Stary zegar powoli wybijał trzynastą, gdy moja - całkiem zwyczajna - rodzinka zasiadała do stołu. Wokoło rozchodził się zapach, który sprawiał, że nawet największemu niejadkowi zaczynało burczeć w brzuchu, a na blacie nieśpiesznie pojawiały się specjały odpowiedzialne za ten aromat. Innymi słowy: typowy, niedzielny obiad.
Za akompaniament do przeżuwania schabowego wybrany został temat szeroko pojętej historii. Ojciec, głowa rodu, wraz ze swym dwudziestoletnim następcą tronu - mną znaczy się - rozwodzili się nad losem pierwszych Piastów, związaną z nimi polityką historyczną za czasów PRL-u, nagle wtrącona została też kwestia Kodeksu Hammurabiego, a następnie dyskusja żywo potoczyła się w kierunku dziejów Imperium Rzymskiego za ich świetności. Można powiedzieć, że typowa, niezobowiązująca gadka...
...gdy tymczasem damska głowa rodu, zwana przez niektórych mamą, najmniej chyba ze wszystkich zainteresowana rozmowo-wykładem, słysząc etymologiczny wywód na temat słowa "bursztyn" i jego powiązania z elektrycznością, wypaliła do taty takimi oto słowami: "Dobrze, że tak dużo srasz, to i poczytać masz kiedy. Inaczej to nie wiem, czy miałbyś czym przy obiedzie zabłysnąć".
Ciekaw jestem, na jakiej podstawie ta dwójka się dobrała.
Dzień, dobry mam na imię Paweł, mam 28 lat i jestem alkoholikiem. Mowa jak na spotkaniu AA, jednak chciałbym to z siebie w końcu wyrzucić, bo pęknę, a nikomu się do tego nie przyznam osobiście.
Zacząłem pić bardzo wcześnie, w wieku 15-16 lat pierwszy alkohol, imprezy. Szybciutko się wciągnąłem i zamiast co weekend, piłem co 2-3 dni i w wieku 20 lat piłem już codziennie. W międzyczasie znalazłem dziewczynę, która nie wiedziała o moim uzależnieniu, myślała po prostu, że lubię od czasu do czasu wypić. Po pewnym czasie wiadomo, pierścionek, ślub, później zaczęło się już nałogowo, musiałem pić, tylko to sprawiało mi radość. Na randki już prawie nie chodziliśmy, a jeżeli już to na piwo w plenerze. Żona była wściekła, gdyż prawie całą swoją (wcale nie tak małą) wypłatę przewalałem na alkohol.
W końcu zrobiłem coś, czego nie da się usprawiedliwić w żaden sposób i czego z całego serca i bardzo żałuję. Uderzyłem swoją kobietę, swoją największą miłość. Jak zwykle się kłóciliśmy, kiedy powiedziała do mnie "Ty pijaku zasrany". Pękłem, wrzasnąłem "Nie jestem alkoholikiem!" i uderzyłem ją z pięści w twarz. To przelało czarę goryczy. Odeszła, spakowała wszystkie swoje rzeczy i wyszła z mieszkania. Do tej pory mam przed oczami siniaka na jej twarzy, rozmazany makijaż od płaczu.
A ja w końcu zrozumiałem, że naprawdę mam problem z alkoholem. Od tej pory nie pije, chodzę na spotkania AA, jednak cały czas mam w pamięci to, że uderzyłem kobietę swojego życia
Byłam dość bojowym (to ważne!) i odpowiedzialnym dzieckiem, toteż wcześnie zaczęłam zostawać sama w domu. Mieszkałam wtedy w bloku i miałam nakazane absolutnie nie otwierać nikomu drzwi, a jakby się ktoś dobijał, to mówić, że tata siedzi w wannie i proszę przyjść zaraz. Dłuższy czas nie było problemów.
Pewnego dnia, miałam może z 11 lat, siedziałam w domu i słyszę dzwonek do drzwi. Stwierdziłam, że nieważne, nie będę podchodzić. Ale ten ktoś dobijał się uparcie. Ja się wystraszyłam, bo pomimo zapewnień, że tata się kąpie ten ktoś chciał się dostać. Wpadłam więc na genialny pomysł. Wzięłam wielką i ciężką patelnię, otworzyłam drzwi i niewiele myśląc zamachnęłam się uderzając w "napastnika". Już miałam zacząć wrzeszczeć, gdy obok spostrzegłam moją mamę. Okazało się, że znokautowałam ojca, który mnie "testował" i chciał nastraszyć.
#metoo
Miałam 4-6 lat. Słodka, sympatyczna dziewczynka będąca w przyjaźni ze wszystkim co istnieje (za wyjątkiem pająków). Tego popołudnia po powrocie z przedszkola jak zwykle udałam się na plac osiedlowy zabaw. Byli tam akurat mój nastoletni kolega i jego bliski sąsiad, też w tymże burzliwym wieku.
Używałam intensywnie zjeżdżalni, gdy któryś z nich krzyknął, że mi majtki widać. Wiecie, szczeniackie śmichy-chichy. Na tym niestety nie koniec. Mój kolega krzyknął, żebym pokazała majtki, więc uprzejmie podniosłam kieckę w górę. Wtedy Michał (kolega) i Wojtek zaprowadzili mnie za blok i poprosili, żebym ściągnęła majtki i nic nie mówiła mamie. Obrażona poszłam do domu, a Michał jeszcze nie wiedział w co mnie wkopał.
Następnego dnia siedziałam w piaskownicy z młodszymi ode mnie dziećmi i ich rodzicami. Wtedy podszedł do mnie Wojtek i spytał, czy się z nim pobawię. Zgodziłam się, ja byłam córką, a on tatą. Podczas zabawy nachylił się nade mną i spytał szeptem "Mogę ci wsadzić rękę do majtek na 3 sekundy?". Zgodziłam się. Wsadził tam tę swoją obleśną łapę i mi tam grzebał. Rodzice tamtych dzieci zupełnie nie zwrócili na to uwagi.
Po jakimś czasie powiedział, że czas wymienić mi pieluchę. Brał mnie w krzaki i mi tam grzebał.
Trwało to chyba z miesiąc. Za każdym razem mówił, żebym go nie wydała. Żebym nie mówiła rodzicom.
Do dziś nie wiedzą. Mieszkam zupełnie gdzieś indziej, a o Wojtku zapomniałam. Wspomnienia do mnie wróciły, gdy czytałam anonimowe.
Mając może z 6 lat mieszkałam z rodzicami, bratem (5 lat starszym) i prababcią. Którejś niedzieli zaspałam do kościoła, do którego poszła sama prababcia z moim bratem. Po około godzinie przychodzi do domu ucieszony braciszek z babcią. Mama zapytała czemu jest taki szczęśliwy. Okazało się, że po drodze prababcię zaczepił młody chłopak, który oczywiście był z grupką znajomych. Już dokładnie nie pamiętam co powiedział, ale zwrócił się do niej per "babciu", a że moja prababcia do cichych nie należała, to odpowiedziała mu dokładnie takim tekstem: "Może i jestem babcią, ale nie dla ciebie, frajerze".
Mina tego chłopaka musiała być bezcenna, ponieważ już nic nie powiedział, a jeszcze został wyśmiany przez własnych kolegów. Bo przecież jak można dać się zgasić babci. :D
Miałam jakieś 16-17 lat, kiedy przypadkiem dowiedziałam się, jak pieszczotliwie nazywają mnie rodzice.
Bardzo dużo jem. Nie dość, że jestem łakoma, to jeszcze moja przemiana materii sprawia, że wszystkie zachcianki jedzeniowe uchodzą mi płazem.
Pewnej leniwej niedzieli powoli dobudziłam się w swoim łóżku. Usłyszałam, jak ktoś delikatnie otwiera drzwi od mojego pokoju, ale nie chciało mi się otwierać oczu. Po chwili usłyszałam dźwięk zamykania drzwi i głos mojej mamy:
"Schowaj mleko! Wpie*dalator jeszcze śpi!".
Jechałam autobusem, kiedy nagle dosiadł się pewien mężczyzna. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest chory. Wydaje mi się, że może był upośledzony. Głupio się przyznać, ale okropnie boję się takich sytuacji, więc modliłam się, żeby do mnie nie podszedł. Niestety zrobił to.
Na początku założyłam słuchawki i udawałam, że go nie słyszę, ale nie poskutkowało. On cały czas nachalnie powtarzał mi "Dzień dobry". Chyba za 5 razem w końcu mu odpowiedziałam i miałam nadzieję, że sobie pójdzie, jednak on dalej to ciągnął. Wpadłam w panikę. Szybko wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do kogoś, żeby pogadać o byle czym i starałam się od niego odwrócić, ale jak tylko odwracałam głowę, to on mnie obchodził, żeby spojrzeć mi w oczy. Dopiero po kilku minutach odszedł do innej części autobusu, jednak ja uspokoiłam się w pełni dopiero wtedy, kiedy wysiadł z autobusu.
Wiem, że powinno się inaczej traktować takie osoby, być bardziej wyrozumiałym. Szczerze mówiąc sama dziwię się swoją reakcją. Niestety jestem osobą, która przesadnie analizuje wszystko co jej się przytrafi, więc musiałam się gdzieś wygadać. Mam nadzieję, że nie osądzicie mnie zbyt surowo :)
Pracuję w sklepie spożywczym pewnej sieci. Sklep nie jest duży, większość klientów znam z widzenia lub z imienia. Tego dnia stałem na kasie. W pewnej chwili podeszła dziewczynka, około pięciu lat, z lodem. Jak to zwykle bywa wśród kasjerów, nie miałem jak wydać grosika, więc dałem dwugroszówkę. Jakie było moje zdziwienie, kiedy godzinę później przyszła ta sama dziewczynka ze słowami - "Pan dał mi za dużo reszty, poszłam rozmienić, żeby panu oddać jeden grosz". Jeszcze chyba nigdy nie zrobiło mi się tak miło.
Jestem wykładowcą na uniwersytecie. W ubiegłym semestrze miałem przyjemność prowadzić zajęcia dla, jak się okazało, prawie 70 osób, z których większość widziałem pierwszy raz. Ścisk na sali był dość duży. Jako że wymagam od moich studentów nie tylko słuchania tego, co mam do powiedzenia, ale także i aktywności, co jakiś czas rzucałem w tłum pytanie. Jak ktoś znał odpowiedź, wstawał z krzesła i wypowiadał się.
Zajęcia przebiegały więc bardzo sprawnie, aż do pewnego momentu, kiedy to zadałem kolejne pytanie. Usłyszałem damski głos, jednak nie widziałem, do kogo należał. „Śmiało! Proszę wstać!” - rzekłem surowym tonem. - „Tego przecież wymaga szacunek dla przedmiotu oraz reszty studentów”. Nastąpiła krótka cisza przerwana cichym: „Kiedy, ja przecież stoję...”. I dopiero wtedy ją zauważyłem. Okazało się, że jedna z moich uczennic cierpi na karłowatość.
Historia za stażu w gabinecie dentystycznym.
Do gabinetu przyszła kobieta w celu usunięcia kamienia nazębnego, którego nagromadziło się dość dużo. W trakcie zabiegi pacjentka zaczęła odczuwać dość silny ból i poprosiła u znieczulenia. Jednak dentystka, u której miałam staż, powiedziała tylko coś w stylu "dasz radę, tylu ludzi wytrzymuje bez znieczulenia, taki ból to nic w porównaniu z porodem". Zdziwiło mnie to trochę, ale w końcu to ona miała dyplom i doświadczenie, więc nie zamierzałam podważać jej kompetencji.
Po skończonej wizycie ciekawość wzięła górę i zapytałam dentystkę dlaczego tak postąpiła. Odpowiedziała, że ta pani to jej wieloletnia pacjentka. Pracuje jako położna w szpitalu i w zeszłym roku odbierała jej poród. Na kilkukrotną prośbę o znieczulenie usłyszała tylko "dasz radę, młoda jesteś, nie będę zawracać głowy lekarzowi, tyle kobiet urodziło bez znieczulenia, to ty też możesz". Efekt był taki, że dentystka miała traumę po porodzie i przez miesiąc nawet nie zbliżała się do dziecka, bo za każdym razem gdy na nie patrzyła, przypominał się jej potworny ból, jakiego doświadczyła. Wtedy postanowiła dać do zrozumienia położnej, że leczenie zębów również można wytrzymać bez znieczulenia, ale takie męczenie się w imię idei jest bezcelowe i jeśli ktoś nie może wytrzymać, to należy zrobić wszystko, by złagodzić jego ból.
Dodaj anonimowe wyznanie