#iVZ7D

Pragnę podzielić się z Wami moją historią z dzieciństwa.

Siedząc akurat pod mostem z dzieciakami, rzucaliśmy piłką przez rzekę. Jeśli ktoś nie złapał, musiał szybko odzyskać zabawkę, gdyż taki item nie każdy posiadał.
Jak przyszła moja kolej na złapanie piłki, nie chwyciłam jej oczywiście, a nurt wody porwał ją w diabły. Nadchodziła godzina kryzysowa, czyli jakoś 20.00. Pora kolacji i kary, jeśli się spóźnisz. Po zachodzie słońca najlepiej było ocenić, że to już czas. Zbulwersowani znajomi pojechali na rowerach w dal, a ja uparłam się, że odzyskam zgubę!

Idąc wzdłuż rzeki, zapomniałam o moim lęku wody. Zapomniałam również o najgorszych snach, gdzie idę przez kładkę bez poręczy już zanurzoną pod czarną wodą... Nagle zrobiło się jakoś ciemniej. Przede mną pojawił się większy dopływ do rzeki, którego przeskoczenie byłoby zbyt ciężkie. Stwierdziłam, że kij z tą piłką i uciekam do domu. Przypomniał mi się nawet pozostawiony na moście rower. Odwróciłam się i zamurowało mnie. Wszędzie moczary, dopływające strumyki, które przed chwilą tak ochoczo przeskakiwałam, pnąc się do celu. Wszelkie badyle, gałęzie, wyższe ode mnie rośliny i ja na środku cholera wie czego. To był koniec żartów. Próbowałam wrócić, ale nagle ta sama trasa stała się nie do przejścia. Trampki przemokły całkowicie, upaprane błotem. Jak stałam, tak zaczęłam ryczeć. Ryyczeeeć, aż mnie ktoś usłyszy! Krzyczeć i prosić o pomoc. Nie sądziłam, że ktoś mnie usłyszy. Jeszcze o tej straszliwie późnej godzinie, to już w ogóle...

Nagle nie wiadomo skąd po drugiej stronie dopływu pojawił się mały chłopczyk. Tu nadmienię, że sama byłam w podstawówce, a on wydawał się mieć 5-7 lat. Bladziutki, chudziutki, w białej koszuli i gumiakach prawie po kolana. Praktycznie białowłosy zapytał całkowicie spokojnie, czy coś się stało. Odpowiedziałam zapłakana, że chcę wrócić do domu. Szczerze zdziwił mnie jego widok i nieco rozczarował, bo co taki chłopczyk może zrobić i co on w ogóle tu robi?! Miałam nadzieję, że zawoła rodziców, a on wychylił się w moją stronę i podał mi rękę. Nie wiem jakim cudem, ale szłam z nim przez te moczary, prowadził mnie przez jakiś las, nawet przez kładkę szłam, gdzie pod nami była woda z pływającym mchem. Wszędzie on był! Buta zgubiłam, bo ugrzązł w błocku. Najgorszy moment, gdy prowadził mnie po półce wykopu, gdzie znajdował się staw. Mogliśmy wpaść i się po prostu potopić, a byliśmy cholera wie gdzie, jak przypominam. Naprawdę dla mnie to była taka adrenalina i przerażenie, a jednocześnie tak pewnie za nim podążałam. Ciągle mnie pocieszał i mówił, że już prawie jesteśmy.

Mym oczom ukazał się półmrok i mój rower leżący na moście. Podziękowałam, nigdy więcej chłopca nie spotkałam.
Wiaderny Odpowiedz

Pewnie sie zestresowałaś i źle oceniłaś sytuację, pewnie nie byłaś wcale tak daleko jak sie wydawało, ale byłaś sama i przestraszona

QueOlka Odpowiedz

Wiedźmin

Blblblbl Odpowiedz

Rozpłynął się w leśnej gęstwinie, a jego twarz wciąż pojawia się w Twoich snach, kiedy najbardziej tego potrzebujesz...

WhiteBaran00 Odpowiedz

To nie żaden chłopczyk tylko Janek, bożątko z Krzywuchowych Moczar.

Sneha1 Odpowiedz

Dziecięcy mózg bardzo często przeinacza to, co się wydarzyło. Byłaś przestraszona, więc całkiem możliwe, że tak to zapamietalas. Z biegiem lat wspomnienia też się wypaczają. Ale to nie oznacza, że tak było. Jakbyś była nieco starsza, pewnie zupełnie inaczej byś to wszystko zapamiętała ;)

Niezywa Odpowiedz

Fajna historia, szkoda że zmyślona.

Dobrodziej

Na pewno nie było gospodarstw na około, ona miała swoja wioskę i koniec :D

zurawinka Odpowiedz

No, prawie uwierzyłam.

maIasarenka Odpowiedz

Dziwne.

nata Odpowiedz

To brzmi jak sen.

Dodaj anonimowe wyznanie