#85sP7

Pewnego dnia postanowiłam udać się do banku. Z samego rana około godziny 7:50 byłam już na miejscu. Na dworze koło drzwi stały dwie starsze panie i rozmawiały. Bank jest otwierany od 8:00, ale jak się okazało, drzwi do pomieszczenia były już otwarte, z tym że nie było jeszcze żadnego pracownika ani w kasie, ani przy dwóch biurkach w obsłudze klienta. Weszłam, w środku siedziało dwóch mężczyzn, więc zapytałam "Panowie do kasy?". Usłyszałam, że nie, że oni do obsługi klienta, więc zajęłam miejsce na krześle zaraz przy kasie i czekam.

Punkt 8:00 pani otwiera kasę, więc podchodzę i w tym momencie bo banku wkraczają te dwie starsze babcie, które stały przed drzwiami i z krzykiem do mnie "a czemu pani wpycha się w kolejkę?!". Zapytałam jaką kolejkę i dodałam, że panowie nie czekają w kolejce do kasy, bo pytałam, i jak przyszłam, to nikogo więcej tu nie było. "Jak to jaką? My tu byłyśmy pierwsze, nie widziała pani, jak stałyśmy koło drzwi?!" Poleciały jeszcze teksty o moim wychowaniu, braku szacunku do starszych itp. Nie należę do osób kłótliwych, ale te babki mnie wkurzyły. Po pierwsze, mogły powiedzieć spokojnie: "my też tu czekamy, czy pani nas może przepuścić?". A po drugie stały przed budynkiem i skąd mam wiedzieć, czy one czekają na otwarcie kasy, czy może chcą wejść do fryzjera bądź też sklepu optycznego znajdujących się na I piętrze budynku, czy po prostu stoją, bo chcą sobie poplotkować. Powiedziałam im, że jak chciały do kasy, to mogły przyjść i przed kasą poczekać, bo ja nie mam zamiaru się domyślać po co one tam stoją. Po tym postanowiłam je zignorować, zaczęłam załatwiać swoją sprawę w kasie (oczywiście w dalszym akompaniamencie obelg i komentarzy w moją stronę).

Karma, jak to z nią bywa, wróciła, i to bardzo szybko. Jedna z tych babć przyszła z kulą, którą podczas obrażania mnie energicznie wymachiwała. Pechowo dla niej uderzyła tą kulą w szklany stolik, który pękł. Babinka poczerwieniała, zapowietrzyła się, bo nagle nie wiedziała co powiedzieć. Podeszła do niej pani, która była przy biurku obsługi klienta. Nie wiem, czy ta babka poniosła jakieś konsekwencje, bo zaraz po tym wyszłam z banku.

Trzeba było, babciu, tak nie machać jęzorem i tą kulą :D

#rcfJE

To wydarzyło się 1 kwietnia 2012 roku. Wiedziałem, że mój kumpel od pewnego czasu jest zakochany w dziewczynie ze szkoły, jednak nie wiedziałem w której, ponieważ nie chciał mi powiedzieć. On też nic jej nie mówił, bo bał się odrzucenia. 

Tego dnia postanowiłem zrobić śmieszny moim zdaniem wtedy kawał. Wracając ze sklepu spotkałem Aśkę - dziewczynę z równoległej klasy (byliśmy wtedy w 2 średniej), z którą byłem na 'cześć'. Zagadałem, co u niej. Od słowa do słowa opowiedziałem jej o tym, że Paweł jest w niej zakochany, ale wstydzi się zrobić pierwszy krok i boi się, że ta go wyśmieje. Pogadaliśmy, pożegnaliśmy się. Ja w duchu się śmiałem, byłem ciekaw, co wyniknie z tej mojej chamskiej zagrywki. Spodziewałem się, że kumpel się obrazi, nawyzywa od palantów...Tymczasem wieczorem ten zadzwonił do mnie i mi podziękował. Zaskoczony początkowo nie zorientowałem się, o co chodzi. Kolega wyjaśnił mi, że Aśka napisała do niego i umówili się... Okazało się, że ona też od jakiegoś czasu była w nim zakochana.

Od tamtego dnia Paweł i Asia są razem. Kumpel wciąż myśli, że ja po prostu domyśliłem się w kim jest zakochany i postanowiłem mu pomóc, a Asia cieszy się, że wzięła sprawy w swoje ręce. Ja do tej pory nie przyznałem się, że to był tylko żarcik z mojej strony i wolę im o tym nie mówić. :)

#U9yhG

Dawno temu, gdy mieszkałem jeszcze z rodzicami, a właściwie to nie, bo byli oni na wakacjach, umówiłem się z kolegą Kamilem (imię niezmienione) na małą dewastację wątroby. Po odbyciu konsultacji telefonicznej z nim doszedłem do wniosku, że mam jeszcze 30 minut, idealnie na prysznic, żeby się odświeżyć. Szoruję się pod owym prysznicem, a tu nagle dzwonek do drzwi. Kamil miał jeszcze 20 minut, no ale widocznie się pospieszył. Przepasany ręcznikiem idę do drzwi, pod nosem przeklinając i stwierdzając, że kupię mu na urodziny zegarek, skoro nie wie co to jest pół godziny. Otwieram. Sąsiadka stoi jak słup, ja w szoku. Pani wtedy lat 51-55, szczupła, z widocznymi znamionami, że nie ma już 20 lat, ale raczej zadbana. Uważana za taką żonę, matkę oraz kurę domową godną naśladowania, i jak każda lubiła opowiadać innym kurom domowym co słychać za ścianą u sąsiadów. Jej wzrok powoli obszedł moje mokre ciało, z lekkim uśmiechem w tej dramatycznej sytuacji prosi mnie o przysługę. Chodziło o otwarcie zamka z drzwi do komórki w piwnicy. Jako że nasz blok wyjęty z PRL, to jest pewien wspólny łącznik, 95% drzwi w piwnicy można otworzyć tym samym kluczem, wiecie, takim dużym, bez żadnych rowków czy innych zabezpieczeń, a że nic specjalnie nigdy nie zginęło, to nikt z tym nic nie robił. Miałem pewne doświadczenia w takim otwieraniu, bo zdarzyło mi się podbierać ogórki, ale tylko te małosolne, potem już nie. No to mówię jej "OK, zobaczę co da się zrobić, tylko się ubiorę". Pani Teresa (imię niezmienione) z przekąsem rzuciła  "W sumie nie musisz, tak też może być". Myślę sobie - co ja jestem, jakiś striptizer dla pań po 50?

Dochodząc do sedna: drzwi otwarłem za darmo, cały blok i tak podśmiechiwał się ze mnie, że mogłem zrzucić ręcznik. Z Kamilem impreza się udała.

Czasami miałem różne myśli, jak ta historia mogła się potoczyć dalej, wiecie, fantazje z sąsiadką od ogórków w roli głównej, nawet rozważałem otwarcie małego biznesu jako striptizer dla strudzonych kur domowych w zaciszu przytulnego blokowiska, ale studia pokrzyżowały mi plany, nie wiadomo, gdzie bym teraz był i ile miał pieniędzy.

Pozdrawiam tych uśmiechniętych :)

#EhmH4

Wiem, że to nie jest miejsce na takie wyznania, ale już po prostu psychicznie nie wyrabiam i nie wiem gdzie mam to z siebie wylać.

Nienawidzę mojej matki. I nie pisze tego rozhisteryzowana 15-latka po kłótni o oceny, tylko pełnoletnia osoba, która w obecnej sytuacji (nie wnikam w czyjąś wiarę w wirusa lub nie, chodzi o utrudnienia) ze względu na dalszą naukę, stwierdzoną depresję i lęki społeczne nie jest w stanie na chwilę obecną od niej uciec. Dlaczego użyłam tak mocnego słowa? Bo jest po prostu psychiczna.

Istnieje takie powiedzenie o źdźble i belce.

Oczywiście wspominam o tym, bo idealnie obrazuje sytuację. Matka nigdy nie widzi swojej winy, nigdy nie przeprosi - u innych natomiast dostrzeże wszystko. Jakby tego było mało, non stop komentuje ludzi na ulicy. Ta ma takie krzywe nogi, ta takie grube, ten nosi spodnie jakby się zesrał.
Kurna, jak tak można i ile? Pół biedy, gdyby sama była ideałem, ale ona dosłownie leczy chamstwem kompleksy. Ma 40 kilo nadwagi, całe nogi w głębokim cellulicie, w ogóle nic koło siebie nie robi (jeśli już, raz na ruski rok) i choć sporo razy widzi się w lustrze, woli tylko siedzieć i narzekać.

Cały czas, także w razie kłótni, poniża mnie słownie. Nie ma dnia, żebym nie usłyszała jaka jestem żałosna, tępa, egoistyczna i bezczelna. Jeśli tylko bronię siebie, swojej racji, zaczynają się groźby jak "podejdę i wymaluję ci w pysk", "zaraz strzelę cię w ryj" czy wyzwiska jak "ty jebana dziwo" i "mogłam cię lać od małego" - co do ostatniego dodam, że kiedyś 2 razy dostałam od niej w twarz tak naprawdę za stwierdzenie faktów, a w moim dzieciństwie non stop strzelała fochy jak rozkapryszona i nie odzywała się do mnie cały dzień.

Jako ciekawostkę dodam, że kiedy już zacznie chlać alkohol, nie ma w tym umiaru. Zawsze robiła mi wstyd - na weselu, u znajomej, nawet gdy byłam małym zasmarkańcem. Musiałam też sprzątać po niej rzygi. Wyobrażacie sobie widok 6-latki, która nie do końca rozumie dlaczego mama leży wpółprzytomna i od czasu do czasu tylko sięga po miednicę?

Ta kobieta wychodzi z założenia, iż matkę powinno się szanować i interesować nią. Może i tak, tylko ja nie mam ku temu powodu. Na szacunek nawet rodzic musi sobie zasłużyć, bo samo wypchnięcie na świat nie świadczy o żadnym bohaterstwie.
Nie jest żadną wielmożną księżną, tylko matką, która miała obowiązek zapewnić mi prawidłowe wychowanie, zwłaszcza ze względu na brak ojca.
Coś tak jakby nie wyszło...

Raz próbowałam zdziałać cokolwiek, porozmawiać. Przyznałam, że jej zachowanie wcale nie pomaga mi wierzyć w siebie i przestać obawiać się tłumów.
Co usłyszałam?
"To twoja wina, że masz niską samoocenę i jeszcze wmawiasz sobie depresję".
Zawsze tylko moja wina. Zawsze.
Zawsze wymyślam, zawsze to ja mam przepraszać, zawsze to każda córka sąsiadki czy ciotki jest lepsza.

Jestem naprawdę bardzo zmęczona.

#1zP90

Opowiem wam o najbardziej żenującej chwili w moim życiu, której powtórki strasznie się obawiam.

Z powodu kilku różnych problemów ginekologicznych mam niezwykle obfite i bolesne miesiączki, bywało, że przez te 3-4 pierwsze dni nie byłam w stanie wyjść z domu.
Jakiś czas temu udało mi się znaleźć ginekologa, który przepisał mi tabletki hormonalne pomimo bycia dziewicą (kilku od razu wyrzucało mnie za drzwi twierdząc, że nie mają jak zbadać). Zaczęłam też pracę w maku (w największej galerii miasta mostów, jeśli kogoś to interesuje).
Niestety tabletki póki co nie pomagają, jedynie w tej kwestii, że wiem kiedy okres dostanę, stąd też poprosiłam o wolne 4 dni, kiedy podawaliśmy naszą dyspozycyjność na lipiec.

Jak nietrudno się domyślić, okres przyszedł dzień za wcześnie - kierowniczka nie pozwoliła mi nawet pójść do toalety (pójdziesz, jak kolejka się skończy!), ostentacyjnie też, po moim kolejnym błaganiu, schowała klucz do szatni do swojej kieszeni. Darła się przy tym, że mam wracać na kasę "rozbijać kolejkę", że zwolni mnie dyscyplinarnie i że przeze mnie dziś do końca dnia żadnego pracownika nie puści do szatni albo wyrzuci klucz i będziemy musieli błagać o drugi ochroniarza.

Stałam tak przez dwie godziny, czując jak krew przecieka mi przez spodnie (klienci tego nie widzieli, bo kontuar sięga mi ponad pas), z narastającym bólem brzucha. W końcu nie wytrzymałam, uciekłam z płaczem na zaplecze, a zaraz potem zwymiotowałam (tego klienci również nie widzieli), mogli ewentualnie słyszeć: "Gdzie ty k#rwa lecisz?!".
Łaskawie dała mi wtedy klucz i kazała iść się ogarnąć, ale wracać jak najszybciej. Na szczęście miałam pół godziny do końca zmiany i jakoś wytrzymałam.
Na koniec dnia usłyszałam, że symulowałam, bo mi się pracować nie chce i oni nie powinni mi zapłacić za czas spędzony w kiblu i że jeszcze wrócimy do tego tematu, "bo ona nie pozwoli mi oszukiwać i narażać dobra firmy".

Kiedy wróciłam po tych kilku dniach, cały czas nazywała mnie "zarzyganą księżniczką", znowu przez 9-10 godzin (oprócz pół godziny przerwy) nie pozwalała korzystać z toalety i ciągle rzucała teksty w stylu: "oo, coś ci tu przecieka". Po tygodniu to ustało, bo zajęła się dręczeniem koleżanki, która śmiała złożyć wypowiedzenie (ale jeszcze 2 tygodnie męczyć się musi).

Szukam nowej pracy, ale przez covid i brak doświadczenia nie jest to proste, w dodatku od października zaczynam studia. Boję się, tak strasznie się boję, że ta sytuacja się powtórzy w tym miesiącu....

#lk83c

Byłem z kolegami na nocnych wojażach, polecieliśmy trochę. Postanowiłem wrócić do domu, bo byłem już zmęczony.

Mieszkam na typowym polskim blokowisku. Wchodziłem już do mieszkania, oczywiście po cichu, gdy zaczął szczekać na mnie mój pies. Nie chciałem, by obudził rodziców, więc pomyślałem, że dam mu pieniądze i przestanie. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Rzuciłem mu szybko 20 zł, ale dalej szczekał.

Dopiero po chwili uzmysłowiłem sobie, co ja właśnie zrobiłem.

#rRrmM

Dwa lata temu do naszego mieszkania wprowadził się nowy domownik – Lucjusz. To przeuroczy młody psiak, którego wzięliśmy ze schroniska. Zwierzak szybko ze wszystkimi się zaprzyjaźnił i bardzo go polubiliśmy. Niestety, jak to często bywa w przypadku czworonogów wziętych z psich przytułków, Lucjusz miał pewne nawyki, których długo nie mogliśmy go oduczyć. Jednym z nich było to, że skubaniec żarł dosłownie wszystko i trzeba było dbać o to, aby nic nie leżało w zasięgu jego pyska.

Jakoś chwilę przed świętami Bożego Narodzenia moja młodsza siostra przyniosła do domu zrobioną na plastyce szopkę z ulepionymi z gliny i utrwalonymi w piecu figurkami Matki Boskiej, Józefa, pastuszków, zwierzątek, trzech króli itd. Lucjusz, korzystając z okazji, że nikt nie patrzył, wziął i spałaszował małego Jezuska…

W domu panika, młoda płacze, ojciec desperacko szuka w Internecie informacji na temat wpływu gliny na układ trawienny psów… Tylko matka wykazała pełne opanowanie. Czym prędzej załadowała mnie razem z Luckiem do samochodu i pognaliśmy do weterynarza. Ten okazał się starszym panem o bardzo stoickiej minie. Prześwietlił nieco skołowanego pacjenta, a następnie wrócił ze zdjęciem do gabinetu, w którym czekaliśmy. Przez dłuższą chwilę analizował fotografię, a następnie z absolutnym spokojem rzekł: „Drogie panie. Psu nie zagraża żadne niebezpieczeństwo. Jeśli zaś chodzi o Jezusa, to powinien, jak to ma w zwyczaju, wrócić do nas za jakieś trzy dni...”.

#aVCwj

Dla osób z mocnymi żołądkami, bo będzie obleśnie.

Jakiś czas temu dołączyłem do grupy na Discordzie i był dział (pokój), gdzie wysyłano sobie rzeczy NSFW (Not Safe For Work). Ciekawość wzięła górę i wszedłem tam.
Zobaczyłem wiele obleśnych rzeczy, nie wiem skąd takie coś biorą, ale nie mają za grosz wstydu i pewnie czują się wyjątkowo anonimowi.
Trafiłem na kilka fotografii złamań otwartych, płodów po aborcji - takie jakie pokazuje Fundacja Pro...- ale gdy dotarłem do filmiku, w którym zabito (tak przypuszczam) zwierzę, to mój żołądek nie wytrzymał i zwymiotowałem...

Filmik przedstawiał Azjatkę, która założyła na głowę węża dwie prezerwatywy i wkładała go sobie... Wiecie gdzie... Po wszystkim wyciągnęła go, a on już się nie ruszył, ani razu. W mojej głowie zaczęła się wizualizacja tego co mógł czuć ten wąż tracąc zdolność oddychania, dusząc się i umierając. I to jeszcze pełniąc rolę erotycznej zabawki.
Bardzo się przejmuję losem zwierząt, chyba bardziej niż ludzi, stąd moje ciało zareagowało tak. Moja mam weszła do pokoju, w porę wyłączyłem Discorda, i tak siedziałem próbując nie wdepnąć we własne wymiociny. Szybko poszedłem się wykąpać, zmienić ubrania, a mama w tym momencie myła mi panele.

Co siedzi w głowach ludzi, że robią takie rzeczy? Mam tylko nadzieję, że ona za to siedzi.

PS. Węże nie oddychają całym ciałem, wdychają tlen do płuc, tak jak my.

#jxCIs

Chyba złapałem covida. Stan podgorączkowy, ból gardła, biegunka, bóle mięśni, w nocy pocę się jakbym siedział w saunie, lekkie objawy ze strony układu oddechowego typu świszczenie - praktycznie od tygodnia mam te objawy. Impreza w tzw. beach barze. Mnóstwo ludzi, kupa śmiechu, nowi znajomi, morze alkoholu. Zabawa jak cholera. Zero przestrzegania zasad.
Co w tym anonimowego? Nikt o tym nie wie i nikt się nie dowie.

Patrząc na sposób, w jaki działają nasze służby sanitarne, policja, służba zdrowia - nie ma szans, bym powiedział o tym komukolwiek. Nie chcę utknąć w domu na 2-3 miesiące, bo SANEPID nie ogarnia testów. Para znajomych została tak załatwiona - od miesiąca nie mają objawów, od dwóch siedzą w mieszkaniu, ale nadal nikt nie pokwapił się, by zrobić im testy wtórne. Wiem, jak to samolubnie wygląda z mojej strony, ale...

Wziąłem w pracy tzw. home office - pracę zdalną do końca miesiąca. Anulowałem wszystkie plany urlopowe ("szefie, wezmę urlop kiedy indziej, jak będzie można już gdzieś wyjechać"), wszystkie spotkania ze znajomymi, wizytę u ortodonty i wcześniej umówione wizyty u lekarza. Zakupy mam zrobione na jakieś 2-3 tygodnie, choruję mniej więcej od półtora tygodnia (wg moich wyliczeń wtedy mniej więcej doszło do zakażenia), więc po tym czasie nie będę już zakażał i spokojnie wrócę do pracy. W międzyczasie byłem 2 razy w sklepie - nie skojarzyłem jeszcze objawów - zawsze w maseczce. Ryzyko, że kogoś zakaziłem jest znikome.

Objawy nie są najgorsze, leczenie objawowe - zwykły środek na gorączkę i bóle mięśni, coś na gardło plus elektrolity, żeby się nie odwodnić. Według publikacji naukowych, najbardziej nasilone objawy mam już za sobą - co zresztą sam zauważyłem. Jest coraz lepiej.

Nie ignorujcie proszę nakazów odnośnie zachowania odległości czy noszenia maseczek.
Mnie się poszczęściło - wyjdę z tego, ale nie każdy może mieć takie pieprzone szczęście.
Dodaj anonimowe wyznanie