#RONFZ

W wakacje wyjechałam na obóz młodzieżowy. Z tego względu nie było mnie w domu 2 tygodnie. Postanowiłam wrócić trochę wcześniej i zrobić niespodziankę moim rodzicom. Taty nie było, ale za to zastałam moją mamę śpiącą w moim łóżku. Było to dla mnie dziwne, ponieważ mamy dużo pokoi w których mogłaby się przespać. Kiedy wstała oczywiście przywitanie, całuski, przytulaski, itd. Ale ciągle nurtowało mnie jedno pytanie.
- Mamo dlaczego spałaś akurat w moim łóżku?
- Bo pachnie tobą - odpowiedziała.

W tej chwili uświadomiłam sobie, jak bardzo moja mama za mną tęskni, kiedy mnie nie ma obok niej.

#u7o9l

Robię coś, za co pewnie pójdę do piekła, ale warto będzie.

Moja znajoma zorganizowała imprezę, na którą przyszła moja była kobieta, która zostawiła mnie kilka lat temu, bo jak to określiła, byłem za mało zaradny i spokojny (czytaj biedny i nudny). Zadeklarowałem się, że nie będę pił i będę kierowcą i porozwożę ludzi. Chodziło mi tylko o odegranie się.

Moja sytuacja materialna bardzo się od tamtego czasu poprawiła. Wtedy jeździłem szrotem, teraz jeżdżę autem za ponad 60 tys. i nie mogłem pozwolić, żeby tego nie zobaczyła. Zacząłem jej opowiadać o mojej obecnej pracy, gdzieś tam napomknąłem, że robi się zimno, że muszę grzejnik w kuchni odpowietrzyć, oczywiście było to powiedziane tak, żeby zaczęła pytać o chatę (będąc z nią mieszkałem z rodzicami, a teraz mam coś swojego). Nie rozczarowałem się – pytała. Wymieniliśmy się numerami telefonów i moja była połknęła haczyk.

Pierwsze spotkania są już za nami. Z miesiąc czasu podymam, a później powiem jej, że jest za mało zaradna i za spokojna i że jednak potrzebuję kogoś innego. Niech się poczuje wykorzystana.

#c8QUc

W listopadzie ubiegłego roku jechałam autobusem do pracy. Kiedy do pojazdu weszła obładowana zakupami kobieta z trzyletnim chłopcem, niezwłocznie ustąpiłam jej miejsca. W tym momencie kierowca dość ostro zahamował i dzieciak zachwiał się. Aby nie stracić równowagi, chwycił się moich spodni i ściągnął je prawie do samych kostek...
Miałam na sobie stringi. Od ponad miesiąca się nie depilowałam. A autobus był pełen studentów jadących na poranny wykład.

#p1ila

Boicie się koronawirusa? Jeżeli tak, to zamknijcie się w domach na cztery spusty, nie wpuszczajcie nikogo, zakupy róbcie online, pracujcie też online. Ja się nie boję koronawirusa.

Mimo iż mam pewne objawy (które mogą, jednak nie muszą wskazywać na koronawirusa), to do sanepidu mi nieśpieszno, do grobu ani siebie, ani nikogo innego nie zaciągnęłam. A objawy to np. kaszel (palacza), podwyższona temperatura ciała (od dzieciaka normą temperaturową mojego organizmu jest granica 37/37.5 stopnia), świsty w płucach (to także chyba przez papierosy, no nie?), a także katar (rok w rok mam taki katar, szczególnie uciążliwy jest na zimnie).

Jednak mimo wszystko nie zamknęłam się w domu, spotykam się ze znajomymi, rodziną (nawet z tymi starszymi osobami), bawię się z synkiem i jakoś nikt przeze mnie nie umarł. Maseczki nie nakładam nigdzie, gdyż mam zaświadczenie lekarskie, że nie muszę zakrywać nosa i ust z powodu pewnej choroby autoimmunologicznej. Nie chcę się wgłębiać w szczegóły, jednak to naprawdę nic przyjemnego i taka maseczka czy przyłbica mogłaby mnie nawet zabić.

Druga sprawa: mam półroczne dziecko i ono nie potrafi siedzieć w domu zamknięte. Próbowałam trzy dni siedzieć w domu, nie dało się, bo dziecko po jednym dniu tak się darło cały dzień, że musiałam w końcu wyjść z nim na spacer.

Nie mam zamiaru siedzieć w domu i kisnąć przez dwa tygodnie, bo WHO wymyśliło sobie bezobjawową chorobę, niegroźnego wiruska, który zabija głównie, powtarzam GŁÓWNIE starsze i schorowane osoby. Takiego 70-, 80-letniego dziadka zabiłoby nawet zwykłe przeziębienie, przez które dla młodzika wykrywają covid.

#gzsuM

Dwa lata temu moja najbliższa przyjaciółka miała wypadek samochodowy (prowadził jej chłopak, wpadli w poślizg w deszczu, zbyt szybka prędkość). To była przyjaźń na zasadzie, że znaliśmy się już od piaskownicy i byliśmy kumple jak dwa konie z przeszczepem włosów, a nie typowy friendzone.

Kierowca miał parę złamań i spędził tydzień w szpitalu. Moja przyjaciółka uszkodziła sobie kręgosłup i według wstępnych opinii lekarzy, następne kilka miesięcy miała poruszać się o wózku, a co przyniesie dłuższy okres czasu zależne będzie od postępów jej rehabilitacji.

Gdy się dowiedziałem (wraz z resztą jej przyjaciół) o wypadku, popędziliśmy do szpitala. Byliśmy przy niej i robiliśmy co w naszej mocy aby się nie załamała, poprawialiśmy jej humor, jedliśmy z nią szpitalne jedzenie, i tak dalej, i tak dalej.. 

A chłopak? Gdy doszedł do siebie, wpadł, bąknął przeprosiny i tyle go widzieli. Z początku ją pocieszaliśmy, że jest pewnie na lekach przeciwbólowych, że jest w szoku i zwyczajnie mu jest wstyd, i dlatego tak "chłodno" się zachował wobec niej. Dwa dni później wysłał jej smsa z krótkim "koniec z nami". To był dla niej duży cios, przykuta do łóżka szpitalnego, nie wiadomo jak to będzie z jej chodzeniem i na dodatek rzuca ją chłopak, za którym szalała (też go lubiłem zresztą bo do tej pory najgorszy to on nie był).

Dobry miesiąc nam zajęło wyprowadzenie jej z totalnego przygnębienia (nie chciała jeść, chodzić na badania, rehabilitację), ale w końcu się udało. Gdy wyszła ze szpitala, dużo się nią zajmowałem. Brałem ją na spacery, do kina, przełamałem ją nawet i poszliśmy potańczyć. Jak pewnie nietrudno się domyślić, zaiskrzyło między nami. Na dwa miesiące przed porzuceniem przez nią wózka zostaliśmy parą. Przy tym nie chciałbym, żeby ktoś pomyślał "Wow, pokochał ją taką!! Ona to szczęściara, a on ma ogromne serce!". Traktowałem ją normalnie, dla niej i dla mnie ten wózek właściwie nie istniał i to samo co zrobiłem dla niej, zrobiłbym dla każdej w pełni zdrowej kobiety. Myślę zresztą, że tak większość niepełnosprawnych chciałaby się czuć traktowana - normalnie.

W końcu, po dziesięciu miesiącach od wypadku, zaczęła stawiać pierwsze kroki. I niedługo po tym znów zjawił się on - jej były. Najbardziej bolesne chwile w moim dotychczasowym życiu podsumowuję krótko. Zaczął się nią interesować gdy już nie była niepełnosprawna i mi ją odbił. W zasadzie sama do niego poszła, bo walki tu nie było. Postawiła mnie przed faktem dokonanym, już w pełni sił, atrakcyjna dla niego jak dawniej. Po prostu poszła w siną dal.

Rozumiem, że mogła odejść, bo jak każdy człowiek mam wady. Ale do niego?

#HIgBb

Sytuacja miała miejsce jakieś 4 lata temu. Dostałam pierwszą w swoim życiu wypłatę, więc postanowiłam odreagować cały stres i poprawić sobie nastrój. Poszłam do fryzjera, zrobiłam piękny blond, skróciłam włosy. Później kosmetyczka - makijaż i manicure. Na koniec zakupy - sukienka, buty, spodnie i skórzana kurtka. 

Wieczorem wracając do domu zadzwoniłam do przyjaciółki, żeby się pochwalić. Rozmawiamy, terefere, srutututu, śmiechy chichy i w pewnym momencie mówię: "Monika, czuję się tak świetnie, wyglądam dzisiaj jak milion dolarów!". Mina mi zrzedła, kiedy jakiś chłopak przechodzący obok mnie, odwrócił się i rzucił tekstem: "Chyba jak dziesięć złotych...". Nie, nie zostaliśmy parą.

#ybpQa

Rok temu rozstałam się ze swoim chłopakiem, z którym byłam 6 lat, nie układało nam się i ten związek nie miał większego sensu. Mimo to bardzo przeżywałam rozstanie, dlatego bardzo ucieszyłam się, kiedy odezwał się do mnie Marcin, moja gimnazjalna miłość. Marcin mówił, że również właśnie rozstał się ze swoją dziewczyną, że mieli nawet ustalony termin ślubu, ale czuje, że to nie jest to, dlatego się rozstali.
Spotykaliśmy się jakiś czas, byłam pewna, że nam się ułoży, on ciągle powtarzał, jak to go do mnie zawsze ciągnęło.
Jakiś miesiąc temu z dnia na dzień przestał się do mnie odzywać i zablokował mój numer. Nie miałam pojęcia, co się stało, dlaczego tak postanowił to zakończyć. A dziś zobaczyłam na Facebooku jego zdjęcia ślubne...
Współczuję dziewczynie takiego męża, który tuż przed ślubem robi skoki w bok. A sobie współczuję naiwności.

#s5NZu

Kilka lat temu zacząłem spotykać się z pewną dziewczyną. Dla mnie to była miłość od pierwszego wejrzenia, normalnie grom z jasnego nieba. Byłem zakochany po uszy i zrobiłbym dla niej wszystko, nie zniósłbym myśli, że moglibyśmy się nie spotykać. Przyjeżdżałem do jej domu prawie codziennie, ona jeszcze nie miała prawa jazdy, a często musiała być w domu względu na młodsze rodzeństwo i kota. Kota, którego uwielbiała cała rodzina, który był ich domowym pieszczochem, któremu wolno było wszystko, normalnie ubóstwiali tego zwierzaka. Ja z kolei za nim nie przepadałem, bo sierściuch często (moim zdaniem złośliwie) załatwiał się do moich butów... Normalnie jakby był zazdrosny o moją dziewczynę i mścił się za fakt, że ona poświęca mi swój czas. W dodatku zawsze na mnie prychał i usiłował mnie podrapać, czasem mu się udawało. Byłem chyba jedyną osobą, która tego kota nie lubiła.

Pewnego dnia kot zaginął. Wieczorem zniknął i już się nie pojawił. Rodzina zrozpaczona, poszukiwania nic nie dały. Zaangażowałem się w nie mocno, nawet pomagałem dziewczynie porozwieszać plakaty z kotem, poroznosiliśmy je po okolicy, ale bez odzewu, nikt kota nie widział. Dziewczyna była zrozpaczona, pocieszałem ją długi czas.

Przejechałem tego kota, gdy odjeżdżałem spod ich domu. Bałem się przyznać, żeby nie pomyślała, że to specjalnie, z zemsty, a z każdym dniem trudniej było powiedzieć prawdę. Tym sposobem do dzisiaj nikt nie wie, że to ja stałem za jego zniknięciem.

#GBgqu

Nie kocham swojego dziecka.

Moja żona od zawsze wiedziała, że nie chcę mieć dzieci. Dzieci nie lubię, nie znoszę i ich nie chcę mieć. Jak byliśmy parą, zawsze jej to podkreślałem.
Kilka lat temu żona odstawiła tabletki, zaszła w ciążę. Wszyscy szczęśliwi. Rodzina bliższa i dalsza mówiła nam, jak wspaniałe. Dziecko pojawiło się na świecie, a ja nigdy go nie pokochałem. Jedyne co czuję, to przyzwyczajenie do niego. Nie przytulam dziecka, nie noszę na rękach, nie bawię się z nim. Totalnie nic. Jedyne co robię, to płacę za jego rzeczy, takie jak przedszkole, ubrania itd. Zawsze mam jedną i tę samą wymówkę "dużo pracuję i jestem zmęczony" - co jest prawdą. Mam firmę, zatrudniam ludzi.

Moja żona ciągle mi powtarza, że chciała mieć dzieci i powinienem stanąć na wysokości zadania. Ale jak mam to zrobić?! Jak?! Nie czuję nic do naszego dziecka. Jest mi totalnie obojętne. Jak dowiedziałem się, że żona jest w ciąży, to o mały włos nie dostałem zawału. Nasze dziecko ma prawie 4 lata. Najlepszym momentem w każdym dniu jest ten, jak jadę do pracy. Pracuję do późna, jadę na siłownię. Wracam do domu i dziecko już śpi.

Skąd mam takie podejście? Byłem wychowywany w domu, gdzie rządziła przemoc, alkohol. Nie znam innego wychowania niż bicie. Dziecko pewnie mnie nienawidzi, ale to i lepiej. Jak kiedyś mnie zabraknie, to nie będzie tęsknić. Żona jest na mnie obrażona za to, że dużo pracuję. No cóż - utrzymuję całą rodzinę.

Wszystkie moje plany, marzenia zostały zniszczone przez ciążę żony. Kocham żonę, ale dziecka nie potrafię. Próbowałem, starałem się, ale nie potrafię. Na każde urodziny dziecka przyjeżdża rodzina, znajomi. Jest wypasiony tort, impreza. Wszyscy mówią jak cudownie i pięknie nam się układa. Jak raz na urodzinach dziecka miałem je wziąć na ręce, to powiedziałem, że mnie bark strasznie boli i tyle. Nie mam żadnej relacji z dzieckiem. Żadnej.

Ostatnio żona mówi mi, że przydałoby się rodzeństwo dla dziecka. Nie wiem jak jej tłumaczyć i mówić, że nie chcę kolejnego dziecka. Nie chcę się rozwodzić z żoną, bo kocham ją nad życie, ale do niej nic nie dociera... Kiedy jadę na spotkanie biznesowe z żoną to zawsze podkreślam, żeby nie mówiła, że mamy dziecko bo jest mi głupio. Moi pracownicy czy bliscy kontrahenci nie wiedzą, że mamy dziecko.

Może to będzie dziwne wyznanie. Nie wiem. Nie miałem nikogo, komu mógłbym o tym powiedzieć. Może zostanę zlinczowany za to co napisałem. Nie wiem. Chciałem po prostu z siebie to wyrzucić. Wiele osób przekonywało mnie, że jak się urodzi, to pokocham i wszystko się zmieni. Nie... Nie pokochałem. Nic się nie zmieniło. Wręcz odwrotnie. Nocne płacze, wstawanie, karmienie... Czasem sam nie wiem, zostać i nie czuć nic do dziecka czy odejść i tęsknić za żoną? Za jej uśmiechem, zapachem, oczami...

Puenty nie ma. Jestem złym człowiekiem.
Dodaj anonimowe wyznanie