Większy budynek biurowy, 5 firm w sumie. Wychodzę z biura na spotkanie, trochę na ostatnią chwilę, więc i tempo było szybsze. Po schodach z drugiego piętra. Zwinna ja i biedna pani z kafeterii, która miała wózek pełen filiżanek, termosów z kawą i małymi miseczkami z cukrem, śmietanką itp. dla jakiejś konferencji. Właśnie wyszła z windy, więc wózek odepchnęła trochę na bok, żeby wyciągnąć jeszcze coś z windy, i właśnie do tego nieszczęsnego wózka wracała.
No cóż, wózek i pani stali na mojej drodze, a moje ciało już rozpędzone nie zdążyło zareagować na sygnał od mózgu i nie dało rady wyhamować. Wpadłam na to wszystko tak nieszczęśliwie, że zepchnęłam ten durny wózek ze schodów. Trzask taki, że cały budynek to słyszał... Na półpiętrze barierka była szklana. Też się roztrzaskała. Ani pani, ani ja na szczęście nie spadłyśmy z tym wózkiem. I na nikogo nic nie spadło. Ale wszędzie szkło, cukier, śmietanka i kawa. Termosy nie wytrzymały.
Ja cała w szoku, sto razy chyba przepraszałam i pytałam panią, czy aby nic jej się nie stało. Na szczęście nie. Ludzie się zbiegają i pytają co się stało. Ja, czerwona jak burak, próbowałam się jakoś wytłumaczyć. Pani widziała jak mi głupio i powiedziała, żebym zjechała windą, bo przecież nie przejdę po tym szkle. Ona to ogarnie. Cała chora ze wstydu marzyłam, żeby zapaść się pod ziemię.
Wróciłam ze spotkania, schody sprzątnięte, brakująca barierka oznaczona taśmami. A ja z wielkim koszykiem ze smakołykami i kwiatkiem dla pani z kafeterii w ramach przeprosin i podziękowań za jej pomoc. Wchodzę do biura i wszyscy w śmiech (już wiedzieli, że nikomu nic się nie stało).
Jutro mają postawić nową barierkę. Każdy w budynku już wie kim jestem. I mam już nominację do gafy roku...
Parę lat temu pod wpływem jakiegoś filmu postanowiłem nauczyć się alfabetu Morse’a. Zabrałem się za to z charakterystycznym dla siebie entuzjazmem, tzn. po jednym wieczorze nauki mi się odechciało.
W tamtym czasie do pracy dla oszczędności jeździłem zwykle z kolegą, który mieszkał w bloku obok. Jeździliśmy na przemian, raz jego samochodem, raz moim. Parę dni później gdy akurat ja kierowałem i staliśmy w korku przed światłami, przypomniałem sobie o tym kodzie i wyobrażając sobie, że jestem kapitanem zaginionego w akcji okrętu podwodnego, zacząłem wciskając hamulec nadawać sygnał … _ _ _ …, czyli SOS.
Po chwili wskoczyło zielone światło i ruszyliśmy. Przejechałem sto metrów i nagle wyprzedził mnie radiowóz z włączonymi sygnałami świetlnymi i dał mi znać, abym zjechał. Musieli stać gdzieś z tyłu za mną. Podszedł do mnie policjant i kazał mi wyjść samochodu, po czym powiedział, że zauważył mój sygnał i czy potrzebuję pomocy. Wstyd jak diabli, jak się tłumaczyłem, to czułem się jak idiota. Z drugiej strony jestem pod wrażeniem, że w ogóle zwrócił na coś takiego uwagę.
Ogranicza mnie mój okres.
Zawsze zazdrościłam koleżankom, które podczas okresu w te pierwsze najgorsze dni mogły swobodnie iść na imprezę czy na siłownię w ogóle nie odczuwając tego, że mają okres.
Ja niestety należę do tej grupy kobiet, które łatwo w tym temacie nie mają. Ograniczenia to nie tylko wyżej wspomniane formy rozrywki, ale również moja praca. Pracuję na produkcji. Jest to praca wymagająca wysiłku, nie ma lekko, ale ja to lubię. Jestem osobą aktywną, lubię gdy coś się dzieje, nie lubię monotonii, pracujemy w fajnym zespole i ta praca mi odpowiada.
Niestety raz w miesiącu mój dzień w pracy zamienia się w koszmar. Do WC muszę chodzić co godzinę, bo leje się ze mnie jak z Niagary, przez co współpracownicy i szefostwo krzywo się na mnie patrzą - bo ktoś musi mnie zastąpić na moim stanowisku pracy. Muszę słuchać komentarzy "znowu? przed chwilą byłaś" albo "sraczkę masz, że tak biegasz do WC?". Do tego bolący cholernie brzuch, plecy, o strachu, żeby nie zabrudzić spodni nie wspomnę.
Jeśli spytacie, czemu nie wezmę wolnego, od razu odpowiadam. Nie mogę wziąć z góry wolnego na jutro czy na pojutrze, bo okres mam nieregularne i nie wiem kiedy ten krytyczny dzień nadejdzie. Jeśli jestem już w pracy i dostanę okresu w trakcie, to kierownictwo krzywo patrzy na takie argumenty "dostałam okres, źle się czuję, czy mogę wyjść". Cykle mam dosyć krótkie, więc czasami dwa razy w miesiącu muszę iść i prosić o zwolnienie do domu i głupio mi, bo muszę iść, tłumaczyć się, a pani kierownik patrzy z miną "znowu ty?". Muszę słuchać komentarzy, że tu każda kobieta ma okres, a problem mam tylko ja.
Oczywiście byłam u lekarza, nawet u kilku. Badania OK, wszystko OK, taka moja uroda lub "może jak pani urodzi dziecko, to wszystko się zmieni".
Myślałam też o zmianie pracy, ale przecież wszędzie, czy tu na produkcji, czy gdzieś za biurkiem będzie bolał mnie brzuch i będzie mnie zalewać. Chcę pracować, zawsze daję z siebie 100% i kierownictwo wie, że mimo że zawalę ten jeden dzień, to nadrobię za dwa dni z nawiązką.
Przykro mi, że bycie kobietą tak mnie ogranicza. Przykro mi również, że inne koleżanki mając okres nie rozumieją, jak duży może to być problem - wiadomo, facet nie zrozumie, ale kobieta? Trochę empatii, wsparcia.
Ja nie jestem leniem, który chce żyć za zasiłki od państwa. Chcę pracować uczciwie, a mimo to muszę słuchać tych przemiłych komentarzy "masz sraczkę, że tak latasz?" - ostatnio od kolegi. Tak się niestety składa, że gdy brzuch boli najbardziej, to jedno wiąże się z drugim i ze sraczką też walczę.
Może odbierzecie to jako gorzkie żale, ale chciałam to z siebie wyrzucić.
Moi koledzy wpadli na pomysł. Jeden z nich wsiadł do autobusu i do kasownika biletów powiedział, że prosi duże frytki, colę i hamburgera. Ludzie popatrzyli na niego jak na chorego psychicznie. Na następnym przystanku wsiadł drugi kolega dając mu "zamówiony" kasownikiem zestaw, wziął pieniądze i wysiadł. Ludzie zbierali szczęki z podłogi!
Kiedyś, gdy chodziłam jeszcze w gimnazjum, ustawiłam sobie hasło na laptopie. Było to "ch*j-dupa-pi*da". Tak, wiem, to dość głupie jak na 16-letnią dziewczynę, ale stwierdziłam, że nikt go w życiu nie zgadnie, a ja łatwo zapamiętam i będę cieszyła się tak bardzo potrzebną mi w tym czasie prywatnością.
Laptop był już po różnego rodzaju wypadkach, więc trochę szwankowały mu głośniki. Powtarzałam mamie, że może kupimy nowego laptopa, albo chociaż dokupię do niego głośniki. Któregoś dnia gdy wychodziłam ze szkoły zadzwoniła do mnie mama, że jest w serwisie komputerowym z moim laptopem i że pan naprawi mi głośniki. Wtedy stało się najgorsze..."Córcia, podaj mi tylko hasło do laptopa, pan sprawdzi, czy to nie wina systemu". Spanikowałam, nie wiedziałam co mam powiedzieć. Wpadłam więc na pomysł, żeby dała mi do telefonu tego serwisanta.
- Dzień dobry, jakie ma pani hasło?
- Błagam, proszę nic nie mówić mamie, a moje hasło to ch*uj-d*pa-pi*da.
- ...
Słyszałam jego śmiech jeszcze przez długi czas. Ale głośniki naprawił :)
Pewnego dnia jak co tydzień wybrałem się wraz z rodziną na rynek do pobliskiego miasteczka. Rynek jak to rynek - sprzedawać może każdy, wystarczy, że stanie i ma co sprzedawać, więc kupić można wszystko, począwszy od ziemniaków, na winylowych płytach Bayer Fulla skończywszy. Przechodząc tak między stoiskami z żywymi kurami czy kapciami w kolorach tęczy, znudzony przystanąłem na chwilę, aby zaczekać na resztę rodziny robiącej drobne zakupy gdzieś z tyłu. Gdzieś z boku, trochę w przejściu przy płocie, zauważyłem starszego, schorowanego mężczyznę. Ręce oparte na lasce, trzęsące się ze starości, ubrany był jak na daną pogodę dość grubo, oczy przymknięte, po prostu przysypiał. Rozejrzałem się, a obok niego leżały miotełki zrobione z gałązek brzozy, stara pognieciona butelka z wodą i portfelik, który swoje lata świetności miał już dawno za sobą.
Mam 19 lat i może to ze mną coś jest nie tak, ale moim zdaniem starsza osoba, która całe życie zapewne ciężko pracowała, co było widać po zniszczonych dłoniach, powinna na koniec swojego życia móc spokojnie odpoczywać. A nie starać się chociaż parę groszy zarobić, żeby przeżyć.
Zakupiłem od niego miotłę za 7 złotych, choć tak mogłem mu pomóc, gdy obok zatrzymali się przechodzący obok znajomi z tej miejscowości pytając z rozbawieniem "Po co ci ta miotła?", umiałem odpowiedzieć tylko "Po nic, zupełnie mi niepotrzebna".
Jednocześnie kocham i nienawidzę swojej mamy. Z jednej strony zawsze pomoże, wesprze dobrym słowem, cieszy się na widok mój i mojego męża, a z drugiej obgaduje nas po całej rodzinie.
Nie zdawałam sobie sprawy z plotek jakie szerzy na nasz temat, bo mieszkamy 80 km od siebie i widujemy się raz na dwa tygodnie. Ostatnio jednak chciałam się skontaktować z ciotką i poprosiłam mamę o jej telefon. Ciocia nie odbierała, więc chciałam jej napisać SMS-a z moim numerem, by do mnie oddzwoniła. To, co zobaczyłam w SMS-ach mamy sprawiło, że włosy stanęły mi dęba. Moja matka opowiadała o tym, że nie mogę zajść w ciążę, obwiniając mnie o "wypaczenie", nazywała nas "mieszczuchami" albo mnie "idiotką, co potrafi tylko za biurkiem siedzieć", a mojego męża "imbecylem, co nawet na prokuraturę się nie dostał" (jest radcą prawnym). Wiem, że nie powinnam, ale przejrzałam inne jej wiadomości i wszędzie pisała o nas podobnie, o ile nie gorzej. Łzy stanęły mi w oczach i nie wiedziałam co zrobić.
Mąż od razu zobaczył, że coś jest nie tak i zaczął wypytywać, a ja głupia powiedziałam mu wszystko. Było widać, że jest w szoku, ale postanowiliśmy skonfrontować mamę na gorąco, żeby nie była w stanie znaleźć żadnej wymówki.
Mama stwierdziła, że to tylko żarty i ona nie widzi w tym nic złego. Tata się nie odezwał, ale widać było, że jest zażenowany całą sytuacją. Ostatecznie matka się obraziła, zaczęła płakać i zamknęła się w pokoju, a my spakowaliśmy manatki i pojechaliśmy do siebie.
Od całej sprawy minął miesiąc i żadna z nas się nie odezwała. Nie chcę stracić mamy w taki sposób, kocham ją i nie chcę skreślać za jeden incydent, ale nie wyobrażam sobie, żebym to ja miała wyciągnąć rękę na zgodę.
Ogólnie nie jestem konfliktową osobą, ale pewnie czasem zdarzyło mi się być wobec kogoś nietaktownym. Nie, nie jestem arogancką pipą, tylko nawet jak ktoś nie szuka problemu, to i tak go znajdzie.
Ogólnie ostatnie 4 lata mi się nie wiodło, ba, bardzo to z mężem odczuliśmy, ciągle coś nie tak, ciągle jakiś ktoś problem nam robił, urzędowo czy życiowo. Dochodziły mnie głosy o różnych osobach, które mają jakiś żal do mnie. Najśmieszniejsze, że to ja powinnam mieć problem do nich i być urażona.
Pomyślałam, że to mnie wykańcza. I zaczęłam sprzątać wokół siebie "karmicznie". Wiem, głupio brzmi, ale staram się przepraszać za krzywdy i dawać dobro.
Kolega podkochiwał się we mnie, zanim zaczęłam być z moim mężem, ale ja nie wiedziałam o tym, dowiedziałam się po ślubie od wspólnej znajomej. Kolegę znam od piaskownicy, miał tyle okazji i nic... Przeprosiłam go za to, że nieświadomie go skrzywdziłam.
Urodziłam dziecko, wprowadziliśmy się za granicę. Koleżanka z Polski jakiś żal zaczęła mieć, mimo że widywałyśmy się raz na rok. Przeprosiłam i skomentowałam, że każdemu czasem drogi życiowe się rozchodzą, ale mamy kontakt.
Poprosiłam bliską koleżankę o zostanie chrzestną dziecka. Odmówiła, nie powiedziała dlaczego. Dowiedziałam się, że straciła dziecko w II trymestrze. Przeprosiłam za to pytanie.
I jest wiele innych sytuacji, za które przeprosiłam.
I chyba działa... Nagle w pandemii mąż otrzymał dobrze płatną posadę. Ja dostałam pieniądze na edukację od rządu. Nagle znajdują się ludzie, którzy czasem małą rzeczą dużo nam pomogą np. (załatwienie jakiejś sprawy z menadżerem budynku itp.).
Dosłownie cud... Prawdziwy cud, to działa.
Ze względu na pracę bardzo dużo jeżdżę samochodem. Zatrzymałem się kiedyś, aby kupić coś do picia w małym samoobsługowym sklepie niedaleko Radomia. Stałem przy kasie, gdy podeszła kobieta ok. 40 lat i powiedziała ściszonym głosem do sprzedawcy: "Przepraszam, widzi pan tamtą staruszkę z dzieckiem? Proszę, oto 100 zł i jak ta staruszka przyjdzie do kasy, proszę jej powiedzieć, że w ramach specjalnej promocji może zrobić zakupy o wartości 100 zł zupełnie za darmo, w porządku?". Kasjer zdziwiony odparł "No dobrze, ale czemu tak, czy to pani znajoma?".
Kobieta wyjaśniła, że przechodząc obok usłyszała, jak dziewczynka poprosiła tę babcię o czekoladę. A staruszka odparła, że czekoladę jej będzie mogła kupić dopiero za 3 dni, jak dostanie emeryturę, bo teraz ma tylko na chleb, mleko i masło...
Byłem pełen podziwu i postanowiłem sobie, że kiedyś też tak zrobię. Ale chyba nie mam w sobie żyłki filantropa, bo niestety nigdy nie spełniłem tego postanowienia...
Ostatnio czytałem wpis o dziewczynie, która przestała o siebie dbać, przez co facet ją zostawił.
Nie wiem co to za trend i filozofia życia, ale spotkało mnie coś podobnego. Kiedy się poznaliśmy, była już lekko plus size, ale miała piękne wcięcie i była niesamowicie kobieca. Imponowało mi bardzo jej podejście do życia, niezależność i to że tak twardo stąpała po ziemi. Burza loków, które uwielbiałem wąchać, gdyż zawsze tak ładnie pachniały. Uniesieniom nie było końca, nie mogliśmy się od siebie odkleić. Po kilku miesiącach miałem przekonanie, że to ta jedyna i chcę z nią być na zawsze.
Wprowadziła się do mnie, a wtedy się zaczęło. Włosy w kucyk, mycie raz na kilka dni. Obowiązkowym terminem mycia włosów i generalnie spędzania czasu w łazience poza dwójką było wyjście z koleżankami. Wówczas wracał full make up. Przy mnie były dresy, pizza i całościowo lenistwo. Tona śmieci, resztek w kuchni. Na moją prośbę coby posprzątała śmiała mi się w twarz, mówiąc, że to moje mieszkanie i ona sprzątać nie będzie. Kiedy zaś wpadały koleżanki na babski wieczór, to było już nasze mieszkanie.
Waga rosła w oczach. W pół roku jakieś 15 kg. Kiedy doszło po długim czasie do seksu, miałem kłopot by wytrzymać na dole, było mi ciężko. Seks prawie kompletnie zniknął w związku po tamtym, nie mam ochoty nawet jej dawać buziaka.
Próbowałem rozmawiać, delikatnie zasugerować, może by na siłownię ze mną poszła, może wyjść choć na spacer. Może do drogerii się wybierzemy na zakupy. Na wszystko reaguje jednym zdaniem: przyszedł czas w związku, by przestać udawać i być sobą. Trochę luzu i przestrzeni.
Wniosek z tego prosty - kiedy się poznaliśmy, udawała kogoś innego. Zamieszkaliśmy razem, totalnie inna osoba. I wiecie co? Nie mam ochoty już niczego ratować... Poznałem kogoś zupełnie innego i teraz czuję się oszukany. Nie jestem już z kobietą, która dawała mi wiatr w żagle i motywowała na każdym kroku. Jestem ze zwykłym leniem, który ma problem nawet z wyrzuceniem pudełka po swojej ukochanej pizzy kebab.
Dodaj anonimowe wyznanie