#9WNVM

Życie zaczęło wymykać mi się z rąk. Na wielu płaszczyznach odnosiłam jedynie porażki, każdą kolejną tylko dokładając sobie zgryzoty. Fakt, że miałam już sporo ponad 30 lat jedynie wzbudzał jeszcze większą gorycz - przecież w tym wieku miałam mieć już wszystko ułożone: praca, dom, rodzina.
Ostatnią pracę straciłam przez własne roztrzepanie, najbliższa mi osoba zmarła, w rodzinie narastały konflikty, a ja czułam, że jeszcze trochę i znajdę się na krawędzi, robiąc coś, od czego nie będzie odwrotu. Byłam sobą rozczarowana. Tym, kim się stałam, co miałam, jak bardzo ciągle wszystkich zawodziłam. Nie miałam już na kogo liczyć, a i na mnie, ze smutkiem przyznaję, też liczyć było trudno.

Wpadłam w błędne koło.

Około rok temu coś się zmieniło.
W moim życiu pojawiła się kobieta - moja rówieśniczka. Zawsze uśmiechnięta, zdeterminowana, pozytywna, kreatywna. Wiedziała co doradzić, jak podejść do jakiegoś problemu na chłodno. Była tym, kim ja zawsze chciałam być, ale przeszłość i własne ułomności skrzywiła mnie do tego stopnia, że nie byłam w stanie. Dzięki niej zaczęłam wychodzić na prostą. Relacje z rodziną, znajomymi, szkołą, praca... Zapisałam się też do psychoterapeuty, zaczęłam dbać o zdrowie.

Szkoda, że moja przyjaciółka jest tylko wytworem wyobraźni.

PS: Nie, terapeuta o niej nie wie.
PPS: Wiem, że na "wymyślonych przyjaciół" jestem za stara. Ale jeśli coś jest głupie, ale działa...

#Acj8L

Czuję się niewidzialna i niedoceniana. Jestem już dorosłą kobietą, po studiach, z dobrą pracą, jednak czuję się często pomijana i po prostu głupia.

Mam męża, kochanego faceta i do tego bardzo mądrego. Po doktoracie z fizyki, z wielkimi grantami i projektami oraz sporym dorobkiem naukowym.

Z pozoru to żaden problem, dogadujemy się wspaniale, ale przy nim już mnie nikt nie dostrzega. Wszyscy pytają się mojego Marcina o opinie, nawet jeśli dotyczy ona pielęgnacji kwiatów (a na tym się znam). Gdy planujemy wakacje wszyscy mówią, że jak to dobrze, że możemy jeździć, skoro Marcin zna języki. Ja też znam, ale nikt o tym nie pamięta. Tego typu teksty są na porządku dziennym. Nie wiem dlaczego, ale wszyscy wychodzą z założenia, że mój mąż to alfa i omega, a ja w porównaniu z nim to niedorozwój. Sam Marcin się nie wywyższa i nie pokazuje jaką ma wiedzę, można z nim pogadać o wszystkim.

Zanim go poznałam, to inni nie traktowali mnie w ten sposób. Teraz czuję się niewidzialna i po prostu głupia. Nawet nasi znajomi tylko jego pytają o opinię albo zapominają, że ja też coś potrafię. Kolega kiedyś z tłumaczeniem z języka włoskiego na polski przyszedł właśnie do Marcina, a nie do mnie, choć sama uczyłam tego języka swojego męża.

Jest mi po prostu po ludzku przykro, że przy swoim mężu nic nie znaczę. Jakbym była tylko ozdobą, jakąś rzeczą, którą wiecznie nosi przy sobie. Źle mi z tym.

#HTM7v

Od jakiegoś czasu nie potrafię się cieszyć życiem. Po prostu nic mnie nie uszczęśliwia. Jak już jest coś, z czego powinnam się cieszyć, to udaję, bo nie potrafię szczerze tego zrobić. Każdy w życiu miał doła chyba, ale ja takiego doła mam już od kilku miesięcy.

Jak się zdenerwuję nawet najmniejszą błahostką, to beczę. Nie umiem panować nad nerwami. Zestresuję się, zdenerwuję się naprawdę najdrobniejszą rzeczą i łzy mi lecą i nie potrafię nad tym zapanować. Niby nic się nie wydarzyło takiego w moim życiu, ale czuję się osamotniona. Dodam, że niedawno skończyłam 18 lat i mieszkam z rodzicami. Z moim tatą w ogóle nie rozmawiam, a jak chcę z mamą, to mnie nie słucha, bo wiecznie wpatrzona w telefon, a jak już coś słucha, to nie interesuje jej to. Uważa, że przesadzam. Z moimi braćmi tak samo nie da się pogadać. Mam niby jedną taką prawdziwą przyjaciółkę, chociaż czy taką prawdziwą, to nie wiem. Gdy jej coś się dzieje w życiu, to ja zawsze wysłucham, doradzę, a gdy ja chcę jej opowiedzieć, to jej reakcja jest taka: "aha, lol, xD" lub ewentualnie napisze współczuję, a za chwile zmienia temat tak jakby ją to nie obchodziło. Nie czuję w ogóle nigdy od niej wsparcia i tak naprawdę nie mam nikogo, komu mogłabym się wyżalić, wygadać lub dostać radę jakąś.

Mam pełno znajomych, rodzinę, ale nie są to osoby, z którymi mogłabym pogadać tak poważnie o takich rzeczach. Naprawdę jest mi cholernie przykro. Od razu piszę, że nie jestem chora psychicznie i nie bierzcie mnie za taką. Nie myślałam nigdy w taki sposób, żeby skończyć swój żywot, ale niekiedy mam takie myśli, że jakbym zachorowała na coś, to bym się nawet nie przejęła tym. Jest mi wszystko jedno, mogłabym jutro umrzeć. Nie wiem, może jest to wszystko spowodowane tym, że dorastam i nie wiem co ze sobą zrobić. Zostało mi 2 lata szkoły, teraz przez wakacje pracuję, bo nie chcę myśleć o niczym, tylko się skupić na czymś, chociaż codziennie rano gdy wstaję to beczeć mi się chce, bo nie chcę tam być, ale w domu też nie chcę. Nie wiem jak się potoczy moje życie po skończeniu szkoły. Jedna znajoma mi kiedyś powiedziała, bo widziała, że byłam przygnębiona, że brakuje mi faceta i miłości. Być może, ale nie szukam na siłę.

Chyba tylko tutaj mogłam z siebie wszystko wydusić, bo nikt w życiu na żywo nie chce mnie wysłuchać lub mówi, że przesadzam. Pisząc to niektórymi momentami same łzy mi leciały z oczu. Bardzo bym chciałabym znaleźć kochającego faceta, skończyć szkołę, wyprowadzić się i znaleźć pracę, którą będę lubić i oczywiście przede wszystkim być szczęśliwa. A na ten moment nie mam pojęcia co ze sobą zrobić, nie wiem co mi jest. Może jakieś rady? Może też tak mieliście w moim wieku, bo na pewno jest tu dużo osób starszych ode mnie. Z chęcią przeczytam komentarze.

#HNsc2

Lata 80. W tym czasie w moim regionie otworzono nowy szpital. Pech chciał, że kilka dni po otwarciu moja mama i tata musieli się wybrać do lekarza, gdyż ojcu wpadł do oka opiłek. 

Kiedy zjawili się na miejscu bez problemu znaleźli oddział okulistyczny. Przed wejściem zauważyli kosz, w którym znajdowało się pełno niebieskich i zielonych kuleczek. Mama rozpakowała jedną kuleczkę i stwierdziła, że wie do czego to służy. Była bowiem kilka razy u fryzjera i zakładał jej on podobne "coś" na głowę. 

Z racji tego że ochronki pakowane są podwójnie, mama podzieliła się z tatą swoją zdobyczą. Nie myśląc za wiele, tata przyznał mamie rację i obydwoje założyli ochronki na swoje głowy. I tak pewnym krokiem, dumni że rozwiązali zagadkę życia, zmierzali przez cały oddział mijając obsługę szpitala. 

Zanim wkroczyli do gabinetu doktora w drzwiach minęli się z innym pacjentem, który ochronki miał założone prawidłowo - na butach. Szybko zdjęli je z głowy i założyli na nogi. Na całym oddziale przynajmniej lekarz nie widział tej żenującej sytuacji.

Mama i tata - moi mistrzowie :)

#DhXBy

Odkąd pamiętam mam jakąś blokadę do mówienia komukolwiek (nawet przyjaciołom) o sobie i uzewnętrzniania tego, co przeżywam. Aktualnie mam 19 lat, poprawny kontakt z rodzicami i żyję w miarę normalnie, ale nie zawsze tak było.

W pewnym momencie doszło to do takiego stanu, że kompletnie nikt nie wiedział o moich dwóch próbach samobójczych, które odbyły się dosłownie za ścianą; kilku miesiącach samotnego ćpania i picia oraz intensywnego samookaleczania się w niewidocznych miejscach (blizny mam do teraz). W tym czasie, jak gdyby nigdy nic, chodziłam uśmiechnięta do szkoły, każdego dnia modląc się, żeby potrącił mnie samochód lub żebym się już nigdy nie obudziła.

Wiem, że powinnam iść do lekarza. Nie sądzę jednak, bym kiedykolwiek była w stanie to wszystko komukolwiek opowiedzieć, a jednak to co przeszłam już na zawsze pozostanie jakąś częścią mnie.

#QA3E3

Jakieś 25 lat temu, kiedy chodziłam do podstawówki mieliśmy super wychowawczynię w klasach 1-3. Mówiła o sobie jako o drugiej mamie, aby małe dzieci nie czuły się samotne. Miała dużo pomysłów, a oceny zawsze miały kokardki, buźki i inne ozdoby. Dbała o naszą klasę, a dodatkowo zebrania z rodzicami były małymi biesiada mi, bo mamy przynosiły sałatki, ciasta. Tak samo jak klasowe wigilie, czy inne święta.
Taka sielankowa atmosfera trwała 3 lata i na sam koniec mieliśmy wyjazd na zieloną szkołę. Wtedy wychowawczyni trochę bardziej się otworzyła. Po przyjeździe w ośrodku sprawdzała nas jakąś higienistka, która się nie cackała. Niby dziewczynki były badane osobno, a chłopcy osobno, ale nic nie przeszkadzało w tym aby ostatnia dziewczynka była badana razem z pierwszym chłopcem. Poprosiliśmy wychowawczynie o pomoc, a ta dość nieprzyjemnie uświadomiła nas, że w życiu nikt nie będzie się z nami obchodził jak z jajkiem, jesteśmy płaczliwi i w końcu ona odpocznie od nas, bo będziemy mieć nową wychowawczynię, a higienistka robi dobrze, że tak nas traktuje.

Nie jest to jakoś bardzo złe zachowanie, ale wstrząsnęło to nami, poczuliśmy się jako klasa oszukani. Tylko jeden chłopak powiedział, że on wiedział, że ona jest taka naprawdę. Chłopak stracił mamę jak był w pierwszej klasie i nie przynosił ciast i sałatek na każde zawołanie. Miał gorsze oceny, i był traktowany szorstko przez całe trzy lata, a nie tak jak reszta klasy tylko na sam koniec. Mimo młodego wieku zrozumieliśmy co to znaczy być dwulicowym i na zakończenie roku nikt nie był "dzieciaczkiem" a wychowawczyni nie była "drugą mamą". Możliwe, że zrobiła tak na koniec, aby nam nie było przykro się rozstawać, ale w takim razie dlaczego gorzej traktowała kolegę, który nie przynosił ciast?

Niesmak pozostał, a życie lubi robić psikusy. Wprowadzili gimnazja i jak szliśmy do 6 klasy kadra nauczycieli się rozdzieliła, a nasza była wychowawczyni wróciła do nas na ostatni rok podstawówki. Przywitała nas rozczulający mi słowami jak to się ucieszyła, bo znowu może być naszą wychowawczynią. Nikt jej nie uwierzył.

Uwaga. Nie żalę się jakie życie jest okrutne, ale śmieję się jakie potrafi być przewrotne. Zastanawiam się czy nauczycielce zrobiło się głupio, czy nie pamiętała tego.

#QBGqH

Niedawno wróciłam z wakacji z przyjaciółmi. Pierwsze wakacje jako osoba pełnoletnia. Jeździliśmy po kilku polach namiotowych w kilku miejscach - potem wspinaczki, kajaki, spływy, pływanie itp. Na jednym z takich miejsc poznałam fajną dziewczynę, z którą od razu złapałam super kontakt - te same zainteresowania, podobny styl życia, wiedziałam, że możemy się zaprzyjaźnić, tym bardziej, że mieszkała jakieś 70 km od mojego miejsca zamieszkania. Wymieniłyśmy się numerami i social media, i cały czas do siebie pisałyśmy.

Po powrocie do domu przeglądałam z mamą zdjęcia z wycieczki i opowiedziałam o nowej koleżance. Mama mi powiedziała, że jakoś znajomo wygląda, ale nie wiedziała skąd ją zna.

Przypomniała sobie następnego dnia. Nowa koleżanka była w jakiejś bazie osób zaginionych, którą przeglądała mama. Porównałyśmy zdjęcia i racja, były bardzo podobne, chociaż imię i nazwisko się nie zgadzało. Koleżanka zaginęła kilka lat temu, już jako osoba dorosła, kilka dni po swojej osiemnastce. Poinformowałam fundację, sprawę potraktowano bardzo poważnie, nawet policja tego samego dnia ze mną rozmawiała.

Niedługo potem jej zdjęcie zdjęto z "bazy", w fundacji powiedziano nam, że sprawa jest nieaktualna. Ona zlikwidowała social media, nr jest wyłączony. Strasznie to przeżyłam. Mama pojechała ze mną pod adres, który ona mi podała, ale jej współlokatorki poinformowały nas, że wyprowadziła się w pośpiechu i nie zabrała większości rzeczy.
Jest pełnoletnia. Wydawało nam się z mamą, że pomagamy, bo rodzina ją szukała, ale teraz myślę, że ona nie chciała być znaleziona. Że z jakiegoś powodu uciekła i przeze mnie musi znowu uciekać. Zniszczyłam jej życie i jest mi z tym bardzo źle. Bardzo żałuję, jeżeli to czytasz - przepraszam.

#WDjuo

Jako mały chłopak byłem wyśmiewany w podstawówce. W gimnazjum się postawiłem i to ja stałem się oprawca innych. Szczegóły są nie istotne.

Teraz dość często o tym rozmyślam. W zasadzie coraz częściej odkąd czytam anonimowe. Jest tu wiele wyznań o tym że ktoś był ofiarą lub oprawca w szkole. W komentarzach wylewane są dosłownie wiadra pomyj na tych pierwszych a tym drugim mówi się że to nie ich wina. Że taki mamy klimat.

W zasadzie to co piszecie jest równoznaczne z wkładaniem noża w ręce nożownika...

Teraz przechodzimy do anonimowej części.

Dlaczego udało mi się przejść tak diametralna przemianę z wody w ogień? Dlatego, że zrozumiałem że mówienie oprawcy, iż swoim zachowaniem krzywdzi ofiarę sprawia, że czuje się silniejszy.
Tak zwany hejt jest celowany w osoby słabsze, dziwniejsze, takie które ma to zaboleć. Jeżeli np. ja chciałem kogoś skrzywdzić to robiłem to w najokrutniejszy sposób jaki potrafiłem.

Konkluzja: aby pozbyć się oprawców i ofiar nie możemy mówić, że hejt boli ofiarę. Należy głośno powiedzieć, że hejt szerzy ktoś słaby, który w ten sposób ukrywa swoje kompleksy i słabości.

#JQG5k

Pamiętam, że kiedy byłam mała często podsłuchiwałam rozmowy rodziców. Zawsze słyszałam rożne dziwne zdania i wyrazy, o których znaczenie pytałam się mamy.

Pewnego dnia moi rodzice rozmawiali w kuchni, a ja, niczym młodociany ninja, podsłuchiwałam ich ze swojego pokoju. Gadali o problemie mojego starszego brata - były nim pryszcze. Narzekali, że chłopak nic na nie nie stosuje, ani nawet nie próbuje ich wycisnąć. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, czym są "pryszcze".

Dwa dni później, gdy znudziłam się zabawą moimi marnymi zabawkami, przypomniałam sobie o dziwnym słowie. Pobiegłam do mamy. Wyjaśniła mi, że pryszcze, to takie odstające czerwone "jakby guziki".

Wyobraźcie sobie małą dziewczynkę, która nic nie rozumiejąc mozolnie próbuje wycisnąć sobie sutki...

#g9hbI

Może mało anonimowe, ale po kilku depresyjnych wyznaniach przeczytacie coś bardziej pozytywnego.

Kilka lat temu poznałam mojego ukochanego. Wtedy byłam "starą panną", bo w końcu kobieta 30+ bez nikogo i już pogodziłam się, że zamiast faceta powinnam szukać kota. Poznałam go. Człowiek z chyba taką samą empatią, nie szukający nikogo. Człowiek, który z powodu choroby dowiedział się, kto jest prawdziwym przyjacielem. Już kilka lat wcześniej pogodził się z tym, że go nikt nie pokocha. Jednak poznał mnie, osobę, która nie widzi choroby, tylko człowieka.

Przy mnie zaczął ponownie wychodzić z łóżka, robił to pomimo bólu, który pojawia się u niego przy każdym ruchu. Prysznic czy kąpiel kończyły się prawie utratą przytomności. Pojawiła się motywacja, aby wychodzić na spacer, aby zadbać o siebie. Zamieszkaliśmy razem i zaczęliśmy starać się o dziecko. Udało się, a ja nigdy nie widziałam go tak szczęśliwego.

Jeszcze kilka lat temu myślał, że nikt go nie pokocha, a co za tym idzie, nie zostanie ojcem. Teraz widzę jaki jest szczęśliwy i pomimo bólu, jaki mu sprawia poruszanie się, codziennie jest na nogach, pomaga przy dziecku, aż zapominam jak dużo trudu go to kosztuje, a ja jestem szczęśliwa, jak widzę dwa moje skarby razem.
Dodaj anonimowe wyznanie