#8ZVHt

Zdarzyło się to jakieś 3 lata temu. Będąc z koleżanką na spacerze nad rzeką ujrzałyśmy łabędzie - biedne, wygłodniałe łabędzie. Wpadłyśmy na wspaniały pomysł, aby kupić krojony bochenek chleba, aby je nakarmić. To był błąd. 

Karmiłyśmy je, a one podchodziły co raz bliżej. W końcu skończył nam się chleb i chcemy stamtąd iść, a one za nami. My biegniemy, a one za nami. Wybiegamy na chodnik, a one za nami! Biegniemy przez dość spory kawał ulicy, a one za nami! I tak goniły nas do czasu, aż przestraszyły się samochodów. Do dziś się śmieję jak przechodzę obok tej rzeki... Taka przygoda z łabędziami.

#fTWGC

Gdy miałam jakieś 11 lat, podczas zabaw na podwórku koło bloku załatwialiśmy swoje potrzeby w krzakach. Wszyscy tak robili, pilnowaliśmy tylko, by zawsze ktoś stał na czatach pilnując, aby można się było w spokoju wysiusiać.

Na nasze podwórko często przychodziła pewna dziewczynka, Jola, która była niezbyt mądra i bardzo niemiła. Nikt je nie lubił, bo naśmiewała się z innych - a to że ktoś jest gruby, a to że brzydki, że Kasia nie ma ojca, że Gosię matka zostawiła... Ogólnie bardzo nieprzyjemne dziecko, które sprawiało innym przykrość.

Pewnego jakże pięknego dnia wraz z przyjaciółkami wpadłyśmy na "genialny" plan zemsty. Postanowiłyśmy ukarać Jolę. Powiedziałyśmy jej, że ludzki mocz smakuje inaczej w zależności od osoby. Paczka moich znajomych postanowiła wysikać się na kamień i udać, że go polizały. Dalsza rozmowa wyglądała następująco:
- Mój mocz smakuje jak truskawka! - (powiedziała Kasia)
- Mój jak cytryna! (Gosia)
- A mój jak banan! (ja)
Po chwili Jola wyszła z krzaków z kamieniem w rękach, podeszła do nas, polizała kamień i skrzywiona rzekła :
- Fu, niedobre! Mój nie ma smaku!

Z powagą na twarzy do końca utrzymywałyśmy, że nie wiemy o co jej chodzi.

#fa9IU

Jakiś czas temu trafiłam na artykuł o samobójstwach wśród młodzieży. Ludzie w komentarzach pod artykułem dopytywali co takiego musi się wydarzyć, by skłonić młodą osobę do targnięcia się na swoje życie. Opowiem Wam, co kierowało mną.

Mieszkałam 10 km od Warszawy. Odkąd pamiętam mój dom rodzinny to krzyki, awantury, przemoc, poniżanie mnie, pretensje, że żyję. W szkole nie było lepiej. Zamknięta w sobie, wystraszona, nie umiałam zintegrować się z grupą, szybko stałam się kozłem ofiarnym. Byłam popychadłem, pasztetem bez przyjaciół i jakiegokolwiek wsparcia. Przewegetowałam tak całą moją edukację. W ostatni dzień matur, gdy wszyscy cieszyli się ze zdanego ustnego z angielskiego, gdy planowali na jakie studia pójdą, gdzie będą pracować, gdzie pojadą na wakacje, coś we mnie pękło. Ja nie miałam żadnego celu, żadnych marzeń. Zamiast żyć, ja walczyłam o przetrwanie, dusiłam się. Wróciłam do domu. Znowu te krzyki, dostałam w twarz, bo matka zbiła kubek i oczywiście była to moja wina.

Nie wytrzymałam. Miałam po prostu dość. Poszłam do szopy, wzięłam sznurek i udałam się do lasu. Chciałam, żeby skończył się ten strach, mój płacz, popychanie mnie, wyzywanie, chciałam ulgi. Chciałam po prostu świętego spokoju. Gdy byłam w lesie, potknęłam się o gałąź. Przewróciłam się twarzą na ziemię i chyba zemdlałam. Ocknęłam się po chwili z bolącą ręką i wielkim guzem z rozcięciem na czole. Rozbeczałam się, bo jestem tak beznadziejna, że nie potrafię się nawet zabić. Usiadłam i rozejrzałam się dookoła. Tyle razy byłam w tym lesie, a dopiero teraz zauważyłam jaki jest piękny. Mech, brzozy, śpiew ptaków i ta cisza, spokój, którego potrzebowałam. Zaczęłam głęboko oddychać, zaciągać się tym powietrzem, którego mi brakowało. Uświadomiłam sobie, że świat jednak jest piękny.

Wróciłam do domu, spakowałam się, zabrałam dwa naszyjniki po babci.
Wsiadłam w autobus do Warszawy. Sprzedałam tam w lombardzie te naszyjniki, wynajęłam pokój u starszej pani, znalazłam pracę na zmywaku. Z babcią mieszkało mi się cudownie. Ktoś o mnie dbał, gotował obiadki, pytał jak się czuję, był bezinteresownie miły. Byłam komuś potrzebna, robiłam zakupy i pomagałam sprzątać. W pracy poznałam przyjaciół i wreszcie ŻYŁAM.

Co ludzi popycha do popełnienia samobójstwa? Inni ludzie. Ludzie ludziom gotują ten los wmawiając im, że są nikim, że są niepotrzebni, nic nie warci. Wyładowując swoje frustracje, próbując podnieść poczucie własnej wartości, poniżając innych do tego stopnia, aż sam w to uwierzysz. Gdy życie to walka o przetrwanie, gdy nie masz marzeń, gdy chcesz żeby ta twoja wegetacja się skończyła, podjęcie tego kroku nie jest trudne, bo przecież nie traci się nic, bo nie ma się nic, jest się nikim.

Dziękuję Bogu, że wtedy się wywaliłam.

#VGeTu

Dzisiaj wracałam dosyć późno z pracy. Okolicę mam spokojną, czasem jacyś młodzi ludzie siedzą na ławkach i piją piwo. Szłam i w oddali zobaczyłam, że ktoś leży na ławce. Im byłam bliżej, tym bardziej się utwierdzałam w tym przekonaniu. Przekręciłam oczami i pomyślałam, że jakiś żul leży. 

Przechodząc obok ujrzałam, że owy żul nie leży sam. A z psem... Pies spojrzał tylko na mnie i poszedł spać dalej. A mnie wmurowało. Człowiek przytulał i okrywał psa jak tylko mógł... Nadmienię, że jest jesień, chwilę wcześniej padał deszcz, noc była chłodna. Stałam przez 5 minut ze łzami w oczach zastanawiając się, co zrobić... 

Wróciłam do domu, wzięłam swojego psa i sięgnęłam po mój jedyny właściwie koc. Wyszłam z moim psem na spacer, zostawiłam ją na chwilę trochę dalej, podeszłam do tego człowieka i przykryłam go tym kocem. Pan nie wiedział jak wyrazić wdzięczność... Dziękował i dziękował. Odeszłam, wzięłam psa, przeszłam się kawałek i zaczęłam płakać.. Nad niesprawiedliwością życia.. Nie wiem, czy zrobiłam dobrze czy źle. Zrobiłam to, co podpowiadało mi serce.

#1q4FK

Mam bystrą kilkuletnią bratanicę o imieniu Zosia. W którąś ze słonecznych niedziel urządziliśmy grilla. Na grillu obecny był mój brat, jego żona, Zosia, moi rodzice oraz rodzice żony brata z którymi jesteśmy póki co na etapie "zacieśniania więzi", bo należą oni niestety do gatunku osób o wiecznie spiętej dupie.

Rozmowa podtrzymywana raczej sztucznie niezbyt się kleiła, ale dzięki pojedynczym śmieszkom i pysznemu jedzeniu mojej mamy, szanowni rodzice bratowej wyglądali na zadziwiająco zadowolonych. 

Kiedy po jakimś czasie wstali z zamiarem opuszczenia naszego terytorium, wszyscy po odetchnęliśmy z ulgą, że obyło się bez żadnej spiny ani wpadki. Ruszyliśmy ich odprowadzić. Wtedy na taki tłum zareagował żywo nasz pieseł, szczekając długo i irytująco. Mój tata zaczął do niego przemawiać w celu uspokojenia:
- Merdacz, cicho bądź.
- HAUHAUAHHAU...
- Merdacz, słyszysz, co do ciebie mówię? Uspokój się...
- HUAHUAUHAUHAUHAU...
Wtedy z pomocą wkroczyła Zosia:
- Dziadziu! Nie tak! Babcia zawsze mówi... (tu Zośka zaczerpnęła tchu) USPOKÓJ SIĘ DO CHOLERY JASNEJ TY PIEROŃSKA DZIADYGO, PSIAKREW JEDNA SŁYSZYSZ CO DO CIEBIE MÓWIĘ!

Kolor twarzy wszystkich obecnych zmienił się gwałtownie na mocną czerwień, jedynie Zosia zaczęła radośnie podskakiwać mówiąc:
- Widzisz dziadziu, jak się cichusio zrobiło?

#I2llU

Lata temu w wakacje ze znajomymi stwierdziliśmy, że w pobliskim parku zagramy w podchody. Mieliśmy po 16 lat. Podzieliliśmy się na małe grupki (ja byłam z moją najlepszą przyjaciółką) i zaczęliśmy zabawę.

Po paru ładnych godzinach łażenia, biegania i zbierania karteczek z podpowiedziami, gdy zaczęło się już ściemniać, zachciało mi się kupę. Pech chciał, że nie miałam ze sobą chusteczek, jedynie kartki, na których pisałyśmy wskazówki gdzie można nas znaleźć. Niestety po jakimś czasie nie mogłam się już powstrzymać i stwierdziłam, że załatwię się w krzakach. Zadowolona załatwiłam swoją potrzebę, skorzystałam z kartki i udałam się do przyjaciółki, która była niedaleko i siedziała na ławeczce. Gdy tak siedziałyśmy i czekałyśmy aż nas znajdą, niedaleko nas przechodziła jakaś pani wraz ze swoim psem. Niestety pies pobiegł w krzaki... i zaczął tarzać się w moich odchodach. Wściekła babka zaczęła się wydzierać na psa i zobaczyła, że leży tam kartka taka sama jak ta, jaką ja trzymałam w ręce. Spojrzała na mnie, na kartkę, jeszcze raz na mnie, znów na kartkę i wściekła burknęła pod nosem pytając, kto normalny sra w takich miejscach i poszła.

Tego uczucia wstydu i zażenowania nie zapomnę do końca swojego życia. Głównie dzięki przyjaciółce, która lubi to wspominać na różnych imprezach.

#q90wE

Pracuję w przedszkolu. Wczoraj pięcioletni chłopczyk powiedział mi, że bardzo mnie kocha i chciałby, abym została jego żoną, ale niestety nie możemy się spotykać, bo on już ma narzeczoną. Potem usiadł gdzieś między zabawkami i długo nad czymś myślał. Wrócił do mnie po piętnastu minutach i oznajmił, że ma zamiar zerwać ze swoją obecną dziewczyną i że nic nie stanie na przeszkodzie naszej miłości, będziemy mogli wziąć ślub i zamieszkać razem u jego babci na działce ogrodniczej, gdzie rosną aronie i pomidory, a wieczorem wyłażą robale.

Mam 28 lat i jeszcze nigdy nie usłyszałam tak pięknych słów od faceta.

#eHEpq

Dzisiaj robiłam zakupy z moją teściową. Było to w godzinach popołudniowych, więc w sklepie tłum ludzi. Zaczęłyśmy rozmawiać o urodzinach mojego lubego. Zupełnie o nich zapomniałam i nie mam dla niego prezentu, a to już za kilka dni. Mówię, że nie mam dla niego nic, a teściowa skwitowała to jakże zabawnym tekstem: "Zrób mu loda, nic nie wydasz, a będzie zadowolony". Chyba nie muszę pisać jak zareagowali na to ludzie.

#mnFVt

Większy budynek biurowy, 5 firm w sumie. Wychodzę z biura na spotkanie, trochę na ostatnią chwilę, więc i tempo było szybsze. Po schodach z drugiego piętra. Zwinna ja i biedna pani z kafeterii, która miała wózek pełen filiżanek, termosów z kawą i małymi miseczkami z cukrem, śmietanką itp. dla jakiejś konferencji. Właśnie wyszła z windy, więc wózek odepchnęła trochę na bok, żeby wyciągnąć jeszcze coś z windy, i właśnie do tego nieszczęsnego wózka wracała.

No cóż, wózek i pani stali na mojej drodze, a moje ciało już rozpędzone nie zdążyło zareagować na sygnał od mózgu i nie dało rady wyhamować. Wpadłam na to wszystko tak nieszczęśliwie, że zepchnęłam ten durny wózek ze schodów. Trzask taki, że cały budynek to słyszał... Na półpiętrze barierka była szklana. Też się roztrzaskała. Ani pani, ani ja na szczęście nie spadłyśmy z tym wózkiem. I na nikogo nic nie spadło. Ale wszędzie szkło, cukier, śmietanka i kawa. Termosy nie wytrzymały.

Ja cała w szoku, sto razy chyba przepraszałam i pytałam panią, czy aby nic jej się nie stało. Na szczęście nie. Ludzie się zbiegają i pytają co się stało. Ja, czerwona jak burak, próbowałam się jakoś wytłumaczyć. Pani widziała jak mi głupio i powiedziała, żebym zjechała windą, bo przecież nie przejdę po tym szkle. Ona to ogarnie. Cała chora ze wstydu marzyłam, żeby zapaść się pod ziemię.

Wróciłam ze spotkania, schody sprzątnięte, brakująca barierka oznaczona taśmami. A ja z wielkim koszykiem ze smakołykami i kwiatkiem dla pani z kafeterii w ramach przeprosin i podziękowań za jej pomoc. Wchodzę do biura i wszyscy w śmiech (już wiedzieli, że nikomu nic się nie stało).

Jutro mają postawić nową barierkę. Każdy w budynku już wie kim jestem. I mam już nominację do gafy roku...
Dodaj anonimowe wyznanie