taka pozytywnie zakręcona koleżanka.

GeddyLee zawsze był dla mnie jako taki kolega, z którym mogę wyjść czasem na drinka i porozmawiać o problemach dnia codziennego. Taki miły chłopak z okolicy.

Ale z kolei Dragomir wydaje mi się takim niemiłym, fanatycznym sąsiadem, który stukałby w rury, gdy za głośno o jeden stopień włączyłabym muzykę.

Tak samo Down z Piekła przypomina mi wszystkie szalone czarne charaktery z filmów, które jednocześnie są bardzo inteligentne i bardzo spaczone.

Eureenergie przypomina mi takiego kolegę, z którym zawsze można spędzić wesoło czas, pośmiać się, ale już niekoniecznie zaczynać poważne tematy. Najlepiej tylko żartować.

Lubię też użytkowniczkę StaryTapczan, wyobrażam ją sobie jako taką silną i ułożoną kobietę.

Jak ktoś jest tu od dawna, to mogę jeszcze dodać, że zawsze byłam zauroczona Majerem, a Etanolansodu postrzegałam jako taką lekko stukniętą matkę co najmniej 6 dzieci, która się awanturuje, gdy ktoś np. nie chcę kupić lizaka jej dziecku.

Z góry przepraszam jakby ktoś poczuł się urażony, nie tego chciałam i naprawdę wszystkich was lubię.
Dodaj anonimowe wyznanie