#Ywtey

Ostatnio wróciłam z treningu taka mega wykończona. Ledwo żywa, śmiem rzec. Mój ojciec wraca z pracy, podchodzi do mnie i pyta, czy pojadę z nim na myjnię umyć auto. Moje wykończenie wraz z siedemnastoletnim zaćmieniem mózgu sprawiły, że odparłam: - Ale pojedziemy samochodem?

Dla takiej miny ojca warto żyć! :)

#THIXk

Jestem osobą, która ma od kilku lat szkołę za sobą. Piszę to, ponieważ z rodzicami przeglądałem wspólne zdjęcia z wakacji, wycieczek. I w przeciwieństwie do dzieciństwa nie ma mnie na zbyt wielu.
Niestety dlatego, że w okresie szkoły średniej byłem zakompleksiony. Wcześniejsze dojrzewanie "oszpeciło" mnie jak na tamten wiek wcześniejszym zarostem, włosami na nogach, co było obiektem docinków ze strony rówieśników, zwłaszcza w szatni, gdy się przebieraliśmy na WF. Czasami na złość robiono mi zdjęcia wbrew mojej woli, co wryło mi się w psychikę i czułem się brzydki, choć gdy teraz na spokojnie patrzę na moje zdjęcia sprzed lat, nie miałem ku temu powodów.
I jest mi smutno nie tyle z powodu problemów z łajdakami rówieśnikami, co przez fakt, że bardzo kocham moich rodziców i częste unikanie, wymigiwanie się od zdjęć podczas wspólnych wyjazdów spowodowało, że przez własne kompleksy z tych lat nie mam zbyt wielu pamiątek w postaci zdjęć. Pewnie wielu napisze, że to moja wina, że mogłem być silniejszy psychicznie. Może tak. Niestety, byłem słabym człowiekiem i nie mogłem sam sobie dać rady.

#Yn41A

Mój tata przez wiele lat był w wojsku - stopień starszy chorąży. W 2002 lub 2003 roku rozwiązano kilka jednostek wojskowych w całej Polsce, między innymi jednostkę, w której pracował tata. W związku z tym, że zwolnili wielu zawodowych żołnierzy, nie dla każdego znalazło się miejsce w innych, działających jednostkach. Mój tata nie miał szczęścia i wylądował na bezrobociu.

Rano. Tata miał w czymś pomóc mamie, a facet jak to facet - lubi czasem pospać :) Więc mamuśka wpada do sypialni i stara się go obudzić: "Marek, wstawaj... Marek! Marek, wstań wreszcie...". Jako że tata ma mocny sen, mama mogłaby tak stać nad nim cały dzień. W końcu nie wytrzymała i wrzasnęła: "CHORĄŻY XXX, BACZNOŚĆ!!!".

W życiu nie widziałam, żeby ktoś tak szybko się obudził i wyskoczył w wyra! :D

#0Uepk

Nie kocham swojego dziecka.

Ola była planowana. Bardzo planowana. Staraliśmy się o dziecko przez ponad 5 lat. Gdy zobaczyłam dwie kreski na teście, bardzo się ucieszyłam. I to by było na tyle z ciążowych radości. Sam pierwszy trymestr był całkiem w porządku, poza zmęczeniem. Kiedy na pierwszym usg zobaczyliśmy bijące już serduszko, mąż ścisnął mnie za rękę wzruszony, a ja się tylko uśmiechnęłam. Nie czułam nic, żadnego instynktu macierzyńskiego, żadnej radości, bardziej ciekawość. Wszyscy znajomi, nawet koleżanki w pracy gadały jedynie o mojej ciąży i dzieciach. Ja chciałam spotkać się na kawę, pogadać o tym, co słychać, poplotkować, a nie ciągle mielić o moim brzuchu. Przy drugim usg widzieliśmy już fikające w brzuchu dziecko, ruszające rączkami i nogami. Przyznaję, to było fascynujące i takie nierealne, jednak nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Kiedy po porodzie położyli mi dziecko na piersi stwierdziłam, że jest brzydkie jak noc. Całe opuchnięte, pomarszczone, czy to na pewno moje? :)…

Zaczęłam się trochę niepokoić, gdzie ten cholerny instynkt. Chyba powinnam już zacząć kochać to tak bardzo wyczekane dziecko, prawda? Tak się nie stało. Ani miesiąc później, ani dwa, ani pół roku później. Kiedy w końcu jako tak zaczęło bardziej reagować na bodźce, uśmiechać się do mnie, pomyślałam, że może jednak w końcu się polubimy. Nie zrozumcie mnie źle, ja nie nienawidziłam mojego dziecka, z czasem je nawet polubiłam, ale nigdy go nie pokochałam jak np. swojego psa. Nie wyobrażam sobie życia bez niego, bez spacerów rano, zabaw z piłeczką i domu bez jego zapachu. Natomiast jeśli chodzi o moja córkę, to zajmuje się nią, bo wiem, że trzeba ją nakarmić, przewinąć, pobawić się. Nie robię tego z niechęcią. Robię to, bo chcę, bo decydując się na dziecko wiedziałam, że tak będzie. Jednak nie czuję tej wielkiej miłości. Przytulam, bujam, rozmawiam, uśmiecham się do niej, ale jeśli miałabym wybrać czyje życie uratować, to z pewnością byłby to mój pies…

Rozmawiałam o tym z psychologiem. Nie widzi w tym nic złego, twierdzi, że miłość jeszcze przyjdzie, ale ja czuję się, że zawiodłam w byciu matką. Przekopałam wiele stron i wiem, że nie tylko ja nie pokochałam od razu swojego dziecka, jednak u mnie trwa to już ponad rok, a ja nadal tylko lubię swoją córkę. Nie żałuję decyzji o dziecku, ale boję się, że nigdy nie pokocham jej tak jak powinna kochać matka.

#5KRRV

Kilka tygodni temu, w niedzielny poranek szykowaliśmy się z mężem do wyjścia z domu. Chciałam założyć pewną spódnicę, której już przez jakiś czas nie ubierałam i o zgrozo, okazało się, że przybyło tłuszczyku i w spódnicę się nie zapnę. Wiadomo czarna rozpacz, łzy leją się strumieniami, a ja wyję jak bizon przeklinając sama siebie za niepohamowanie miłości do czekolady.

Wtedy mój mąż oznajmił mi, że on i tak ma w planach od poniedziałku przejść na dietę, bo brzuszek piwny zrósł i mój luby źle się z tym czuje, więc jeżeli ja też nie najlepiej się mam z obecną figurą to możemy odchudzać się razem. On będzie wspierał mnie, ja jego i wiadomo we dwoje zawsze raźniej. Myślę sobie czemu nie, skoro on i tak miał to w planie. Jakoś tak lżej mi się zrobiło na sercu a i uśmiech powrócił na twarz.

Jak powiedzieliśmy tak też się stało. Od poniedziałku zero słodyczy i napojów gazowanych, dużo zdrowego jedzonka, racjonalne żywienie, itp. Mój mąż nie brał już do pracy kanapek z białego pieczywa wysmarowanych masłem, albo sałatek z toną majonezu. W zamian codziennie przygotowywałam mu lekkie przekąski z dietetycznych produktów. Jeździliśmy razem na siłownie, czasem nawet ćwiczył ze mną w domu przy filmikach Ewy Chodakowskiej :p No i cóż tak minęły nam trzy tygodnie.

Wczoraj jednak, gdy przechodziłam obok garażu, przez uchylone drzwi zaważyłam, że mój mąż pije piwo podczas majsterkowania. Myślę sobie, co jest grane? Wiadomo piwo to skarbnica kalorii, a on mówił, że chce się odchudzić. Nie dawało mi to spokoju, więc wieczorem w łóżku zaczęłam go wypytywać. W końcu przyznał się, że wcale nie miał w planach diety i zmiany trybu życia.

Po prostu gdy zobaczył mnie płaczącą nad tą spódnicą to, jak to on określił "serce mu pękło na pół" i czuł, że musi coś zrobić. Wiedział, że żadne słowa typu "dla mnie jesteś piękna", czy "nie jesteś gruba" nic nie dadzą. Na szybko więc wymyślił tą historyjkę z dietą, aby wesprzeć mnie w walce z nadprogramowymi kilogramami. A ja przez 3 tygodnie "katowałam" go ciemnym pieczywem, kiełkami, razowym makaronem i chudziutkim mięskiem, a on ani razu nie zaprotestował, nie skrzywił się i jeszcze wychwalał jakie to pyszne i że jestem najlepszą kucharką na świecie. Na koniec, gdy już zgasiliśmy światło i każde z nas ułożyło się do spania, dodał jeszcze coś co całkowicie zmiękczyło mi serce: "Dla mnie na prawdę jesteś piękna taka jaka jesteś i wcale nie uważam, że powinnaś się odchudzać".

Pozostaje mi tylko powiedzieć jedno: kocham mojego męża :)

#3IRGP

Jestem weterynarzem, od 7 lat pracuję w niedużym, osiedlowym gabinecie w średnim mieście. Weterynarię wybrałem nie dlatego, że nie dostałem się na medycynę (a z tym przekonaniem o lekarzach weterynarii spotykam się zdecydowanie zbyt często, niestety). Był to mój świadomy wybór, spełnienie marzenia, które nosiłem w sobie od dziecka. Uważam, że jestem dobry w tym, co robię, nadal mam w sobie dużo zaangażowania, stale się dokształcam i pogłębiam wiedzę.

Wykształciłem u siebie także pewną bardzo przydatną umiejętność. Potrafię szybko i dobrze odczytywać właścicieli zwierząt. Łatwo zgaduję, komu pies czy papuga są absolutnie obojętne, kto ma prawdziwą, bliską więź ze swoim przyjacielem, a kto podchodzi do niego z mniej lub bardziej jawną niechęcią. Z trzech metrów widzę, które zwierzę jest bite lub okrutnie traktowane, nauczyłem się też rozpoznawać ludzi, którzy dopuszczają się różnego rodzaju przemocy wobec swoich pupili.

W dotychczasowej karierze spotkałem kilku naprawdę piekielnych właścicieli zwierząt. Jednak zupełnie inaczej podchodzę do agresywnych przemocowców, a inaczej do właściciela świadomego konsekwencji swoich decyzji dla zwierzęcia, ale mającego je w... poważaniu, bo „to przecież tylko zwierzę”. W tej kategorii mamy papugi, niewypuszczane z zawsze za małych klatek, samotne welony w szklanych kulach, psy trzymane na metrowych łańcuchach itp.

Są też tacy, którzy wiedzą, że nie zapewniają zwierzakowi tego, czego potrzebuje lub popełniają szkodliwe w skutkach błędy, ale uważają, że nie mogą nic z tym zrobić. To np. właścicielka kota z ponad 10 kg otyłością, która nie zmieni diety pupila, bo „on jest taki głodny i nieszczęśliwy”, albo mopsa z alergią, który karmiony jest najtańszą karmą z dyskontu, bo „inne są za drogie”, a sama gotować nie chce.

Oczywiście niektórzy właściciele są po prostu niedoinformowani, nie znają podstawowych zasad opieki nad danych zwierzakiem. Dosyć często udaje mi się przekonać ich do zmian.

Nie zapomnę jednak pani, zwyczajnie wyglądającej kobiety 40 +, która pojawiła się w gabinecie z kotem. Właściwie z żywym trupem - obciągnięty skórą szkielet, zapadnięte matowe oczy, zanik mięśni. Dramat. Nie sądziłem, że uda mi się go uratować, ale miał w sobie jeszcze trochę życia i ogromną wolę walki. Okazało się, że pani przygarnęła kociaka. Miał 4 miesiące, kiedy do niej trafił, w całkiem dobrym stanie. W ciągu kolejnych 4 stracił 1/3 wagi, zamiast znacznie ją zwiększyć. Dlaczego? Pani kiedyś przeczytała w magazynie, że najzdrowiej jest jeść na posiłek tyle, ile mieści się w zaciśniętej pięści. Zatem uznała, drogą dedukcji i analizy porównawczej, że kot powinien dostawać 4-5 SZTUK chrupek suchej karmy. Dwa razy dziennie.
I tyle.
Nie mogła zrozumieć, gdzie popełniła błąd...

#xPZ9a

Od roku pracuję i studiuję zaocznie. Mieszkam z rodzicami, bo zarabiam za mało, by mieszkać samemu.

Koledzy z pracy nabijają się ze mnie, że oddaję połowę pensji rodzicom, uważają, że jestem frajerem. Sami kasę przewalają na fajki i piwo, żywią się jakimiś zapiekankami i kebabami.

A ja wracam do domu i czeka na mnie domowy obiad i satysfakcja, że pomagam rodzicom, którym się nie przelewa.

#onpmL

Wiem, ta historia wydaje się straszliwie nieprawdopodobna. Wydarzyła się parę ładnych lat temu gdzieś na zapyziałeś wsi (nie, nie na Podlasiu 🙂)

Moja córka zawsze była grubsza od innych rówieśniczek. Nawet o wiele grubsza. Choruje na niedoczynność tarczycy od kilku ładnych lat. Przez to jej miesiączki były strasznie nieregularne (nawet w przedziale 60-90 dni). Chodziliśmy po różnych ginekologach, gdy młoda miała 13-15 lat. Każdy mówił: taka jej uroda. Wyrośnie z tego. Otóż wyrosło, ale co innego. Nie chcieli absolutnie przepisywać jej żadnych tabletek.

Pewnego wieczoru zauważyłam, że córka wydaje się o wiele grubsza niż zazwyczaj. Zbyła mnie zwykłym: "Oj tam, mamo. Dużo jem, to i jestem gruba, no nie?". Otóż nie. Jadła tyle samo co wcześniej, a nawet o wiele mniej. Jednak pomyślałam sobie: może rzeczywiście więcej je? Może w szkole kupuje sobie i dojada?

Dwa miesiące później córkę zaczął strasznie boleć brzuch. Akurat byłam w pracy, powiedziałam, aby wzięła jakieś przeciwbólowe ode mnie z szafki i położyła się spać. Godzinę później córka dzwoni do mnie z płaczem i twierdzi, że "dziecko jej wypadło do wanny". 5 minut później byłam już w samochodzie. Pogotowie było już u nas w domu. Córka sama przecięła pępowinę, urodziła łożysko. Dziecko leżało na jej łóżku zawinięte w kocyk. Po dwóch dniach, gdy córka wróciła już ze szpitala (musieli sprawdzić, czy z nią i z dzieckiem jest wszystko OK), pytałam się jej, czy naprawdę nie czuła ruchów. Córka twierdziła, że coś tam czuła, jednak była pewna, że jej tylko burczy w brzuchu. Pytałam się jej, czy wie, kto jest ojcem. Ona mówiła, że ojcem jest  jej 14-letni kolega ze szkoły.

I tak zostałam babcią w wieku 46 lat, a moja córka  mamą w wieku 15 lat.

#Szbz2

Byłam wczoraj wraz z siostrą i jej trzyletnim synem na zakupach w galerii. Wchodzimy do jednego ze sklepów, siostra idzie do środka w  poszukiwaniu ubrań, ja z małym stoję prawie przy wejściu i trzymam go za rękę. Mały podekscytowany łapie mnie mocniej i ciągnie w stronę manekina ubranego w czarną sukienkę z napisem "SALE". Wywiązuje się dialog:
- Ciociu, mogę dotknąć? - wskazując na manekina.
- Tak, ale delikatnie, żeby się nie przewrócił - odpowiedziałam.
Mały delikatnie głaszcze rękę manekina i mówi do niego pocieszającym tonem głosu "nie martw się, dobra wróżka ci pomoże", po czym odchodzi smutny.

Po chwili przyszła siostra twierdząc, że nie ma niczego ciekawego. Idziemy dalej i nagle mały zaczął swojej mamie opowiadać przerażającą historię, o tym jak żyła sobie spokojnie pani sklepowa, ale źle wydała resztę, a wtedy przyszła zła czarownica i zamieniła ją w posąg.

#gEEfI

Mam problem z wydawaniem pieniędzy. Mój mąż często słyszy żarty, że jest szczęściarzem, bo nie lubię zakupów. Tymczasem nie tylko siłą zaciąga mnie do sklepu, ale dodatkowo musi zapłakanej tłumaczyć, że przecież sama dobrze wiem i rozumiem, że nie mam już żadnych spodni. A potem stoję pociągając nosem i patrzę, jak płaci za te zakupy, czując, że robię coś złego.

Tak że tego... Jak zobaczycie zapłakaną dziewczynę w odzieżowym proszącą męża, żeby odłożyć na razie te ciuchy, to możecie się przywitać, oprócz tego jestem raczej normalna.
Dodaj anonimowe wyznanie