Będąc małą dziewczynką marzyłam, aby moim mężem został prawnik. Zawsze myślałam, że prawnicy mają dużo pieniędzy i będę mogła sobie na wszystko pozwolić. Lata mijały, miałam 14 lat, a moje marzenie pozostało. Bardzo podobał mi się dźwięk skrzypiec, więc fantazjowałam o mężu, który jest prawnikiem, jest bogaty, a w dodatku potrafi grać na skrzypcach. Zdawałam sobie sprawę, że marzenie jest nie do spełnienia. Wysoki prawnik o brązowych włosach umiejący grać na skrzypcach. Zawsze śmiałyśmy się z koleżankami, że to głupie i niemożliwe. Nawet ja w to nie wierzyłam, takie marzenie, o którym z czasem zapomniałam.
Będąc w liceum i na studiach nie miałam chłopaka. Cały swój czas poświęcałam na naukę. Pewnego dnia, siedziałam w małej, krakowskiej restauracji. Czekałam na bardzo ważne spotkanie, ubrana w elegancką, białą sukienkę i czarną marynarkę. Przyszłam długo przed czasem, więc postanowiłam wyciągnąć z torebki laptopa i sprawdzić wysłane do mnie przez moich uczniów prace.
Nie zdążyłam przeczytać pierwszego zdania, gdy poczułam na swoim ramieniu kawę. Gorącą kawę. Chłopak, który to na mnie wylał, bardzo się przestraszył, zaczął wycierać moją marynarkę papierowymi ręcznikami i ciągle przepraszał, kiedy ja nakrzyczałam na niego jak na nikogo jeszcze w życiu. Był tak przestraszony, że gdy postanowiłam iść do domu się przebrać, spakował mojego laptopa i niemal zaciągnął mnie do pobliskiej galerii handlowej, aby kupić mi nową sukienkę. Bardzo zależało mi na umówionym spotkaniu, więc zgodziłam się.
Kiedy już nieco się uspokoiłam po tym zdarzeniu, dowiedziałam się, że chłopak, który oblał mnie gorącą kawą i kupił mi piękną, jasnoróżową sukienkę, ma na imię Wojtek, właśnie skończył studia i pracuje w jednej z najlepszych kancelarii w mieście. Jest prawnikiem i będąc dzieckiem grał na skrzypcach, ale obecnie ogranicza się do koncertów z ich udziałem, ze względu na brak czasu. W ramach przeprosin za całą sytuację zaprosił mnie na jeden z takich koncertów.
Przez tego właśnie faceta zrezygnowałam z bardzo ważnego spotkania dotyczącego prestiżowego szkolenia. Wymieniliśmy się numerami telefonów.
Spotykamy się od 4 lat i jesteśmy w trakcie planowania naszego ślubu. Marzenia się spełniają!
Zacznę od tego, że jestem bardzo tolerancyjną osobą, a wręcz bardzo przyjazną.
Idąc wczoraj z moją koleżanką przez park, zauważyłyśmy dwie dziewczyny trzymające się za ręce. Jedna siedziała na kolanach drugiej, a obok ławki szedł jakiś facet po 40-tce. Przechodząc obok nich palnął coś głupiego i splunął.
Widać było, że bardzo je to zasmuciło, ale najlepsze jest to, że po drugiej stronie stało 3 chłopaków, którzy słysząc to podbiegli do faceta, wzięli go za bary i poprowadzili kawałek do dziewczyn. Facet ostro się wyrywał i zaczął przeklinać, ale oni nie dawali za wygraną. Gdy byli naprzeciwko nich, rzucili go na kolana, kazali przeprosić i powiedzieć, że to się więcej nie powtórzy. Tak też się stało.
Tak, to byli dresiarze. Łyse głowy i szaliki w barwach klubu :) Zawsze wiedziałam, że nie należy oceniać ludzi po wyglądzie.
Jestem studentką 2 roku fizjoterapii. Mamy masę takich zajęć mega praktycznych, które powinno się robić na uczelni, by mieć dostęp do sprzętu i innych niezbędnych materiałów (są to zajęcia z kinezyterapii, fizykoterapii i masażu). Wkurza mnie, jak niektórzy ludzie zachwycają się zdalnym nauczaniem, bo wiem, że ono jest jakąś parodią.
Ostatnio podczas rozmowy z moją mamą, która jest fanką zdalnego, życzyłam, by trafiła do specjalisty, który się uczył w czasach pandemii. Mama się obraziła i powiedziała, że to jest niestosowne, bo wiadomo, że będą słabszymi specjalistami.
Mimo wszystko nadal jest fanką tego trybu kształcenia.
Mam 20 lat i dzisiaj dowiedziałam się, że jestem adoptowana... Szok? Niedowierzanie? Smutek? Nie. Usiadłam z rodzicami, podziękowałam za to, co dla mnie zrobili. Dowiedziałam się co i jak. Nie mam zamiaru szukać swoich biologicznych rodziców. Po co? Przecież jest dobrze. Można powiedzieć, że nic się nie zmieniło. Jestem szczęśliwa. Nie wiem jak by się potoczyło moje życie, gdybym nie dostała szansy od swoich rodziców.
Rodzice powiedzieli mi dopiero teraz, bo ponoć niczego w życiu się tak nie bali jak tego, że się dowiem i że być może odejdę. Że będę szukać. Złościć się itd.
Nie odeszłam. Nie szukam. Po prostu kocham.
Jeśli ktoś ma ochotę poczytać "50 twarzy Greya" dla ubogich, to zapraszam.
Jestem 26-letnim facetem i lubię gwałcić kobiety. Nie naprawdę, ale cholernie kręci mnie odgrywanie takiego scenariusza w sypialni. Oczywiście za zgodą partnerki. Nigdy żadnej kobiety nie skrzywdziłem i uważam, że sku**ielom, którzy naprawdę robią takie rzeczy powinno się ucinać jaja. Ale bardzo podnieca mnie zabawa w gwałt i dominację. Co ciekawe, będąc w związku jestem raczej pantoflarzem. Jest mnóstwo kobiet, które też kręcą takie klimaty, więc nigdy nie miałem problemów ze znalezieniem partnerki, z którą mógłbym zrealizować swoje fantazje. Oczywiście najpierw omawialiśmy na co mogę sobie pozwolić, ustalaliśmy hasło bezpieczeństwa itd. Satysfakcja zawsze była obopólna.
Rok temu poznałem dziewczynę. Niech będzie Maja. Maja jest idealna. Piękna, mądra, wrażliwa, z poczuciem humoru. Mamy te same zainteresowania. Zrobiłem wszystko, żeby się ze mną umówiła i udało się. Byłem wniebowzięty. Ale już na trzeciej randce, kiedy chciałem ją pocałować, wyznała mi, że jeśli chcę z nią być, to muszę się wykazać wyrozumiałością i cierpliwością, jeśli chodzi o seks. Jako nastolatka została zgwałcona i przez wiele lat nie mogła sobie z tym poradzić, mimo terapii.
Pierwsze moje myśli były bardzo egoistyczne. Pomyślałem, że z tą kobietą nigdy nie zrobię tego, co najbardziej lubię w łóżku. No ale ponieważ nie jestem tak do końca palantem, uznałem, że nie wypada zrywać z nią tak zaraz po tym wyznaniu. Chciałem to zrobić przy następnym spotkaniu, ale jakoś nie mogłem. Przekładałem to z tygodnia na tydzień, aż zrozumiałem, że nie mogę bez Mai żyć. Pomyślałem, że chrzanić seks i moje preferencje, ona jest ważniejsza niż wszystko inne. No i jesteśmy razem do dziś.
Oczywiście nigdy nie powiedziałem jej o moich upodobaniach. Jak mógłbym proponować zabawę w gwałt kobiecie, którą naprawdę to spotkało? Seks jest taki sobie. Dzięki terapii Maja przełamała lęk przed zbliżeniem, ale muszę być bardzo ostrożny, żeby nie zrobić czegoś, co przypomni jej tamtą sytuację. Niestety ja zaczynam być coraz bardziej sfrustrowany faktem, że nie mogę realizować swoich fantazji w łóżku. Zwykły seks nie jest zły, ale dla mnie to nie to samo. Myślałem, że to tylko głupia zabawa, bez której mogę żyć, a jednak jest inaczej. Nie zdradzę mojej dziewczyny, bo za bardzo ją kocham. Nie zostawię jej z tego samego powodu. Nie wyobrażam sobie bez niej życia. Tylko ten cholerny seks...
Znajoma K. ma bardzo mało zaradnego mężczyznę. To jest dosłownie ten typ, który potrafi przypalić wodę na herbatę.
Pewnego dnia, postawiwszy przed nim bardzo trudne zadanie usmażenia kotletów (znajoma wciąż nie ustaje w wysiłkach usprawniania swojego wybranka), wybrała się do mnie na babskie pogaduchy. Siedzimy, gadamy, śmiejemy się. Nagle telefon - oho, znajoma ma już przed oczami widok płonącej kuchni i pogorzelisko z aktualnie spłacanego mieszkania. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- K., możesz mi jeszcze raz powiedzieć co ja mam zrobić?
- Bierzesz bułkę tartą, jajko i mięso. Bułkę tartą wysypujesz na talerz, na drugim talerzu widelcem roztrzepujesz jajko i tłuczesz mięso. Bla, bla, bla.
Mężczyzna polecenia przyjął, zarzekając się, że na pewno sobie poradzi i to będą najlepsze kotlety, jakie K. w życiu jadła. Za godzinę K. dzwoni do swojego mężczyzny, aby zapytać jak postępy. Odebrał zziajany, jakby przebiegł co najmniej półmaraton.
- I jak kotleciki?
- Nadal się robią...
- Godzinę?
- A wiesz jak trudno utłuc to mięso widelcem?!
Mój dom to totalnie obrzydliwe miejsce.
Nikt tu się praktycznie nie myje. Moi rodzice mają gospodarkę, wracają od karmienia zwierząt, czasem zmienią ubrania, czasem nawet to nie. Potrafią tak usiąść do stołu, czy po prostu chodzić po domu. Jakieś szybkie opłukanie się przed pojechaniem do miasta. Tymczasem mój brat zupełnie się nie myje. Teraz jest trochę lepiej, ale kiedyś potrafił przez miesiąc nawet nie opłukać się. Trenuje piłkę nożną, potrafił na trzy-cztery treningi chodzić w tym samym stroju, jednocześnie nosząc go przez całe dnie i nawet w nim śpiąc. Ja też, kiedy siedzę w domu, nie myję się codziennie. Przez tydzień noszę tę samą piżamę, zarówno w nocy, jak w dzień. Tylko bieliznę zmieniam. Jak gdzieś wychodzę, to zawsze mam umytą głowę, opłukam się, ale nie całe ciało, a te bardziej potliwe części. Dlaczego tak? Przyzwyczaiłam się do tego już, głównie dlatego, że mamy w domu tylko starą, brudną wannę, do tego praktycznie nigdy nie ma ciepłej wody, trzeba sobie grzać w czajniku. Jakiś czas temu wyjechałam do bursy, teraz zazwyczaj mieszkam w akademiku i tam codziennie biorę prysznic, zdarza się dwa razy dziennie. Tylko teraz wróciłam do domu przez covid i znowu myję stopy, a więcej jak już sama czuję, że jestem brudna. Ale to nie jest tu najgorsze.
Najbardziej brzydzi mnie wszystko, co związane z jedzeniem. Używanie tej samej szklanki do kawy, herbaty, soku, coli i wina jest tu na porządku dziennym, żeby było mniej do mycia, a i tak naczynia potrafią stać przez tydzień brudne, ze spleśniałymi lub skwaśniałymi resztkami (tak było, jak co tydzień wracałam do domu z bursy). Ja staram się zmywać ile się da, ale mam studia zdalne, z którymi nie daję sobie za bardzo rady i nie mam tyle czasu i siły, żeby gotować dla wszystkich i po wszystkich zmywać i jeszcze do tego sprzątać. Zwłaszcza że oprócz tego, co ubrudzę do przygotowania i zjedzenia obiadu, zazwyczaj używam może noża i łyżeczki w ciągu dnia, czasem jednej szklanki, a rodzinka wyciąga nowe naczynia co chwilę.
Co więcej, moja mama karmi zwierzęta (koty, psy) w tych samych naczyniach, w których my jemy. Ja staram się je zawsze jak najlepiej umyć, ale mama kiedy gotuje, przynosi takie naczynie stojące kilka dni na podwórku, w deszczu, błocie, śniegu, wylizane przez różne zwierzęta, trochę ochlapie wodą, przetrze gąbką i już "jest czyste".
Jak już pisałam, moi rodzice mają gospodarkę. Hodują m.in. drób. Sprzedają go, a przed sprzedażą obrywają z piór i wyjmują wnętrzności. Robią to w domu, na stole, na którym jadamy, oczywiście cały jest potem w krwi i niewydalonych wcześniej resztkach.
Oprócz tego nasz dom się sypie. Nieskończone od kilku lat remonty, gołe ściany obdrapane do tynku. I wszędzie pleśń, całe ściany i sufity w czarnych kropkach lub nawet plamach. Woda stojąca w kątach pokoi.
Już nie wiem, co robić.
Kiedy miałam 16 lat, byłam bardzo głupią dziewczyną. Od zawsze podobali mi się chłopcy z wyższych klas. Któregoś dnia do naszej szkoły doszedł nowy chłopak - cudo. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Byłam nieśmiała, dlatego nie wiedziałam jak z nim zacząć rozmowę. Jedna z moich "przyjaciółek" powiedziała mi, żebym udawała skręconą kostkę. Szybko łyknęłam pomysł. Następnego dnia plan miał wejść w życie. Miałam spaść ze schodów wprost pod jego nogi. Sprawa prosta, Jakub (ów chłopak) posiadał szafkę naprzeciwko schodów.
Na długiej przerwie "upadłam" i stoczyłam się ze schodów. Jakub zobaczywszy, że z moją kostką jest nie halo, wziął mnie na ręce i zabrał do pielęgniarki. W połowie drogi z zaskoczenia pocałowałam go i uciekłam do toalety. Cieszyłam się i to bardzo, ale nie wiedziałam co on o mnie pomyśli. Koniec lekcji. Idę do szatni jak najszybciej się da, żeby go nie spotkać, Kuba zaczepił mnie i doprowadził do domu.
Dzisiaj jestem w 6 miesiącu ciąży, 3 lata po ślubie. A mój Kuba nigdy by nie zwrócił na mnie uwagi, gdyby nie moja "boląca" kostka.
Długie miesiące katorżniczych ćwiczeń, rygorystyczna dieta, odżywki, masaże, joga. Do tego codzienne wstawanie o piątej rano, aby przed pracą przebiec 8 km. Wszystko to po to, aby spodobać się chłopakowi, który co roku przyjeżdża na wakacje w to samo miejsce, co ja. Moja przemiana była ogromna. Zrzuciłam 15 kg! Jak mnie zobaczył, to zmrużył oczy, coś w głowie przeprocesował, a następnie z radosnym uśmiechem krzyknął: „Ania! Zmieniłaś fryzurę?”.
Nie to jednak mnie załamało. Otóż miłość mojego życia przyjechała na urlop z dziewczyną. Żeby tego było mało, to okazało się, że jego wybranka jest o 20 kg cięższa niż ja przed tym, jak zabrałam się za odchudzanie!
Opowiem Wam o mojej mamie.
Jest piękną kobietą, z wielkim poczuciem humoru, inteligentna i z pięknymi, uśmiechniętymi, błyszczącymi, zielonym oczami. Nasz tata jest od niej starszy o 10 lat, co wcale im nie przeszkadza, często chodzą na randki po pracy, ot tak, żeby nie zapomnieć, jak to było na początku.
Nigdy nie widziałem mojej mamy smutnej, złej, przygnębionej. Zawsze wszystko co złe obraca w żart i walczy o nas jak lwica o swoje młode, nawet jeśli kosztuje ją to więcej niż ją stać (do dziś żałuję paru akcji, które odwaliliśmy po pijanemu z moim młodszym bratem). Jest dyrektorką w dużej firmie, ale połowę swojej wypłaty przeznacza na schroniska. I tak już od 21 lat żyjemy w sielance. Nazywa nas swoimi Małymi Aniołkami, dlatego też mamy imiona po Aniołach, Gabriel i Rafał.
Dziś powiedziała nam, że ma raka płuc, z którym walczy od ponad pół roku. Nie mówiła nam, żeby nas nie martwić tym co się dzieje. Idąc na kolejne badania czy wizyty u lekarzy mówiła, że idzie na siłownię.
Dziś jak tata ją zapytał dlaczego to zrobiła, powiedziała, że ''jest matką i żoną, dlatego musi dawać nam spokój, a nie przynosić ból".
Nie wiem, jak sobie bez niej poradzę.
Dodaj anonimowe wyznanie