Może zacznę od tego, że miałam problem z zaakceptowaniem swojego ciała oraz jestem bardzo nieśmiałą osobą. Nie chciałam nawet patrzeć w lustro, korzystanie z niego ograniczyłam do kompletnego minimum, nigdy wcześniej celowo nie oglądałam się od szyi w dół, nawet w ubraniach. Uważałam, że jestem brzydka i taka moja natura. Zbytnio nie użalałam się nad sobą, przyjęłam taki stan rzeczy. W szafie miałam tylko i wyłącznie jeansy(i to takie, które nie podkreślały kształtów), t-shirty i bluzy. Próbowałam się jakoś do siebie przekonać, ubierać w sukienki itp., ale nie za bardzo mi się to udawało. Myślałam, że tak musi być i chowałam się po kątach pod toną ubrań, nawet w lecie.
Odkąd pamiętam traktowałam swoje stopy jako najgorszą część ciała. Nie podobały mi się i nie chciałam na nie patrzeć. Mimo dokładnego mycia wydawały mi się wciąż brudne i unikałam dotykania ich w ciągu dnia, chodziłam tylko w skarpetkach, nie miałam nawet sandałów czy innych tego typu butów, aby uniknąć odkrywania ich. Myślę, że to spowodowało u mnie obrzydzenie do fetyszystów stóp. Nie rozumiałam ich, ale też traktowałam takie osoby neutralnie. Taką mają naturę i nic się z tym nie zrobi. Tak jak ja ich nienawidzę, tak oni je uwielbiają.
W końcu poznałam świetnego chłopaka. Dobrze się dogadywaliśmy, mogliśmy rozmawiać godzinami. Traf chciał, że jego największym fetyszem są właśnie stopy... Początkowo mnie to brzydziło, ale nie chciałam przez to zrywać z nim kontaktu. Coś podkusiło mnie, abym wysłała mu fotkę gołych stóp, nie wiem nawet co. Bardzo mu się spodobały, a ja przy tym miałam świetną frajdę. Od tego jednego zdjęcia wszystko się zaczęło. Jesteśmy teraz razem, dzięki niemu zaakceptowałam stopy, jak i całe swoje ciało, nie brzydzę się ich, uwielbiam robić mu nimi dobrze i jak podnieca się patrząc na nie, a lizanie i pieszczenie stóp sprawia mi większą przyjemność niż innych, bardziej intymnych miejsc. Dodatkowo lubi moją największą zmorę - okropną bliznę na brzuchu. Zrobił z niej sobie "drogowskaz" i wie po ciemku ile jeszcze zostało do rzeczy, które go interesują. Raz też posłużyła za miejsce na wiecie co i było przy tym dużo śmiechu, bo trafić w nią nie było tak wcale łatwo. Szczególnie gdy musiał prać postrzeloną firankę :D
Do zaakceptowania siebie, zrozumienia, że ja też mogę być piękna i porzucenia ubrań, pod którymi się ukrywałam, nie był mi potrzebny żaden psycholog ani kosztowna terapia. Wystarczyło poznać odpowiednią osobę, która pokazała, że największa wada może być zaletą. Jestem mu bardzo wdzięczna za to i mam nadzieję, że inni też trafią na te właściwe osoby :)
Gruba, śmierdząca papierosami baba o wyjątkowo podłym charakterze. Miała swój kiosk na naszym osiedlu. Nigdy nie odpowiadała na „Dzień dobry”, a szczytem jej uprzejmości było warknięcie „Czego?” do klienta. Gdy byliśmy dzieciakami, „baba z kiosku” była dla nas takim połączeniem wrednej woźnej i ostatniego bossa z gry na Commodore. Nikt z nas jej nie lubił i zawsze szukaliśmy sposobu, aby okazać jej naszą pogardę.
Pewnego dnia zauważyliśmy, że w ofercie jej „kramu” pojawiły się małe kłódeczki. W naszych gówniarskich głowach narodził się złowrogi plan.
„Czy mogę zobaczyć tę kłódkę?” - zapytał kolega. Baba obdarzyła go pogardliwym spojrzeniem, ale i mrucząc coś pod nosem rzuciła mu przed nos pudełko. Chłopiec ostrożnie je otworzył i wyjął produkt. Przekręcił kluczyk. „Działa...” - mruknął. „Bierzesz czy nie?” - warknęło babsko. Kolega życzliwie uśmiechnął się do sklepikarki, a następnie szybko doskoczył w stronę drzwi kiosku i założył kłódkę na skoblu.
Uwięziona w pomieszczeniu o wielkości 4 metrów kwadratowych kobieta wyryczała litanię najbardziej obelżywych przekleństw, od których niejednemu, językowemu puryście zwiędłyby uszy. „A kluczyk leży o tam. W tamtej studzience” - dodał mój kompan, rzucając metalowy przedmiot wprost do kratki kanalizacyjnej.
Pamiętam, że babsko siedziało w tym kiosku dobre dwie godziny, zanim któryś z klientów ulitował się nad nią i przyszedł z brzeszczotem uwolnić ją z pułapki. Potem musieliśmy omijać tę budę szerokim łukiem, aby naszej ofierze nie przyszło do głowy mścić się za nasz głupi żart.
Jestem potworem. A przynajmniej kandydatem na potwora. A jednocześnie rozumnym człowiekiem, który gardzi tą potwornością. O co chodzi? O dzieci. Młode dziewczyny, 12-, 15-letnie. Takie, które dopiero zaczynają dojrzewać. Wzbudzają we mnie pożądanie. Na szczęście nigdy żadnej nie tknąłem, potrafię bez większych problemów nad tym panować, jedynie wzrok mi do nich ucieka... Ale boję się. Boję się, że kiedyś będę miał córkę i nad sobą nie zapanuję. Boję się, że może kiedyś sąsiedzi będą mieć córkę w tym wieku. Boję się, że kiedyś ktoś tak młody mi zaufa w niewłaściwym momencie, a ja okażę słabość.
Nie chcę stać się tym potworem do cna. Nie chcę porady. Nie żalę się. Chcę, żebyście mieli świadomość tego, że bycie pedofilem walczącym z samym sobą nie jest łatwe. I że tacy ludzie po prostu istnieją.
Moi znajomi kupili sobie fajny rower. Markowy, porządny i wygodny. Mieszkamy w spokojnym miejscu i nie zawsze go chowali. Pewnego ranka okazało się, że rower zniknął. Zgłosili sprawę na policję, popytali, czy nikt nic nie widział, ale nic to nie dało.
Po pewnym czasie rower pojawił się z powrotem na podwórku. Doczepiona była do niego wiadomość, ktoś pożyczył rower. Twierdził, że był mu bardzo potrzebny i przeprasza za kłopoty. W ramach przeprosin dołączone zostały dwa bilety do kina. Znajomi napełnieni wiarą w społeczeństwo wybrali się na zasponsorowany film. Gdy wrócili, dom był kompletnie pusty. Widocznie ktoś bardzo potrzebował jeszcze telewizora i innych sprzętów.
W ramach eksperymentu społecznego w nawiązaniu do zbyt krótkich szortów i gwałtów.
Kumpel poszedł ze mną na imprezę, na której ewidentnie wpadł w oko dziewczynie. Niestety dla niej, znajomością z różnych względów nie był zainteresowany. Ot, miał kochającą partnerkę, na której mu zależało, więc delikatnie dał dziewczynie do zrozumienia, że docenia zainteresowanie, dziękuje, ale nie... i tak impreza toczyła się dalej. Dziewczę próbowało co jakiś czas podchodów. Tu jej się ramiączko od bluzeczki zsunęło, ukazując skrawek kształtnej piersi, tu dowcip przez kumpla opowiedziany okazał się tak niesamowicie zabawny, by z perlistym śmiechem uwiesić mu się na ramieniu, wciskając je między biust (a było między co wciskać), a to proponując kolejne toasty i dolewając kumplowi drinka. Ogólnie dziewczę z godziny na godzinę robiło się coraz bardziej swobodne i nasączone procentami, kumpel coraz bardziej skrępowany, a ja miałem coraz większy ubaw to skrępowanie obserwując (tak, wiem, jestem złym człowiekiem).
Problem zaczął się, gdy impreza się skończyła i towarzystwo porozjeżdżało się do domów bądź poukładało na miejscu do snu. Otóż dziewczyna doszła do wniosku, że ona MUSI zdobyć tego faceta i... cóż... kumpel obudził się w niemałym osłupieniu spostrzegając, że dziewczyna po prostu robi mu laskę. Wyrwał się, zaczął dziewczynę opierdalać, co ona sobie wyobraża i...
I w ten oto sposób facet narobił sobie mnóstwa problemów. Zbudzone towarzystwo zostało przez dziewoję uraczone historią, jak to on się na nią rzucił i zmusił (tak, przez sen, do pochylania się nad materacem), a poza tym co z niego za mężczyzna, jeśli odrzuca INSTA MODELKĘ!! Ludzie się podzielili, bo generalnie wcześniejsze podchody widzieli, ale nikt nikogo za nic nie złapał, a dziewczyna zaczęła odstawiać naprawdę niezły spektakl. Kobieta kumpla, jak dowiedziała się o sytuacji, też się na niego wkurwiła i musiał się gęsto tłumaczyć.
Ogólnie historia bez morału. Tylko kumpel robi śmieszną minę na widok taga #metoo.
Ciekaw jestem Waszego zadania.
Wychowywałam się sama z mamą, nie było idealnie. Mama urodziła mnie młodo i całe życie obwiniała mnie za zmarnowanie młodości. W naszym życiu były dwa stany - pierwszy to super przyjaźń między nami, a drugi to nienawiść matki do dziecka. Kilka miesięcy żyłyśmy w relacjach, których można było zazdrościć. Mama organizowała super dni, spędzałyśmy mnóstwo czasu. Koleżanki mi zazdrościły wyjazdów na zakupy, mini wypadów nad morze czy w góry, a ja się tylko obawiałam tego, co nadejdzie.
Potem mama poznawała "mężczyznę życia" i ja jako córka, która miała super kontakt z mamą, stawałam się wrogiem. Zaczynały się kłamstwa, wymysły. Wychodzenie z domu bez słowa, w późniejszym czasie wyganianie mnie z domu, abym spała w aucie ze względu na czyjąś wizytę. Przygotowałam obiad, mama przychodziła po pracy i tylko mnie wyśmiewała, bo ona idzie na kolację. To może się wydawać komiczne, ale dla 16-latki, która na co dzień spędzała dużo czasu z mamą było straszne. Nie byłam przeciwna jej miłości, a jej zachowaniu. Można zjeść obiad, a potem wyjść na spotkanie czy tam randkę.
Takich sytuacji było wiele, zamknęłam się w sobie. Można powiedzieć, że to tylko relacje z matką, a dla mnie były tak destrukcyjne, że nie radzę sobie do dziś, nie potrafię. Nigdy nie było między nami normalnego układu. Dla niej istniały tylko dwa światy - życie z córką albo układanie swojego własnego życia bez balastu.
Gorszy okres w naszej relacji przeplatał się całe życie. Już w wieku 8 lat próbowałam sobie podciąć żyły, bo nie radziłam sobie z emocjami i tym co mnie spotkało. Każdego gorszego dnia wyobrażałam sobie, że jak założę własną rodzinę, to nie popełnię tych błędów i będę szczęśliwa.
W wieku 22 lat dowiedziałam się o swojej bezpłodności. Wypłakałam morze łez, tyle niewypowiedzianych marzeń mam w głowie. Postanowiłam zostać sama, nigdy nie będę już szczęśliwa. Kiedyś przed snem wyobrażałam sobie swoją szczęśliwą rodzinę, a obecnie znów wyobrażam sobie w jaki sposób mogę umrzeć. Moja choroba nie jest wyleczalna; to przypadłość, która spotyka jedną kobietę na tysiąc (przedwczesna menopauza). Nie zaadoptuję dziecka (nie byłabym w stanie).
Żyjcie dobrze.
Jakiś czas temu miałem trudny test z historii, pochłonięty nauką do późna zasnąłem w fotelu. Obudziłem się rano. Dzień jak co dzień. Wyszedłem z psem (tak mi się zdawało), poszedłem sobie do sklepu po Pepsi w butelce 0,5L (2,99zł).
Daję kasjerce 2zł i pytam z dumą "Mogę być winny grosika?". Nic bardziej mylnego, babka popatrzyła na mnie jak na idiotę i powiedziała, że to ona może być winna grosika. No i tak stoję ona się patrzy na mnie, nie chce mi dać tego grosika, (wywalone na tego grosika tylko czemu mi nie chce dać tej pepsi do ręki). Mijają trzy kolejne sekundy i dopiero zajarzyłem, że dałem jej 2 zamiast 3zł, zacząłem mówić w tym samym czasie co ta kasjerka, ona mi tłumaczy, że dałem złotówkę za mało, a ja jej, że jestem troszkę zaspany.
Nie chciało mi się cofać do domu i znów iść po picie, więc powiedziałem kasjerce, że idę wziąć coś mniejszego. Szybkim i w miarę ogarniętym krokiem szedłem zamyślając się jaki ze mnie idiota i odstawiłem butelkę pepsi i wziąłem puszkę za 1.99zł. Szczęśliwy podszedłem do kasy, kasjerka się na mnie spojrzała zaczęła się śmiać i powiedziała "poproszę dowód osobisty". Tak tak, przez pomyłkę wziąłem Warkę w tej puszce 330ml, nie patrząc co biorę.
Potem już bezbłędnie kupiłem sobie Pepsi w puszce i wyszedłem ze sklepu modląc się, aby na ową kasjerkę w życiu nie natrafić. No i wychodzę z tego sklepu i spoglądam na rurę, do której zawsze przypinam psa, gdy wchodzę do sklepu. Psa nie ma, zdenerwowany kładę puszkę Pepsi na schodkach i wybiegam na ulicę w poszukiwaniu psa. Zapewne źle go przywiązałem. Przebiegłem się jeszcze w stronę domu i przypomniało mi się. O w mordę, przecież ja psa nie wziąłem.
Biegnę szybko do domu, mama pyta, dlaczego na tak długo wyszedłem bez psa, gdzie byłem blablabla i takie tam. Do wyjścia zostało mi jakieś 8min. no to zdarzę myślę. Biorę szybko psa i wychodzę z domu no i tak sobie myślę, gdzie moje Pepsi. Ehh... no tak, zostawiłem je przy sklepie, gdy szukałem "niby" zgubionego psa.
Idę więc ponownie pod sklep. Pepsi oczywiście nie było. Wracam smutny do domu, odstawiam psa i wychodzę do szkoły. Jadąc już tramwajem zorientowałem się, że nie wziąłem karty miejskiej i legitymacji. Akurat głupi ma szczęście i na kanara się nie natrafiłem. A sprawdzian mi poszedł znakomicie!
Po wszystkich lekcjach już wracam szczęśliwy do domu i oczywiście wystraszony, że przecież może być kanar, wsiadłem z tyłu no i akurat ze mną wsiadła para kanarów. No nic, przy sobie miałem tylko złotówkę, której rano zapomniałem będąc w sklepie. Złotówkę, jak się okazało, miałem ciągle przy sobie, ale w innej kieszeni i dopiero w tramwaju ją obczaiłem. Zbliżam się powolnym krokiem oblany zimnym potem w stronę motorniczego kupić bilet. Zamyślony zapomniałem, że bilet kosztuje 1,50zł. Poprosiłem o bilet, daję motorniczemu złotówkę i wtedy już wiedziałem, że coś nie tak, bo ten nie chce mi dać biletu i coś tam gada. Na szczęście akurat był przystanek, wysiadłem i odetchnąłem z ulgą myśląc, że nic gorszego się stać nie może, byłem akurat na przystanku dalekim troszkę od mojego domu.
Odpalam więc na telefonie apkę "JakDojadę" włączam transfer 3G i szukam. Wyświetliły się mi wtedy wiadomości z messengera. Kumpel z 10 min. temu do mnie napisał (on już długo w domu, bo mieszka blisko szkoły). No to mu odpisuję i zaczęliśmy pisać, ja o swoim dupowatym dniu, on tam coś o Wiedźminie, rozmowa tak czy siak zeszła na sprawdzian z historii, który tamtego dnia pisaliśmy.
Tak sobie z nim piszę piszę i w pewnym momencie taki przebłysk myślowy w mojej głowie. @#€&*0 - przekleństwo przez mój mózg przeszło. Przecież ja do jasnej cholery nie odwróciłem drugiej strony testu. Nasza babka od histy to oszczędna kobieta. Z zawsze robi sprawdziany na jedną stronę A4, tym razem było inaczej, szczególnie, że był to ważny test. No trudno, napisałem całą pierwszą stronę, podpisałem się i oddałem kartkę.
Gdy bezpiecznie wróciłem do domu pomyślałem sobie, że może kumpel mnie jednak wkręcał i ten test był taki jak zawsze - wszedłem więc w E-Dziennik, a tam Historia | Sprawdzian | Waga 5 | Ocena: 2. No niech to wszystko Luj strzeli! Ta dwójka niestety potwierdziła moją ocenę końcową z historii czyli 3, a miałem 3/4... Do czerwonego paska brakuje mi 0,03 :c
Jeden dzień rozwalił mi humor na dość długo. Myślę, że przez całe wakacje będę czuł ból i niedosyt tego paska.
Mam brata bliźniaka, od którego jestem starszy o 10 minut. Jak chcę go wkurzyć, to mu mówię “Ech Kacper, jak ja byłem w twoim wieku, to…” i wtedy mu opowiadam co robiłem 10 minut temu.
Czuję, że codziennie zawodzę oczekiwania. Co najgorsze głównie własne, wobec samej siebie.
Od dobrych 8 lat walczę z depresją, nerwicą i zaburzeniami żywienia. Kiedy mam dobry dzień, potrafię być z siebie dumna, że mimo wszystko skończyłam liceum i powoli idę w dobrą stronę, ale zaraz przypominam sobie ile chciałam osiągnąć w moim wieku, a gdzie jestem faktycznie. Wiem, że jestem inteligentna, wiele mogłabym dać światu i wiem, że dałabym sobie radę ze wszystkim, gdyby nie błędy dorosłych, które zawaliły mi cały okres dojrzewania i w efekcie moją dorosłość. To strasznie frustruje, taki smród zmarnowanego potencjału, który czujesz cały czas. Aż wyć się chce.
Sytuacja działa się na moich studiach. Jakiś 2 lub 3 rok. Maj lub czerwiec. Sesja w toku. Ciepło, to i dziewczyny seksi, krócej ubrane, łanie takie :D Wychodziłem z jakiegoś zaliczenia. Nieopodal wyjścia z uczelni stał bankomat. Obok niego dziewczę, że wooow. Coś jej upadło i schylona, z wypiętą pupą, zbierała swoje rzeczy. Ja zafascynowany robię obczajkę, banan na ryja, a krew napełnia mnie od środka.
Dziewczyna się prostuje i odwraca. Patrzę, a to moja koleżanka z roku, na którą nie zwróciłem wcześniej uwagi. Ni z gruchy, ni z pietruchy w wyniku zadziałania uroku zagadnąłem i od słowa do słowa zaprosiła mnie do akademika na piwko.
Wieczorem wyszykowany jak szczur na otwarcie kanału lecę, biegnę, frunę do tego akademika. Pukam do pokoju. Wchodzę. Witam się. Daję piwko, które ze sobą przyniosłem. Pijemy piwko, gadamy, jest coraz milej, rozmowa się klei, się gorąco robi, buzuje. Nagle zaczyna mi dzwonić telefon. Noż kurde bela, jasny gwint, ciemna śrubka. Odbieram: "Cześć. Gdzie jesteś. Czekam na ciebie już godzinę. Blablabla".
Ja w szoku i myślę "łot da fak, kto to i na co czeka i gdzie". Po drugim telefonie - drogą dedukcji i innych dziwnych rzeczy ustaliłem, że wlazłem do innego pokoju, do laski, która też się umówiła na randkę, ale później i nie ze mną. Udało mi się wyjść zanim przyszła jej randka i dotarłem ze sporym spóźnieniem na moją właściwą randkę.
Teraz tak sobie myślę: jakim cudem nie zauważyłem, że dziewczyna, z którą siedziałem w pokoju to nie ta spod bankomatu? Na co ja zwróciłem uwagę, bo chyba nie na twarz.
Dodaj anonimowe wyznanie